Solidarność

11.11.2017

Prof. A. Friszke: Powstaniu Solidarności towarzyszyła ogromna nadzieja

Kiedy powstawała Solidarność, towarzyszyła jej ogromna nadzieja zwykłych ludzi, ale także działaczy, że szybko nastąpi poprawa sytuacji w kraju – powiedział prof. Andrzej Friszke w wywiadzie udzielonym portalowi dzieje.pl.

PAP: Czy władze komunistyczne zamierzały realizować postulat Wolnych Związków Zawodowych z Porozumień Sierpniowych?

Prof. Andrzej Friszke: Podpisując Porozumienia Sierpniowe władze zakładały, że nie powstanie jeden związek. Gdy wczytamy się w Porozumienia Sierpniowe, to tam jest mowa o nowych związkach na Wybrzeżu, ale w innym miejscu, że porozumienie obowiązuje w całej Polsce. Osobne porozumienia podpisano w Szczecinie, osobne na Śląsku. Władza zakładała, że związki powstaną w różnych miejscach, być może powstanie ich nawet bardzo dużo. Tak zostały też ułożone przepisy prawne dotyczące rejestracji, które ogłosiła Rada Państwa.

Komuniści uważali, że jak będzie wiele związków, to ich nacisk będzie mniejszy. Partia będzie mogła w różnych regionach próbować opanować związki, albo dogadywać się z ich działaczami, a zatem nie powstanie sytuacja tak wielkiego nacisku.

Niewątpliwie zaskoczeniem dla władz była decyzja różnych komitetów organizacyjnych nowopowstających związków z 17 września 1980 r. o wspólnym pójściu do rejestracji i utworzeniu jednego, federacyjnego, NSZZ „Solidarność”.

PAP: W jaki sposób kształtowały się struktury i władze powstającego związku?

Prof. Andrzej Friszke: To zależało, w jakim miejscu one powstawały. Tam, gdzie był strajk, czyli przede wszystkim w Gdańsku, Szczecinie, na Śląsku, w Łodzi czy Wrocławiu, komitety założycielskie nowych związków powstały z komitetów strajkowych. Natomiast tam, gdzie strajków nie było albo były niewielkie, np. w Warszawie, Poznaniu, tam dochodziło do powoływania związków nowych, na szczeblach zakładów pracy, a następnie spotkań komitetów założycielskich i wyłaniania regionalnego kierownictwa.

Prof. A Friszke: Władze nie sądziły, że ten ruch stanie się aż tak masowy, były zaskoczone. Choć jeszcze bardziej zaskoczyła je decyzja, że nowe związki stworzą jedną centralę. Spodziewały się rozproszenia umożliwiającego rozgrywanie przez władze, czego zresztą próbowały.

To wszystko działo się zresztą w ciągu kilkunastu dni, było to niesłychane przyspieszenie: zaczęło się 1 września, czyli w dzień po podpisaniu Porozumień Sierpniowych, a 17 września zjechały się przedstawicielstwa nowych związków z kilkudziesięciu regionów. To był proces błyskawicznej mobilizacji.

PAP: Jakie znaczenie dla pozycji NSZZ „Solidarność” miała terytorialna struktura związku, czy wzmacniało to jej polityczną rolę?

Prof. Andrzej Friszke: Terytorialny charakter był poniekąd pochodną sytuacji naturalnej strajku. Ponieważ strajk i kierownictwa strajkowe miały charakter regionalny, to i związek musiał mieć charakter regionalny.

Oczywiście istniał głębszy problem związany z tym, że związek funkcjonował w państwie niezwykle zcentralizowanym, gdzie władzą terenową był Komitet Wojewódzki partii, a władzą centralną Komitet Centralny partii, a nie branże czy ministerstwa. W związku z tym struktura związku była dopasowana do sytuacji, w której trzeba będzie ewentualnie strajkować, negocjować czy podpisywać porozumienia z władzami de facto państwowymi – terenowymi albo ogólnopaństwowymi. To powodowało, że nie branże były najważniejsze.

Owszem, w związku powstały branże, ale po pierwsze powstały one w większości dużo później, już po rejestracji (niektóre powstały wcześniej, jak pielęgniarki, kolejarze). Jednak nigdy nie będą miały takiej siły – liczyły się przede wszystkim regiony i ich przywódcy.

PAP: Czy masowość i popularność Solidarności wśród społeczeństwa były zaskoczeniem dla władz?

Prof. Andrzej Friszke: Władza nie spodziewała się, że ten nowy ruch ogarnie miliony ludzi. Oczywiście spodziewała się, sądząc po rozległości strajków, że to będzie duży ruch. W ostatnich dniach, w końcu sierpnia strajkowało 700 tysięcy ludzi w 700 miejscach. To jest ogromna liczba.

Natomiast władze nie sądziły, że ten ruch stanie się aż tak masowy, były zaskoczone. Choć jeszcze bardziej zaskoczyła je decyzja, że nowe związki stworzą jedną centralę. Spodziewały się rozproszenia umożliwiającego rozgrywanie przez władze, czego zresztą próbowały. Zwłaszcza rozgrywać konflikt pomiędzy Lechem Wałęsą a Marianem Jurczykiem, czyli między Gdańskiem a Szczecinem, a także konflikt między Jarosławem Sienkiewiczem a Wałęsą, czyli między Jastrzębiem a Gdańskiem. Liczyły na to, że może chociaż powstaną dwie-trzy centrale związkowe, które będą ze sobą konkurowały. Jak wiadomo, tak się nie stało. Powstał jeden ogólnopolski związek.

To dla władz było problemem: jak partia, która w zamierzeniu uważała, że ma rządzić wszystkim – kontrolować państwo, społeczeństwo – ma się układać z tak potężną organizacją.

PAP: Na czym polegały działania destrukcyjne władz wobec tworzącej się Solidarności? W jakim stopniu była infiltrowana przez bezpiekę?

Prof. Andrzej Friszke: Nie można powiedzieć, że Solidarność była infiltrowana przez bezpiekę, co nie znaczy, że nie próbowano tego robić. Przede wszystkim próbowano wprowadzać ludzi na szczeblu regionalnym czy zakładowym, licząc na to, że będą oni awansować w hierarchii związkowej. Z drugiej strony próbowano sobie zjednywać niektórych działaczy.

Najbardziej charakterystyczna sytuacja była związana z Jarosławem Sienkiewiczem, czyli przywódcą Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego „Jastrzębie”, który miał kontakty na szczeblach MSW i Komitetu Wojewódzkiego partii. Próbował odegrać w Związku zasadniczą rolę, mając ich wsparcie. Wszystko to było skierowane przeciwko Wałęsie – żeby ograniczyć siłę Gdańszczan i Wałęsy.

Próbowano robić takie rzeczy, ale były one nieskuteczne, dlatego, że Służba Bezpieczeństwa nie była przygotowana do tak potężnej rozgrywki, na taką skalę. Widzimy to w materiałach, które zostały po tym czasie. To jest zresztą trochę śmieszne – byli oni w stanie nagrać posiedzenie Krajowej Komisji Porozumiewawczej wraz z całą dyskusją, ale nie byli w stanie ustalić kto co mówił. W związku z tym to jest po prostu zbiór anonimowych wypowiedzi różnych osób, których oni nie byli w stanie przypisać danemu mówcy, ponieważ nie mieli odpowiednich narzędzi oraz współpracowników, którzy potrafili te głosy rozpoznawać. Dzisiaj jest to problem dla historyków– jest nagrane zebranie, bardzo ciekawe wypowiedzi, ale nie wiadomo czyje.

Oczywiście była również stosowana inwigilacja. Służby Bezpieczeństwa, jedną z pierwszych rzeczy, jakie robiła, podejmowała próby inwigilacji, przede wszystkim poprzez podsłuch. Próbowano podsłuchiwać posiedzenia władz naczelnych, przede wszystkim Krajowej Komisji Porozumiewawczej. Próbowano posługiwać się podsłuchami, które były już wcześniej założone u czołowych osób związanych z Solidarnością, np. u Jacka Kuronia czy Adama Michnika, gdzie odbywały się różne narady, gdzie mówiono, co może się zdarzyć, oceniano sytuację. Oczywiście takich rzeczy na pewno było sporo na szczeblu lokalnym. Władza podsłuchiwała, natomiast nie była w stanie rozpoznać głosów nowych działaczy związkowych. Było to zatem płytkie rozpracowanie, dotyczące właściwie tylko stanu nastrojów.

PAP: Jaka była reakcja Moskwy w związku z rejestracją Solidarności?

Prof. Andrzej Friszke: Zaraz po Sierpniu wyprawił się do Moskwy przedstawiciel władz naczelnych PZPR, Andrzej Werblan. Rozmawiał z Leonidem Breżniewem oraz z Michaiłem Susłowem, czyli były to rozmowy na najwyższym szczeblu.

Werblan tłumaczył, że musieli podpisać porozumienie, co spotkało się z dezaprobatą. Breżniew uważał, że podpisanie porozumień sierpniowych było błędem, że partia niepotrzebnie to zrobiła i będą z tego kłopoty. Postawa Moskwy – że Solidarność jest czymś niedobrym, niebezpiecznym i należy ją zniszczyć – była właściwie cały czas taka sama. Pod adresem Warszawy kierowano żądania, aby to rozegrała, rozbiła i zlikwidowała ten „antysocjalistyczny ruch”. Warszawa jednak nie mogła tego zrobić, bo nie miała na to ani sił, ani możliwości. Część kierownictwa uważała, że byłoby to awanturnictwo i trzeba się z Solidarnością dogadywać.

PAP: Jak zmieniła się Solidarność w ciągu pierwszego roku swojego istnienia? Co działaczy najbardziej łączyło, a co dzieliło?

Prof. Andrzej Friszke: Kiedy powstawała Solidarność, jak to często w takich sytuacjach bywa, towarzyszyła jej ogromna nadzieja zwykłych ludzi, ale także działaczy, że szybko nastąpi poprawa sytuacji w kraju, czyli atmosfera życia publicznego i warunki materialne, w tym zaopatrzenie sklepów, które były już wtedy złe. Jak wiadomo, nie tylko tak się nie stało, ale też i liczne konflikty, które następowały – kryzys rejestracyjny, gotowość strajkowa kolejarzy, strajk pielęgniarek, sprawa Jana Narożniaka, strajki rolników, studentów, żądania, negocjacje –powodowały atmosferę dużej nerwowości i poczucia destabilizacji.

Dla działaczy Solidarności najważniejsza była wówczas kwestia mobilizacji i rewindykacji praw, ale dla wielu ludzi była to sytuacja męcząca.

A. Friszke: Kiedy powstawała Solidarność, jak to często w takich sytuacjach bywa, towarzyszyła jej ogromna nadzieja zwykłych ludzi, ale także działaczy, że szybko nastąpi poprawa sytuacji w kraju, czyli atmosfera życia publicznego i warunki materialne, w tym zaopatrzenie sklepów, które były już wtedy złe.

Druga kwestia: jak pojawia się tego typu ruch społeczny, zmierzający do rewindykacji praw, do zmian warunków ekonomicznych, podwyżek płac, etc. – to wówczas oczywiście natychmiast następuje podział: jedni są radykałami, a drudzy umiarkowani. Jedni mówią, że nie należy podejmować ostrych akcji, a drudzy mówią, że właśnie należy. Na tej zasadzie oczywiście narastały napięcia pomiędzy działaczami Solidarności, które jednak, co jest istotne, nie doprowadziły do pęknięcia związku.

Można powiedzieć, że władza znowu liczyła, że nastąpi pęknięcie, że radykałowie i umiarkowani zaczną się kłócić, awanturować i wzajemnie wykańczać. Nie doszło do tego. Spory i napięcie cały czas były, ale to nie oznaczało, że Solidarność pękła, że nie była zdolna do wypracowania jednego stanowiska i zawierania kompromisów czy porozumień.

Natomiast ta dynamika powodowała rozmaite napięcia, czasem bardzo ostre pomiędzy ludźmi, działaczami, a nawet pomiędzy regionami.

PAP: Na czym polegał kryzys, o którym Pan wspomniał, związany z rejestracją Solidarności?

Prof. Andrzej Friszke: Związek musiał być zarejestrowany, bo nie było możliwe, żeby funkcjonował normalnie bez rejestracji. Np. żeby móc mieć normalne konta w banku to trzeba być zarejestrowaną organizacją. W związku z tym kwestia rejestracji była dla związku bardzo ważna.

Kiedy we wrześniu Rada Państwa uchwalała przepisy, na mocy których można będzie rejestrować nowe związki, to – jak mówiłem - zakładano, że to będzie bardzo wiele związków. Złożony w sądzie we wrześniu 1980 r. statut NSZZ „Solidarność” był dla władz problemem. Wiedzieli, że nie mogą odmówić rejestracji – bo byłoby to działanie prowadzące do potężnego wybuchu społecznego.

W kierownictwie partii, tak samo jak w Solidarności, działacze dzielili się na radykałów i umiarkowanych. Ci umiarkowani mówili, że trzeba zarejestrować i zobaczyć, co z tego będzie, ci radykalni – niektórzy patrzyli na Moskwę – próbowali forsować linię twardą, nieustępliwą.

Wypadkową tego wszystkiego było skoncentrowanie uwagi na kilku kluczowych kwestiach, do których próbowano zmusić Solidarność. Przede wszystkim chodziło o uznanie przez Solidarność kierowniczej roli partii w sposób zasadniczy i pryncypialny – tak żeby władza miała możliwość reakcji, również na gruncie prawa, w wypadku działań czy wypowiedzi niezgodnych z zarejestrowanym statutem.

Komuniści próbowali również wprowadzić mechanizmy, aby ten związek nie był tak bojowy i rewindykacyjny. Dotyczyło to przede wszystkim mechanizmów związanych z proklamowaniem i prowadzeniem strajku, tak, żeby te strajki utrudnić.

To były dwie pryncypialne rzeczy, które próbowali przeforsować i nakłonili Sąd Wojewódzki w Warszawie, który miał przeprowadzić sprawę rejestracyjną do tego, żeby wydał takie postanowienie. Wykonał to zadanie sędzia Kościelniak.

Oczywiście sądownictwo według oficjalnych deklaracji było w PRL niezawisłe, nie przyznawano, że jest ono zależne od władzy, ale właśnie kryzys rejestracyjny pokazywał, co faktycznie znaczy ta „niezależność”. Nad tym jaki miał być wyrok zastanawiało się – oczywiście w największej tajemnicy - Biuro Polityczne, które ustaliło pewne rzeczy i sąd to realizował.

PAP: Czy dlatego sprawa rejestracyjna trwała ponad miesiąc?

Prof. Andrzej Friszke: Wniosek był złożony po 17 września. Tę sprawę analizowano, toczyły się jeszcze rozmowy kuluarowe z doradcami z Solidarności – z Bronisławem Geremkiem, Tadeuszem Mazowieckim. Ze strony sądu były próby nakłonienia przywódców „Solidarności”, by sami wprowadzili poprawki w tym statucie.

Ostatecznie 24 października 1980 r. został ogłoszony wyrok, ale w bardzo dziwny sposób. Sąd przypisał sobie prawo dokonania poprawek w statucie, czyli dopisania tego, czego wnioskodawcy nie napisali – dotyczyło to m.in. kierowniczej roli partii. Na to związek kategorycznie się nie zgodził. W gruncie rzeczy Polska stanęła wtedy po raz pierwszy przed perspektywą strajku generalnego. Wszyscy, nie tylko radykałowie, uważali, że trzeba przeciwko temu stanowczo zaprotestować i wymusić na władzy, albo wynegocjować, rejestrację w takim kształcie, w jakim sobie życzyła Solidarność.

Prof. Andrzej Friszke: Lech Wałęsa odgrywał rolę przywódcy, który cementuje jedność związku, bez którego popularności w skali całego kraju i zdolności przewodzenia ludziom, także działaczom, ten związek by pękł. (...) Władza liczyła na to, że ten związek pęknie, natomiast Wałęsa był kluczową postacią, która sprawiła, że tak się nie stało.

Kolejne posiedzenia Komisji Krajowej zastanawiały się, czy postępować drastycznie, czy cała Polska ma od razu zastrajkować, czy tylko niektóre regiony, czy prowadzić jednocześnie jakieś rozmowy kuluarowe, czy nie. To był jeden z kluczowych momentów, który pokazał, jak bardzo ważny był Lech Wałęsa. Gdyby jego nie było albo nie miałby tak silnej pozycji, to jestem skłonny przypuszczać, że nastąpiłby rozłam w Solidarności. Jeden region poszedłby „na ostro”, drugi region poszedłby na ugodę i to by się wszystko rozlazło. Wałęsa po raz kolejny był w stanie scementować ten ruch, żeby się nie rozpadł i żeby poszedł z jednolitym stanowiskiem do sądu.

PAP: Jaką rolę przy rejestracji Solidarności odgrywali doradcy?

Prof. Andrzej Friszke: Odgrywali wielką rolę. Jak Wałęsa czy Jurczyk lub Zbigniew Bujak – działacze robotniczy – mieliby sami poruszać się w tak skomplikowanej materii, jaką jest prawo dotyczące funkcjonowania sądów, statutów, praw, które muszą być zawarte w statutach, mieć umiejętność porównania rozwiązań stosowanych w innych krajach. Nie daliby rady sami. Solidarność miała na szczęście doradców.

W sprawie rejestracji pierwszorzędną osobą był Wiesław Chrzanowski – prawnik, wówczas docent prawa – i Jan Olszewski, adwokat. Byli także Geremek i Mazowiecki. To były osoby najważniejsze przy sprawie rejestracyjnej, jeśli chodzi o doradców, dźwigające na sobie ciężar wypracowania takich formuł, żeby ocalić niezależność związku i statutu, a jednocześnie wymyśleć takie formuły, które przeciwnik – władza – byłby w stanie zaakceptować.

PAP: Jak zatem udało się wynegocjować rozwiązania do przyjęcia przez Solidarność?

Prof. Andrzej Friszke: Tu się ujawniła rzecz, która była wtedy poniekąd wstydliwa dla Solidarności. Solidarność była ruchem, który głosił, że nie wolno zawierać tajnych porozumień i układów – całe życie publiczne ma być przejrzyste. Ale jak wynegocjować z partią rozwiązania, które by były do przyjęcia dla Solidarności, a władza mogła się na to zgodzić? Były potrzebne tajne negocjacje, które oczywiście się odbyły. Miały miejsce w gmachu Sejmu. Ze strony władz był Tadeusz Grabski, czyli członek Biura Politycznego, a ze strony Solidarności negocjowali Karol Modzelewski i Tadeusz Mazowiecki, a w ostatniej fazie też Andrzej Gwiazda. Wynegocjowano miękkie rozwiązania, przede wszystkim polegające na tym, że partia nie będzie forsowała wpisania jej kierowniczej roli do statutu. Związek za to sam zaproponuje, żeby do statutu dołączyć aneks, a w aneksie treść Porozumienia Sierpniowego, w którym w pewnym miejscu było napisane, że przyszłe związki będą uznawać konstytucję, a więc i kierowniczą rolę partii.

Taki wypracowany w kuluarach kompromis został przedstawiony Sądowi Najwyższemu i 10 listopada 1980 r. Sąd podjął uchwałę, na mocy której Solidarność została zarejestrowana.

Sprawa była bardzo delikatna, dlatego, że właściwie negocjatorzy nie mogli powiedzieć całej Komisji Krajowej, że prowadzili takie negocjacje, ponieważ ujawniliby mechanizm, że sądy nie są niezawisłe, tylko realizują wcześniej uzgodniony kompromis. To była bardzo koronkowa gra, ale skuteczna.

PAP: Co było największym sukcesem Solidarności w tym pierwszym roku jej istnienia?

Prof. Andrzej Friszke: To jest przede wszystkim mobilizacja społeczna. Po raz pierwszy nastąpiła samoorganizacja społeczeństwa – 10 milionów ludzi w jednej organizacji, we wzajemnych kontaktach. Ta organizacja była niezależna od władzy, która do tej pory kontrolowała i rozgrywała wszystko, cenzurowała każdą wypowiedź publiczną. Język, którym się posługiwała Solidarność, odzyskanie poczucia suwerenności przez Polaków, złamanie języka władzy, kodu, którym się posługiwała, żeby zamazać jednoznaczność pewnych pojęć – demokracja, wolność słowa, praworządność – to wszystko zostało przedefiniowane w duchu demokratycznym i praw człowieka.

Sędziowie np. upomnieli się o niezawisłość – że mają być niezawiśli, a sądy niezależne od ministra sprawiedliwości. To jest postulat tamtego czasu.

To wszystko było przygotowaniem do bycia demokratycznym społeczeństwem i krajem. Władza została zmuszona do wycofania się – musiała zaproponować jakieś reformy liberalizujące system, ale oczywiście to było za mało. Był bardzo silny konflikt społeczny pomiędzy władzą a zorganizowanym społeczeństwem. To ma miejsce w ciągu pierwszego roku.

PAP: Na ile teczki z szafy Czesława Kiszczaka mogą zmieniać nasze spojrzenie na kwestię Solidarności i jej przywództwa?

Prof. Andrzej Friszke: Przeglądałem wszystkie teczki i tam niczego interesującego nie ma, poza jedną teczką dotyczącą Lecha Wałęsy. Ta teczka, którą znaleziono w szafie Kiszczaka o 1980 roku nic nam nie mówi. Zresztą ona nie była wykorzystywana w toczącej się grze politycznej.

Natomiast Lech Wałęsa odgrywał rolę przywódcy, który cementuje jedność związku, bez którego popularności w skali całego kraju i zdolności przewodzenia ludziom, także działaczom, ten związek by pękł. I to jest właściwie jedyna odpowiedź. Władza liczyła na to, że ten związek pęknie, natomiast Wałęsa był kluczową postacią, która sprawiła, że tak się nie stało.

Rozmawiała Anna Kruszyńska (PAP)

akr/mjs/ls

Wszelkie materiały (w szczególności depesze agencyjne, zdjęcia, grafiki, filmy) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Materiały te mogą być wykorzystywane wyłącznie na postawie stosownych umów licencyjnych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, bez ważnej umowy licencyjnej jest zabronione.
Do góry

Walka
o niepodległość
1914-1918

II Rzeczpospolita

II Wojna
Światowa

PRL