Stan wojenny

12.02.2018

Prof. A. Friszke: Polityka Kiszczaka zmierzała do tego, żeby procesu "jedenastu" nie było

Fragment okładki książki "Sprawa jedenastu" Fragment okładki książki "Sprawa jedenastu"

Polityka Kiszczaka, zwłaszcza od połowy 1983 roku, wyraźnie zmierzała do tego, żeby procesu nie było, a przy okazji, żeby to tak rozwiązać, aby przywódcy Solidarności sami się skompromitowali - mówi prof. Andrzej Friszke, autor książki "Sprawa jedenastu. Uwięzienie przywódców NZSS +Solidarność+ i KSS +KOR+ 1981-1984”.

PAP: Jaka była znajomość struktur podziemnej Solidarności w czasie stanu wojennego i w kolejnych latach? Czy ludzie wiedzieli, czym była Tymczasowa Komisja Koordynacyjna?

Prof. Andrzej Friszke: Nikt takich badań nie prowadził, myślę jednak, że ludzie mogli mieć wiedzę z Radia Wolna Europa – ono przecież tę sprawę stale omawiało. Oczywiście wiedzieli również czytelnicy gazet podziemnych. Trudno powiedzieć, czy wiedzę o tym, że istnieje TKK, czyli kierownicze centrum podziemnej Solidarności, miało 5 czy 15 milionów, ale była to wiedza dosyć powszechna.

PAP: A jak wygląda ta wiedza dziś?

Prof. Andrzej Friszke: Jeśli chodzi o dzisiejszą wiedzę, to takie badania również nie były prowadzone. W moim kręgu znajomych w zasadzie wszyscy wiedzą. Na wykładach z historii oczywiście wspominam o TKK – mówię, kto do niej należał, jaka była jej funkcja.

Powiedziałbym nieco złośliwie, że aby to wiedzieć, trzeba czytać książki o tym okresie, chociażby podręczniki. Trudno, żeby po tylu latach była to wiedza obiegowa, o której ludzie rozmawiają w tramwaju czy na ulicy.

PAP: W swojej najnowszej książce pisze Pan, że uwięzienie jedenastu przywódców NSZZ „Solidarność” oraz KSS „KOR” było największą sprawą karną, jaką władze PRL prowadziły po roku 1956. Dlaczego dzisiaj w świadomości społecznej ten proces się nie utrwalił?

Prof. Andrzej Friszke: To prawda, że o sprawie jedenastki czy o strukturze działań represyjnych w stanie wojennym w zasadzie mówi się niewiele. W gruncie rzeczy jest to pytanie, które powinienem skierować do dziennikarzy, a nie do historyków. Świat mediów jest tak zbudowany, że potrzebuje najlepiej zdjęć masowych, z ulicy, gdzie ludzie zmagają się z policją. Natomiast śledztwo, więzienie, są – powiedziałbym - mało widowiskowe, szczególnie, że wszystko się dobrze skończyło – nie doszło do procesu, wysokich wyroków. Brakuje elementu dramatycznego, który by kumulował wyobraźnię.

Również większość z podsądnych nie przypomina dzisiaj o tym, co przeżyli. Przecież jest wśród nich szereg osób powszechnie i publicznie znanych, a jednak nie chcą się chwalić swoim doświadczeniem więzienia i tego śledztwa. W tym środowisku nie ma zwyczaju obnoszenia się ze swymi ranami i krzywdami.

Myślę, że to chyba są główne przyczyny. Wiedza o tym była kiedyś powszechna. W latach 80., jak to się działo, była przecież fundamentalnie ważna dla mobilizowania opinii publicznej. Podpisywano listy zbiorowe, o czym także wspominało Radio Wolna Europa, a prasa podziemna stale pisała, że istnieje zagrożenie skazania na wiele lat związkowych przywódców. Później to się faktycznie rozmyło.

Prof. Andrzej Friszke: Z punktu widzenia władzy, w tym Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, KOR był oddziałem kontrrewolucji, sztabem ludzi myślących, polityczne zorganizowanych, zorientowanych i niezwykle skutecznych. Władza uważała, że Solidarność jest produktem KOR-u, że to właśnie KOR stworzył Solidarność.

PAP: Dlaczego stawiając zarzuty oskarżonym odwołano się do KOR-u (działającego w latach 1976-1977), a także połączono w śledztwie właśnie KOR i Solidarność?

Prof. Andrzej Friszke: Z punktu widzenia władzy, w tym Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, KOR był oddziałem kontrrewolucji, sztabem ludzi myślących, polityczne zorganizowanych, zorientowanych i niezwykle skutecznych. Władza uważała, że Solidarność jest produktem KOR-u, że to właśnie KOR stworzył Solidarność. „Spisek” zawiązany w 1976 roku doprowadził do buntu społecznego, powstania NSZZ „Solidarność”, którą z drugiego rzędu kierowali KOR-owcy. Taki był mniej więcej przekaz propagandowy i taki był w dużej części władzy stan świadomości.

Z tego tytułu śledztwo i przyszły proces przywódców Solidarności miał objąć również KOR, jako ośrodek myśli, działania i przemyśliwania mechanizmów spisków, jakie mają doprowadzić do upadku ustroju PRL.

PAP: Dlaczego władze zdecydowały się na aresztowanie akurat tych opozycjonistów?

Prof. Andrzej Friszke: Tu trzeba by było każdą z tych jedenastu osób osobno scharakteryzować, a powody były w gruncie rzeczy do każdego dopasowane. Dajmy jednak przykłady. Jacek Kuroń i Adam Michnik byli członkami KOR-u, autorami wszystkich istotnych tez, znanych tekstów dotyczących samoorganizacji społecznej przeciwko monopolistycznej władzy. Byli niezwykle skuteczni, popularni jako przywódcy polityczni, intelektualiści. Przez władze byli traktowani przez całe lata jako najgorsi wrogowie PRL-u.

Obok nich był Henryk Wujec – organizator „Robotnika”, czyli pisma, które skupiało elitę robotniczą jeszcze przed Sierpniem, a także organizator jego kolportażu na wiele miast. Potem był członkiem Komisji Krajowej „Solidarności”. Karol Modzelewski spędził sześć lat w więzieniu za krytykę i występowanie przeciwko ustrojowi PRL, tak samo zresztą jak Jacek Kuroń. Do tego trzeba dodać, że był rzecznikiem prasowym Komisji Krajowej i jednym z głównych przywódców związku. Wśród zatrzymanych znalazł się również Andrzej Gwiazda – wiceprzewodniczący Komisji Krajowej, działacz Solidarności bardzo nielubiany przez władze. Jan Rulewski był przywódcą regionu bydgoskiego, głównym bohaterem konfrontacji bydgoskiej z 1981 roku.

Oczywiście władza miała jeden i zasadniczy problem – czy postawić przed sądem Lecha Wałęsę, dołączyć go do tej jedenastki, czy jednak nie. Zdecydowano, że nie i to była decyzja podjęta na najwyższym szczeblu władzy, po długich wahaniach. Naczelna Prokuratura Wojskowa bardzo chciała mieć Wałęsę na ławie oskarżonych. Zdecydowano jednak w ten sposób, żeby nie pogłębiać konfliktu z Kościołem, który bardzo mocno stał za Wałęsą oraz żeby wobec świata i opinii publicznej uniknąć oskarżenia, że będzie to proces przeciwko Solidarności. Miał to być proces radykalnych działaczy, grupy przywódców Solidarności, a nie Solidarności jako takiej. Gdyby Wałęsa znalazł się na ławie oskarżonych, tak by się właśnie stało.

Przy każdej z tych osób był głęboki namysł polityczny. Decyzja, kto zasiądzie na ławie oskarżonych, była moim zdaniem podjęta na szczeblu Biura Politycznego, czyli najwyższej instancji władzy.

Prof. Andrzej Friszke: Oczywiście władza miała jeden i zasadniczy problem – czy postawić przed sądem Lecha Wałęsę, dołączyć go do tej jedenastki, czy jednak nie. Zdecydowano, że nie i to była decyzja podjęta na najwyższym szczeblu władzy, po długich wahaniach. Naczelna Prokuratura Wojskowa bardzo chciała mieć Wałęsę na ławie oskarżonych.

PAP: Kto przygotowywał wniosek oskarżenia? Jakie zarzuty postawiono oskarżonym?

Prof. Andrzej Friszke: Wniosek oskarżenia oczywiście przygotowało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych we współpracy z Naczelną Prokuraturą Wojskową. To byli autorzy aktu oskarżenia.

Oskarżonym postawiono zarzuty podejmowania działań zmierzających do obalenia ustroju PRL. To bardzo ciężki zarzut – kodeks karny przewidywał karę od 5 lat więzienia do kary śmierci.

PAP: Jaka była zatem linia obrony oskarżonych?

Prof. Andrzej Friszke: Trzeba pamiętać o mechanizmie śledztwa tamtego czasu. Do momentu, kiedy śledztwo nie było zamknięte, a akt oskarżenia nie był skierowany do sądu, oskarżeni nie mieli kontaktu z adwokatami. Byli skazani wyłącznie na kontakty z oficerami śledczymi czyli esbekami, ewentualnie z prokuratorem.

Można powiedzieć, że ich linia obrony w śledztwie była taka, żeby odmawiać zeznań. Odmawianie zeznań było bardzo skuteczną linią obrony – nie dostarczano prokuraturze czy oficerom śledczym dowodów przeciwko sobie.

W zasadzie wszyscy, o których piszę odmawiali zeznań. Wyjątkiem może być Marian Jurczyk, który składał pewne zeznania, ale wyłącznie dotyczące swojej działalności i to raczej samooskarżające.

Natomiast, kiedy śledztwo zostało ostatecznie zamknięte w 1983 roku, zaczęły się odbywać spotkania z adwokatami. Wiemy coś więcej na temat linii obrony w przygotowywanym procesie. Oczywiście aresztowani zamierzali odrzucić oskarżenia, mówić, że te zarzuty są bezpodstawne i nie wolno w ten sposób interpretować konfliktu społecznego, który miał miejsce i ruchu społecznego, który miał swój charakter i dynamikę.

Wiemy to raczej z nieoficjalnych przekazów, bo do procesu ostatecznie nie doszło, a więc oskarżeni nie wygłosili mów przed sądem. Jedno, co wiadomo o całej postawie, to to, że kategorycznie by się bronili.

Chcę bardzo mocno podkreślić – oni odmawiali składania zeznań, nawet jeżeli byli w konfliktach między sobą, bo przecież byli. Jedni byli radykałami, drudzy ludźmi umiarkowanymi. Jedni byli raczej lewicowcami, a inni prawicowcami. Oni wszyscy odmawiali współpracy w dostarczaniu jakichkolwiek materiałów, informacji, ocen przydatnych w akcie oskarżenia.

Prof. Andrzej Friszke: Oni odmawiali składania zeznań, nawet jeżeli byli w konfliktach między sobą, bo przecież byli. Jedni byli radykałami, drudzy ludźmi umiarkowanymi. Jedni byli raczej lewicowcami, a inni prawicowcami. Oni wszyscy odmawiali współpracy w dostarczaniu jakichkolwiek materiałów, informacji, ocen przydatnych w akcie oskarżenia.

PAP: Na co liczyły władze rozpoczynając to śledztwo i myśląc o przyszłym procesie?

Prof. Andrzej Friszke: To się zmieniało w czasie. Początkowo władze myślały, że w aktach przejętych z regionów, czyli w skonfiskowanych dokumentacjach, znajdą dowody na piśmie świadczące o tym, że w „Solidarności” były przygotowywane spiski przeciw władzy, planowane szczególnie drastyczne działania, które pozwolą uznać, że Solidarność przygotowywała masowe wystąpienia albo wręcz obalenie władzy.

Po drugie w pewnym momencie zakładano, że być może władze znajdą w ten sam sposób materiały świadczące o powiązaniach z obcymi służbami wywiadowczymi, przynajmniej poszczególnych osób z Solidarności.

Po trzecie zakładano, że zatrzymani przywódcy zaczną na siebie wzajemnie zeznawać, będą rozmywać konflikt lub że władze znajdą innych działaczy związku, którzy nie byli wśród tych jedenastu, ale którzy znaczną ich oskarżać.

Nie znaleziono niczego, co by dowodziło takich „zbrodni”, ani nikt takich rzeczy nie potwierdził. W zasadzie władza faktycznie znalazła się w kłopocie – co właściwie ma być tą materią do oskarżania?

W końcu stanęło na tym, że władza uznała za kluczowy dowód radykalne wypowiedzi na zebraniach związkowych albo na masowych spotkaniach np. ze studentami czy działaczami związkowymi w różnych regionach. Takich spotkań najwięcej odbywali Kuroń i Michnik – w całej Polsce było kilkadziesiąt masowych, wielkich spotkań, na których było czasem 500 osób, a czasem nawet dwa tysiące. To były ogromne spotkania, na których tłumaczyli sytuację w Polsce i formułowali cele, do których powinniśmy zmierzać.

Podsłuchane, nagrane na taśmę, tego typu materiały – stenogramy z zebrań – były fundamentem szykowanego aktu oskarżenia.

PAP: Co wypłynęło na wycofanie się władzy z przeprowadzenia procesu?

Prof. Andrzej Friszke: To był przede wszystkim proces polityczny. Im dalej od 13 grudnia 1981 roku, im bardziej udawało się władzy spacyfikować masowo opór społeczny – w 1983 roku władza uważała, że już całkowicie panuje nad sytuacją – tym bardziej zaczęto się zastanawiać nad kosztami społecznymi. Władze dążyły do uspokojenia emocji, do tego, żeby ludzie żyli tym, co jest dzisiaj, a nie tym, co było rok temu, aby, krótko mówiąc, zapominali o Solidarności. Celem władzy była normalizacja, a więc bierność społeczeństwa i niezakłócone rządy partii.

Władze nie chciały również mnożyć konfliktów z Kościołem, który w ramach tej normalizacji był im potrzebny, żeby nie podniecał atmosfery, a przeciwnie – żeby udzielał władzy pewnego rodzaju poparcia w dążeniu do spokoju społecznego.

To były elementy całkowicie przeciwstawne wielkiemu procesowi politycznemu, który musiałby mocno spolaryzować opinię publiczną, wyzwolić silną chęć powrotu do walki przeciwko skazaniu związkowych przywódców. Proces był zatem kłopotliwy dla władzy.

Po drugie Kościół, w tym Jan Paweł II, bardzo mocno zaangażował się w obronę uwięzionych przywódców i przeciwko samemu procesowi. Władze wiedziały, że albo zawrą jakieś porozumienie z Kościołem, albo proces zatruje całkowicie stosunki Kościół-państwo.

Po trzecie była też kwestia zagranicy, świata. Władze były mimo wszystko wrażliwe na to, co o Polsce się mówiło i pisało w świecie, jaka była opinia o reżimie. To się przekładało bezpośrednio na sprawy ekonomiczne, na warunki negocjowania nowych pożyczek, kredytów, spłat procentów od kredytów itd. Wiadomo było, że reżim organizujący wielki proces polityczny w Warszawie będzie przez świat zewnętrzny traktowany jak najgorzej, a wszystkie tego typu starania będą miały bardzo kiepską szansę realizacji.

W związku z tym, im Polska bardziej dążyła do powrotu na arenę międzynarodową po stanie wojennym, tym bardziej ten proces był dysfunkcjonalny wobec swego celu.

PAP: Czy i w jakim stopniu była to zatem porażka władzy?

Prof. Andrzej Friszke: To jest dobre, ale trudne pytanie, bo zależy dla jakiej grupy władzy – władza też nie była jednolita. Były w niej tendencje radykalne, zmierzające do ostrej pacyfikacji kraju, ale byli we władzy ludzie umiarkowani, którzy myśleli właśnie tak, jak to przed chwilą scharakteryzowałem – żeby zamknąć epokę Solidarności, żeby społeczeństwo nie musiało się dzielić i określać wobec jakichś drastycznych posunięć, żeby, używając określenia z innej epoki, leczyć snem, czyli żeby ludzie nie zajmowali się wielką polityką, żeby nie robili buntów, żeby władza mogła spokojnie rządzić, a Solidarność została zapomniana.

Tę politykę realizował gen. Kiszczak. On nie był liderem najbardziej represyjnego ośrodka władzy, zwłaszcza po pierwszym okresie, czyli od jesieni 1982 roku, bo przez pierwsze miesiące chodziło o zniszczenie struktur Solidarności i zastraszenie społeczeństwa.

On jest patronem linii skierowanej na umiarkowane represje, które mają w gruncie rzeczy zniechęcić ludzi do aktywności i zwinąć problem Solidarności z rozmów i takiego poczucia, że jest to kluczowa sprawa dla dużej części obywateli.

Polityka Kiszczaka, zwłaszcza od połowy 1983 roku, wyraźnie zmierzała do tego, żeby procesu nie było, a przy okazji, żeby to tak rozwiązać, aby przywódcy Solidarności sami się skompromitowali – np. zgodzili się na wyjazd zagranicę. W ten sposób pozbyto by się z kraju liderów opozycji. To chciał osiągnąć Kiszczak.

PAP: Jak od strony propagandowej władza tłumaczyła swoją porażkę?

Prof. Andrzej Friszke: Oni tego tak nie tłumaczyli. Tłumaczyli to po prostu powrotem do normalności, szansą, którą dają ludziom, którzy poszli na starcie z państwem. Państwo, w duchu tej myśli, jest wspaniałomyślne, wypuszcza tych ludzi z więzień i umożliwia im powrót do normalnego życia. Nie było wielkiej kampanii propagandowej, a raczej tłumaczono to w ten sposób. Następnie już nic więcej o tym nie mówiono, w myśl tego, żeby ludzie nie myśleli o tym, żeby się nie musieli tym zajmować, żeby nie przypominać nazwisk, żeby to wszystko było po prostu nieaktualne i nieinteresujące.

PAP: Jakie miejsce w historii Solidarności zajmuje sprawa jedenastu? Jakie było jej znaczenie dla członków Solidarności?

Prof. Andrzej Friszke: To było zasadnicze znaczenie, głównie przez to, że się nie zrealizował czarny scenariusz, który władza wyobrażała sobie, że się zrealizuje przy pomocy tego procesu. Władzy chodziło o skompromitowanie przywódców Solidarności, pokazanie ich jako ludzi nieodpowiedzialnych, powiązanych z „ciemnymi” siłami zagranicznymi, jako awanturników, kłótliwych, aroganckich, a tym samym chodziło o odebranie im społecznej legitymizacji.

W drugim etapie, jak już władze zrezygnowały z tego procesu, chciano po prostu pokazać przywódców jako ludzi wygodnych, którzy będą chcieli wyjechać zagranicę, tam się urządzić, a lud Solidarnościowy zostawią samemu sobie.

Tego władzy nie udało się zrealizować. Został zatem potwierdzony mandat moralny wszystkich przywódców Solidarności. Nie zostali oni skompromitowani, wyszli z tarczą z więzień, a zatem nadal pozostali liderami związku. Chociaż faktycznie wtedy podziemie solidarnościowe nie było już tak liczne, jak na początku, w sumie było parę tysięcy osób stale działających w 1984 roku, ale „Solidarność” zachowała ogromny potencjał.

W perspektywie zachowania ciągłości Solidarności, jej myśli politycznej, etosu, zdolności do reprezentowania dużej części społeczeństwa i negocjowania z władzami różnych rzeczy, a także popularności w świecie, finał sprawy śledztwa miał zasadnicze znaczenie i umożliwił dalszy bieg spraw, tak jak one potoczyły się pod koniec lat 80.

Rozmawiała Anna Kruszyńska (PAP)

akr/ mjs/ ls/

Wszelkie materiały (w szczególności depesze agencyjne, zdjęcia, grafiki, filmy) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Materiały te mogą być wykorzystywane wyłącznie na postawie stosownych umów licencyjnych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, bez ważnej umowy licencyjnej jest zabronione.
Do góry

Walka
o niepodległość
1914-1918

II Rzeczpospolita

II Wojna
Światowa

PRL