Holocaust

23.07.2017

Prof. Jacek Leociak: Treblinkę z zagładą Żydów kojarzy zaledwie 13,8 proc. Polaków

Treblinkę z zagładą Żydów kojarzy zaledwie 13,8 proc. Polaków, Sobibór – 1,9 proc., a Bełżec niecały 1 procent – mówi prof. Jacek Leociak z Centrum Badań nad Zagładą Żydów. 22 lipca 1942 r. rozpoczęła się w getcie warszawskim Wielka Akcja likwidacyjna, będąca realizacją planu „rozwiązania kwestii żydowskiej" w GG.

PAP: 22 lipca 1942 r. rozpoczęła się w getcie warszawskim wielka akcja likwidacyjna, podczas której wywieziono do obozu zagłady w Treblince 300 tysięcy warszawskich Żydów.

Prof. Jacek Leociak: Aby wyjaśnić, co działo się 22 lipca 1942 roku, trzeba cofnąć się do jesieni 1941 roku, kiedy w październiku Odilo Globocnik, dowódca SS i policji dystryktu lubelskiego, i gen. Friedrich Wilhelm Krueger, wyższy dowódca SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie, dostali od Himmlera polecenie opracowania projektu „rozwiązania kwestii żydowskiej”, czyli eksterminacji Żydów Generalnego Gubernatorstwa. Od października zaczęły zapadać konkretne decyzje. Globocnik przystąpił do organizowania sztabu akcji „Reinhardt” (od imienia Reinharda Heydricha, szefa Głównego Urzędy Bezpieczeństwa Rzeszy). Zapadają decyzje dotyczące budowy ośrodków zagłady – w marcu 1942 r. rozpoczęto budowę ośrodka zagłady w Bełżcu, w kwietniu w Sobiborze. Treblinka – największy obóz zagłady akcji „Reinhardt” – zaczął funkcjonować dzień po rozpoczęciu akcji likwidacyjnej w getcie warszawskim, czyli 23 lipca 1942 r.

Kilka dni przed 22 lipca do getta warszawskiego przyjechał z Lublina sztab specjalnej jednostki mającej już za sobą doświadczenia w akcjach wysiedleńczych na Lubelszczyźnie. Dowodził nią SS-Sturmbanfuehrer Hermann Hoefle, który przejął władzę nad gettem. Komando zakwaterowało się na Żelaznej 103 i tam ustanowiono tzw. Befelstelle, czyli punkt dowodzenia. Rano 22 lipca Hoefle nakazał przewodniczącemu Rady Żydowskiej Adamowi Czerniakowowi podpisać dekret o wysiedleniu. Czerniaków odmówił. To była sytuacja bez precedensu.

Ogłoszenie sygnowane przez samą Radę Żydowską zostało rozwieszone rano 22 lipca na murach Warszawy i zawierało informację, że wszyscy Żydzi mieszkający w Warszawie "bez względu na wiek i płeć będą przesiedleni na Wschód” – co brzmiało dość enigmatycznie. Wyłączeni z nakazu mieli być m.in. ci, którzy pracowali w Radzie Żydowskiej, bądź w szopach, tj. warsztatach nakładczych produkujących na potrzeby Wehrmachtu. Zwolnieni mieli być też policjanci żydowscy i ich rodziny, personel medyczny. Jako że każdy chciał znaleźć się w grupie wyłączonej z wysiedlenia, podzieliło to bardzo żydowską społeczność. Mnóstwo ludzi ubiegało się o otrzymanie pracy w szopach. Mówiono, że maszyna do szycia może uratować życie, bo była niezbędna, żeby się dostać do szopu krawieckiego. Dawano łapówki, zawierano związki małżeńskie z funkcjonariuszami policji żydowskiej czy z członkami Judenratu. Nieliczni podejmowali próby ucieczki z getta.

PAP: Jak przebiegała akcja likwidacyjna?

Prof. Jacek Leociak: Policjanci żydowscy, szczególnie w pierwszym okresie akcji, byli na pierwszej linii, byli bezpośrednimi wykonawcami niemieckich rozkazów. Blokowali oni poszczególne odcinki ulic, poszczególne kamienice, już na podwórkach dokonując wstępnej selekcji. Następnie pędzono Żydów na Umschlagplatz. Potem większą rolę zaczęły odgrywać formacje pomocnicze złożone z Ukraińców, Łotyszy i Litwinów. Niemcy cały czas sprawowali nadzór nad akcją. Dziennie z getta wywożono około 10 tys. Żydów.

Początek sierpnia 1942 r. to koniec pierwszej fazy akcji. Do połowy sierpnia Żydzi musieli się przenieść na północ od ul. Leszno, zlikwidowano tym samym tzw. małe getto, czyli to po południowej stronie ul. Chłodnej. Na skrzyżowaniu Chłodnej z Żelazną był most wzniesiony w styczniu 1942 r., który służył już tylko do tego, żeby Żydzi z południowej części mogli przejść do dużego getta, podczas gdy małe getto zostało włączone już do aryjskiej części miasta.

Następna faza, a właściwie punkt kulminacyjny akcji likwidacyjnej, to majacy miejsce 6–12 września 1942 r. tzw. "kocioł na Miłej” czy „kocioł na Niskiej”. Niemcy wydali wtedy rozkaz, aby rano 6 września wszyscy znajdujący się na terenie getta Żydzi zebrali się w kwadracie ulic: Smocza, Gęsia, Zamenhofa, Miła. Wtedy właśnie rozdawano słynne „numerki życia”. Dramat polegał na tym, że numerków było znacznie mniej niż pracowników zatrudnionych w szopach czy szpitalu. Co gorsze, Żydzi sami musieli rozdzielać te numerki.

Ostatni transport z getta warszawskiego wyruszył 21 września. Tym transportem odjechali policjanci, którzy wcześniej sami zaganiali Żydów do wagonów. Niemcy zakpili więc z policjantów, którzy licząc na to, że ocaleją, stali się wrogami własnych rodaków.

We Francji o tym, co się stało z Żydami w czasie II wojny światowej, mówi się często „deportation”. Z kolei mieszkańcy Międzyrzeca Podlaskiego, Izbicy Podlaskiej i dziesiątków innych polskich miasteczek byli naocznymi świadkami Zagłady.  A Polacy, którzy mieszkali w pobliżu obozów zagłady, np. Treblinki czy Bełżca, czuli nawet swąd palonych ciał. Ten trupi zapach rozchodził się w promieniu wielu kilometrów.

Punktem docelowym wszystkich transportów z warszawskiego getta była Treblinka, oddalona od Warszawy około 100 kilometrów. Transporty niejednokrotnie szły do Treblinki 2–3 dni. Żydzi stłoczeni byli w bydlęcych wagonach, w straszliwych warunkach, w upale i skwarze. Do rampy w Treblince dojeżdżały pociągi, w których było już dużo trupów.

5 bądź 6 sierpnia wraz z dziećmi z domu sierot przeszedł przez całe getto na Umschlagplatz Janusz Korczak. Była to bardzo długa droga, ostatnia siedziba domu sierot znajdowała się bowiem w tym miejscu, gdzie dziś jest wejście do Teatru Lalka w Pałacu Kultury i Nauki. Wówczas Korczak był już bardzo chory. Sądzę nawet, że nie wytrzymał transportu do Treblinki, tylko zmarł już w drodze. Dramatyczne jest to, że dzieci mogły zostać bez jego wsparcia i opieki w tych ostatnich godzinach.

PAP: W getcie warszawskim przebywało wielu twórców kultury...

Prof. Jacek Leociak: W okresie międzywojennym na terenach Polski kwitła wielowymiarowa, wielobarwna kultura żydowska i rozwijało się życie społeczne. Skupisk żydowskich na terenie GG było mnóstwo, w getcie warszawskim mieszkało około 450 tys. Żydów. Getto stanowiło centrum żydowskiego życia kulturalnego. Mieszkało tam bardzo dużo literatów, dziennikarzy, adwokatów, artystów malarzy, aktorów.

W okresie międzywojennym żydowska i polska kultura w dużej mierze funkcjonowały osobno. Mimo to Żydzi znacznie więcej wiedzieli na temat naszej kultury niż Polacy na temat żydowskiej. Typowym zjawiskiem dla diaspory żydowskiej jest to, że jej członkowie mówią co najmniej dwoma językami. Używają tzw. języka wernakularnego, czyli języka miejscowego. Dzięki znajomości polskiego Żydzi znali bardzo dobrze polską literaturę.

Ponadto w okresie międzywojennym funkcjonował projekt kulturowy, który gromadził pisarzy i dziennikarzy skupionych wokół gazet takich jak lwowska „Chwila”, którzy budowali kulturę polsko-żydowską. Zgromadzeni wokół niego Żydzi swą duszę żydowską wyrażali w języku polskim. Do takich twórców należał m.in. znany poeta Michał Szymel, Rachela Auerbach, która była jedną z najbliższych współpracowników Emanuela Ringelbluma, twórcy podziemnego archiwum getta warszawskiego.

W getcie było pięć teatrów, spośród których trzy wystawiały sztuki w języku jidysz, dwa w języku polskim. Istniało też wiele kawiarni literackich. Najsłynniejszą była polskojęzyczna kawiarnia Sztuka przy ul. Leszno 2, niedaleko placu Bankowego, kontynuująca tradycję międzywojennego polskiego kabaretu. W tej kawiarni śpiewała m.in. Wiera Gran, akompaniował jej Władysław Szpilman. Przeważająca liczba artystów tworzyła jednak w języku żydowskim.

Lista strat przede wszystkim dotyczy właśnie tych, którzy tworzyli w jidysz. Z tego powodu nazwiska osób, które nie przeżyły, dziś są dla Polaków praktycznie nieznane.

PAP: Kto z ludzi kultury zginął w getcie, a komu udało się ocaleć?

Prof. Jacek Leociak: Szacuje się, że po Zagładzie przetrwało ok. 11 proc. polskich Żydów. Wszystko, co zbudowali, również życie społeczne i kulturalne, legło w gruzach. Wśród tych, którzy zginęli, należy wymienić Hilela Cajtlina, który został zastrzelony na Umschlagplatzu, bo nie chciał wejść do wagonu. Był filozofem, krytykiem literackim, eseistą, publicystą, współpracownikiem dziennika „Hajnt”, jednego z dwóch dzienników żydowskich wydawanych w Warszawie. Dla społeczności żydowskiej była to bardzo znana postać. Inny artysta, Leo Belmont, powieściopisarz, krytyk literacki i publicysta, autor powieści psychologicznych i kryminałów, zmarł w getcie warszawskim. Ofiara Treblinki – Lejb Goldin, tłumacz i krytyk literacki, w getcie pisał eseje. Słynny esej o głodzie – „Kronika jednej doby”: „jeść, jeść... Teraz to ciągnie nie od żołądka, lecz od podniebienia, od skroni. Gdybyż to choć pół ćwiartki chleba. Choćby kawałek skórki, niechby spalonej, czarnej, zwęglonej. Zwlekam się z łóżka, łyk wody daje ulgę, tłumi na moment głód”.

Przeżyli m.in. Rachela Auerbach, Hersz Wasser – sekretarz Oneg Szabat, najbliższy współpracownik Ringelbluma i jego żona, Bluma Wasser. Przeżył Władysław Szpilman, przeżyła też słynna piosenkarka, artystka kabaretowa Wiera Gran czy znana dobrze Polakom Stefania Grodzieńska i jej mąż, Jerzy Jurandot, ona — gwiazda teatru „Femina”, on — jego dyrektor artystyczny i literacki. „Femina” została teraz zniszczona, co moim zdaniem jest barbarzyństwem. Budynek został wybudowany tuż przed wojną, w lipcu 1941 r. zaczął funkcjonować jako teatr. Do naszych czasów przetrwała nienaruszona sala, w której śpiewała i tańczyła Stefania Grodzieńska, a sztuki i rewie reżyserował m.in. Jerzy Jurandot.

Szacuje się, że po Zagładzie przetrwało ok. 11 proc. polskich Żydów. Wszystko, co zbudowali, również życie społeczne i kulturalne, legło w gruzach. Ofiarą Treblinki był m.in. Lejb Goldin, tłumacz i krytyk literacki. Napisał słynny esej o głodzie – „Kronika jednej doby”: „jeść, jeść... Teraz to ciągnie nie od żołądka, lecz od podniebienia, od skroni. Gdybyż to choć pół ćwiartki chleba. Choćby kawałek skórki, niechby spalonej, czarnej, zwęglonej. Zwlekam się z łóżka, łyk wody daje ulgę, tłumi na moment głód”.

PAP: Czy udało się ocalić dzieła zgładzonych artystów?

Prof. Jacek Leociak: Te z tekstów, które powstały w getcie i miały szansę przetrwać, znajdują się dziś w Archiwum Ringelbluma. Są tam nie tylko dokumenty, ale jest też dużo tekstów stricte literackich.

Poetą o wielkim znaczeniu dla literatury żydowskiej był Icchak Kacenelson, który zginął w komorach gazowych Auschwitz. Niektóre z wierszy, które pisał w getcie, znalazły się w wykopanym po wojnie Archiwum Ringelbluma, ukrytym na Nowolipkach 68. Po upadku powstania w getcie warszawskim Kacenelson poszedł do „Hotelu Polskiego”, stamtąd został wywieziony do niemieckiego obozu przejściowego w Vittel we Francji, z Vitel pojechał prosto do Auschwitz. Przed śmiercią zdążył jeszcze napisać swój największy poemat, arcydzieło literatury Zagłady: „Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie” – poemat utrzymany w konwencji lamentacji biblijnej.

Przetrwało też kilka dzienników, dzięki którym możemy dowiedzieć się wiele na temat panujących w getcie realiów. Autorem jednego z nich był Abraham Lewin, pisarz i pedagog, który zginął w styczniu 1943 r. podczas tzw. akcji styczniowej. Jego dziennik ocalał w Archiwum Ringelbluma. Lewin był współpracownikiem grupy Oneg Szabat, która Archiwum stworzyła. Z kolei dziennik Chaima Arona Kapłana, pisany od początku okupacji, ocalał dzięki kontaktom autora ze stroną aryjską. Znajomy Polak wynosił te zapiski z getta. Niestety, mnóstwo dzienników czy utworów literackich zginęło jednak bezpowrotnie.

PAP: Treblinka to miejsce zagłady warszawskich Żydów. Czy wiedza na temat tego obozu jest wystarczająca?

Prof. Jacek Leociak: Treblinka była największym obozem zagłady włączonym w akcję "Reinhardt", której realizacja zaczęła się w nocy z 16 na 17 marca 1942 r. od Lublina, gdy zlikwidowano tamtejsze getto, wywożąc Żydów do Bełżca. Zginęło tam ok. 450 tys. Żydów.

Liczbę ofiar Treblinki szacuje się na około 900 tys. Żydów – tę liczbę ustalono podczas ekspertyz tzw. drugiego procesu załogi w Treblince, który odbył się w 1970 roku w Duesseldorfie. W Sobiborze miało zginąć ok. 250 tys. ofiar, w Chełmie nad Nerem ok. 150 tys., (obóz ten leżał poza obszarem Generalnego Gubernatorstwa), na Majdanku wg ostatnich szacunków liczba ofiar wynosiła ok. 78 tys., z czego 60. tys. z nich to Żydzi.

Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, które moim zdaniem zostało ostatnio brutalnie i zupełnie bezsensownie zniszczone, w 2009 roku zleciło badania na temat świadomości Polaków dotyczącej zagłady Żydów. Pytano o to, jakie miejsca w Polsce kojarzą się z Holokaustem. Pytano o te pięć obozów akcji Reinhardt. Okazało się, że Treblinkę z zagładą Żydów kojarzy zaledwie 13,8 proc. Polaków, Sobibór – 1,9 proc., a Bełżec niecały 1 procent. Myślę, że nie trzeba komentować tych wyników.

PAP: Jeśli chodzi o liczbę ofiar Zagłady, może dziwić płynność liczb: Auschwitz – 3, a nawet 4 mln, dziś mówi się o milionie, Sobibór – 250, teraz 170 tys. Skąd te różnice? Jakie stosowano metody badawcze?

Prof. Jacek Leociak: Jeśli chodzi o największy obóz koncentracyjny, symbol Holokaustu, to pierwsze szacunki dotyczące liczby ofiar Auschwitz sporządziły komisje powołane przez władze sowieckie i polskie. Wymieniano liczbę około 4 milionów ofiar. Liczbę 4 miliony rozpowszechnił sędzia śledczy Jan Sehn. Na procesie norymberskim komendant Auschwitz Rudolf Hoess zeznał, że w obozie zgładzono 2,5 miliona ludzi. Później liczba ta się systematycznie zmniejszała. Skrupulatne badania pracownika Muzeum Auschwitz, Franciszka Pipera, których wyniki opublikował w książce „Ilu ludzi zginęło w Auschwitz” w 1992 roku, dowodzą, że zostało tam zabitych lub zmarło 1 mln 100 tys. ludzi, w tym między 960 tysięcy do 1 miliona Żydów.

Różnice w ustalaniu liczby ofiar na przestrzeni lat wynikają przede wszystkim z tego, że jest prawie niemożliwe, aby ze stuprocentową pewnością powiedzieć, ilu naprawdę było wszystkich Żydów zginęło. Ci, którzy bezpośrednio szli do komór gazowych, nie byli w ogóle rejestrowani. Choć mamy zdjęcia więźniów, księgi obozowe, do żadnej z nich nie wpisywano Żydów idących od razu do komór gazowych. Liczbę ofiar można ustalić tylko w przybliżeniu. Zachowały się niektóre listy transportowe, na których były informacje, ilu Żydów pojechało w konkretnych transportach do Auschwitz. Na ich podstawie próbuje się wyciągnąć jakieś wnioski. Holokaust to straszliwa zbrodnia, która nie zostawia po sobie śladów. Po ofiarach nie zostają nawet ciała.

Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku w 2009 roku zleciło badania na temat świadomości Polaków dotyczącej zagłady Żydów. Pytano o to, jakie miejsca w Polsce kojarzą się z Holokaustem. Okazało się, że Treblinkę z zagładą Żydów kojarzy zaledwie 13,8 proc. Polaków, Sobibór – 1,9 proc., a Bełżec niecały 1 procent. 

PAP: Jaka jest nasza pamięć o Holokauście?

Prof. Jacek Leociak: W Warszawie getto było odgrodzone murem, ale jest zasadnicza różnica w naszej świadomości o Zagładzie a świadomości innych narodów. Na przykład Francuzi widzieli, jak Żydzi gromadzeni są na paryskim tzw. Vélodrome d’Hiver; wiedzieli, że jadą do Drancy, a stamtąd pociągi odchodziły już do Treblinki i do Auschwitz. Zatem na własne oczy Francuzi nie widzieli masakry, która miała tam miejsce.

We Francji o tym, co się stało z Żydami w czasie II wojny światowej, mówi się często „deportation”. Oni mówią o „deportacji”, bo tylko jej byli świadkami. Z kolei mieszkańcy Międzyrzeca Podlaskiego, Izbicy Podlaskiej i dziesiątków innych polskich miasteczek byli naocznymi świadkami Zagłady. Widzieli, jak się Żydów ograbia, bije, zabija, jak zostają po nich puste mieszkania. A Polacy, którzy mieszkali w pobliżu obozów zagłady, np. Treblinki czy Bełżca, czuli nawet swąd palonych ciał. Ten trupi zapach rozchodził się w promieniu wielu kilometrów.

PAP: Jakie inicjatywy są podejmowane, by upamiętnić ofiary warszawskiego getta?

Prof. Jacek Leociak: Dziś z pewnością jest dużo lepiej, jeśli chodzi o inicjatywy upamiętniające ofiary warszawskiego getta. Powstał Trakt Pamięci Męczeństwa i Walki Żydów czy Pomnik Umschlagplatz, gdzie przez długi czas nie było praktycznie żadnego upamiętnienia. Tamtędy biegł mur getta, który stał jeszcze po wojnie. Do jednego z segmentów muru przymocowano tylko tablicę informującą, że wywieziono stamtąd 300 tys. Żydów. Gdy go rozebrano, zostawiono tylko ten segment z tablicą, a w tym miejscu utworzono stację benzynową. Pomnik powstał dopiero w 1987 r.

W 2010 roku powstało Stowarzyszenie Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych Stacja Muranów, zajmujące się organizacją muranowskiej przestrzeni. Od 2011 r. z kolei z inicjatywy Żydowskiego Instytutu Historycznego im. Emanuela Ringelbluma we współpracy z organizacjami żydowskimi corocznie 22 lipca odbywa się Marsz Pamięci spod Pomnika Umschlagplatz do ulicy Jaktorowskiej.

Uważam, że na szczególne uznanie zasługuje zrealizowany w latach 2008–2010 projekt „Pomniki granic getta w Warszawie”, którego autorami są dr Eleonora Bergman z Żydowskiego Instytutu Historycznego i artysta grafik Tomasz Lec. To zespół 22 tablic pamiątkowych i betonowych płyt pokazujących przebieg murów getta na Woli i w Śródmieściu, m.in. oznaczenia na chodnikach, w pobliżu których znajdują się mapy informujące o lokalizacji danego miejsca na terenie getta. Instalacje są wtopione w topografię Warszawy i są innowacyjne względem sztucznie wyglądających w otoczeniu zieleni pomników. Dzięki temu w nieinwazyjny, nienachalny sposób informują o historii Warszawy. To delikatne wydobycie przeszłości bez gwałtu na teraźniejszości.

Z drugiej strony można w Warszawie zauważyć coś takiego, co nazwałbym swego rodzaju rywalizacją na upamiętnienia. Na przykład ul. Stawki prowadząca do placu Muranowskiego, przy której był przecież Umschlagplatz, dziś jest obudowywana tablicami, które informują o walkach toczonych podczas powstania warszawskiego.

Oczywiście to jest ważne, ale stawianie kolejnych pomników powstańców w dzielnicy związanej przede wszystkim z historią warszawskich Żydów może dezorientować. Myślę, że jest to próba walki o pamięć z Umschlagplatzem. Na placu Muranowskim stoi wagon z krzyżami poświęcony tym, których Rosjanie zesłali na wschód. Sam byłem świadkiem sytuacji, gdy grupa zagranicznych turystów, która szukała Umschlagplatzu, nie mogła zrozumieć, dlaczego stoi tam pomnik z wieloma krzyżami.

Rozmawiała Aleksandra Beczek (PAP)

mjs/ ls/

Wszelkie materiały (w szczególności depesze agencyjne, zdjęcia, grafiki, filmy) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Materiały te mogą być wykorzystywane wyłącznie na postawie stosownych umów licencyjnych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, bez ważnej umowy licencyjnej jest zabronione.
Do góry

Walka
o niepodległość
1914-1918

II Rzeczpospolita

II Wojna
Światowa

PRL