Budowa niepodległego państwa

10.02.2016 aktualizacja 14.07.2016

Agata Abramowicz: Budowa Gdyni jest dowodem na prężność młodego państwa polskiego

Budowa bulwaru nadmorskiego łączącego Gdynię z Orłowem. Źródło: NAC Budowa bulwaru nadmorskiego łączącego Gdynię z Orłowem. Źródło: NAC

Gdynia stała się dowodem, że państwo, które dopiero co odzyskało niepodległość, jest w stanie w ekspresowym tempie zbudować miasto z nowoczesnym portem - mówi w rozmowie z PAP Agata Abramowicz z Muzeum Miasta Gdyni. 90 lat temu, 10 lutego 1926 r., Gdynia otrzymała prawa miejskie.

PAP: Załóżmy, że jest rok 1922. Polski sejm przyjmuje właśnie ustawę o budowie portu w Gdyni. Gdybyśmy w tym czasie znaleźli się w centrum Gdyni, np. na dzisiejszym Skwerze Kościuszki, co byśmy zobaczyli?

Agata Abramowicz: Przede wszystkim porozrzucane w okolicy wiejskie domy. W tym czasie istniała tutaj wieś zamieszkana przez ludność kaszubską. Jeśli weźmiemy pod uwagę nie tylko obszar dzisiejszego centrum, ale też okolice, to można powiedzieć, że mieszkało tu w sumie kilkaset osób, które wówczas zajmowały się rybołówstwem, ale powoli też turystyką. W tym czasie zaczęli tu przyjeżdżać letnicy z różnych części ówczesnej Polski, która przecież dopiero niedawno uzyskała dostęp do morza.

PAP: Wśród letników był choćby Żeromski…

Agata Abramowicz: Tak. Choć trzeba pamiętać, że 1922 rok nie był jeszcze tym czasem, gdy morze było modne. Wówczas okolice Gdyni kusiły tych, którzy chcieli pobyć w spokojnym, dziewiczym miejscu wynajmując pokoje np. w domach rybaków i innych mieszkańców lub kilku pensjonacikach, które wówczas tu działały. Dopiero jakiś czas później zaczęto kreować modę na Gdynię i „przebywanie nad morzem”.

PAP: Przesuńmy się teraz o cztery lata do przodu – do roku 1926, kiedy to Gdynia uzyskała prawa miejskie i liczyła sobie już 12 tysięcy mieszkańców. Kim byli ci ludzie, skąd przyjechali?

Agata Abramowicz: Trwała już wówczas budowa portu. W poszukiwaniu pracy do Gdyni ściągali zarówno prości robotnicy, jak i inżynierowie z rożnych zakątków kraju – z okolicznych wsi, ale też z Polski centralnej czy Wielkopolski. Przyjeżdżali tu też specjaliści z zagranicy, jak choćby kilkudziesięciu inżynierów z Danii, których zatrudniono przy budowie portu, bo przecież – siłą rzeczy, Polacy nie mieli doświadczenia w takich nadmorskich inwestycjach. Z myślą o Duńczykach, którzy przyjechali do Gdyni z całymi rodzinami, w miejscu, gdzie dziś – przy ul. Chrzanowskiego - znajdują się bloki, wybudowano osiedle duńskich drewnianych domków.

Agata Abramowicz: Nagle zaczęło tu ściągać tylu ludzi, że nie było ich gdzie zakwaterować. Bardzo często zdarzało się, że przyjezdni – zwłaszcza prości ludzie, którzy chcieli się zatrudnić jako robotnicy, pierwsze noce spędzali na plaży: tak trudno było znaleźć miejsca do spania. Z biegiem czasu na obrzeżach ówczesnego miasta zaczęły powstawać tzw. dzielnice biedy.

PAP: A gdzie zamieszkało pozostałych kilkanaście tysięcy ludzi, którzy ściągnęli do tej – przecież dotąd niewielkiej, wioski?

Agata Abramowicz: Rzeczywiście nagle zaczęło tu ściągać tylu ludzi, że nie było ich gdzie zakwaterować. Bardzo często zdarzało się, że przyjezdni – zwłaszcza prości ludzie, którzy chcieli się zatrudnić jako robotnicy, pierwsze noce spędzali na plaży: tak trudno było znaleźć miejsca do spania. Z biegiem czasu na obrzeżach ówczesnego miasta zaczęły powstawać tzw. dzielnice biedy. Były to domki, a właściwe budy sklecone z drewna i innych dostępnych materiałów. Budowali je często sami robotnicy. Za stawianie domów zabrali się też prywatni inwestorzy: czasem budowali oni porządne obiekty, ale często budowano naprędce, aby szybko wynająć i zarobić. Powstawały więc domy z toaletami na półpiętrach wspólnymi dla wielu mieszkań czy pokoi. Nawet takie lokale schodziły na pniu. Część tych domów, stojących w bardzo przeludnionych wówczas dzielnicach nazywanych żartobliwie przez mieszkańców Pekinem, Meksykiem czy Drewnianą Warszawą, przetrwało zresztą do dzisiaj.

PAP: Ponoć w tamtym czasie w Gdyni był także bardzo duży kłopot ze szkołami. Różne źródła podają, że zdarzały się sytuacje, iż 40-osobowa klasa rozrastała się nagle do stu uczniów.

Agata Abramowicz: W pierwszej kolejności do Gdyni przyjeżdżali mężczyźni. Jeśli w miejscach, z których wyjechali mieli oni rodziny czy narzeczone, po jakimś czasie ściągali je do siebie. Z kolei samotni mężczyźni często wżeniali się w mieszkające już w mieście rodziny. Na świat przychodziło dużo dzieci. Także z tych względów Gdynia zaludniała się bardzo szybko: zwłaszcza dzielnice biedy zaroiły się od dzieci. Na przełomie lat 20. i 30. w Gdyni był najwyższy poziom dzietności w Polsce. Szybko pojawił się bardzo duży problem ze szkołami: te podstawowe były przepełnione, a gdy dzieci je kończyły, nie miały gdzie kontynuować edukacji. Pierwsze gimnazjum, które tu powstało – założone w 1927 roku przez Teofila Zegarskiego, było szkołą prywatną.

PAP: Czyli państwo, decydując się zbudować port, nie zadbało o zaplecze mieszkalne i szkolnictwo?

Agata Abramowicz: Nie zadbało też o inne aspekty: choćby służbę zdrowia. Dzisiejszy szpital przy placu Kaszubskim bierze swój początek z domu noclegowego, który założyły siostry Wincentego a Paulo. Szybko okazało się, że ludzie nie mają się gdzie leczyć, więc dom przekwalifikowano na maleńki szpital. Trzeba przyznać, że siostry w ekspresowym tempie m.in. pozyskując środki od sponsorów, zadbały o bardzo dobre, nowoczesne wyposażenie.

O ile na początku to port był bodźcem do rozwoju miasta, to za chwilę okazało się, że na miejscu potrzebni są pracownicy do budowy domów, personel do szkół, szpitala, sklepów, kawiarni, zakładów fotograficznych itp. O to wszystko zadbali inwestorzy prywatni, którzy dostrzegli w Gdyni szansę dla siebie. Bardzo wielu ludzi przyjechało prowadzić tu swój biznes z Wielkopolski: śmiano się, że co czwarty gdynianin to poznaniak. Wielu z nich świetnie sobie poradziło, choć w Gdyni zdarzały się zarówno spektakularne sukcesy, jak i spektakularne porażki, w tym bankructwa. Wiemy to choćby z ówczesnej prasy, zwłaszcza z lat 30. Choćby Stanisław Lisiecki przyjechał z żoną i dziećmi z Poznania do Gdyni i założył kawiarnię Grand Cafe, która funkcjonowała w kamienicy zbudowanej zresztą przez Lisieckiego. Kawiarnia dobrze prosperowała przez kilka lat, niestety w 1932 roku Lisiecki zbankrutował, bo oszukał go wspólnik. To było bardzo częste: tam, gdzie są pieniądze, tam zdarzają się oszustwa, przekręty i kradzieże.

PAP: Ale też – jak już Pani wspomniała, wielkie sukcesy…

Agata Abramowicz: Mamy choćby braci Roberta i Franciszka Wilke pochodzących z rybackiej kaszubskiej rodziny. Gdy miasto i port zaczęły się rozwijać, przyjeżdżało też coraz więcej turystów. Bracia postanowili wykorzystać swój kuter do organizowania wycieczek po gdyńskim porcie. To był tak świetny interes, że po kilku latach mieli już całą flotę, która pływała na kilku trasach, w tym do Gdańska, Sopotu, na Hel. Na zdjęciach, które posiadamy, widać galowo ubranych pracowników, którzy obsługiwali łodzie.

PAP: Ponoć w ciągu jednego sezonu firma braci potrafiła przewieźć nawet około 200 tysięcy pasażerów…

Agata Abramowicz: Polacy chcieli zobaczyć jak wygląda to budowane od podstaw, na surowym korzeniu, miasto i port. Nastała moda na morze i odwiedzanie Gdyni: stała się ona wówczas dowodem na to, że młode państwo, które dopiero co odzyskało niepodległość i dostęp do morza, jest w stanie w ekspresowym tempie zbudować nowoczesne miasto z bardzo nowoczesnym portem. W tym czasie działała Liga Morska i Rzeczna, która propagowała wśród Polaków sprawy morskie. Liga w całej Polsce miała około miliona członków, co ciekawe największą część z nich stanowili mieszkańcy Śląska. Z zebranych przez Ligę składek dofinansowano m.in. budowę okrętu podwodnego „Orzeł”. Z datków społeczeństwa zakupiono też żaglowiec szkoleniowy „Dar Pomorza”. W całej Polsce odbywały się wówczas Święta Morza: mamy zdjęcia z Wołynia czy z Krakowa, pokazujące pochody, których uczestnicy niosą makiety statków, morskich fal itp. Gdynia stała się wtedy dla Polaków prawdziwym oknem na świat, nie tylko w sensie gospodarczym. Wizytówką Gdyni były przecież transatlantyki, dzięki którym możliwa była podróż za ocean.

Agata Abramowicz: W tym czasie działała Liga Morska i Rzeczna, która propagowała wśród Polaków sprawy morskie. Liga w całej Polsce miała około miliona członków, co ciekawe największą część z nich stanowili mieszkańcy Śląska. Z zebranych przez Ligę składek dofinansowano m.in. budowę okrętu podwodnego „Orzeł”.

PAP: Według urzędu statystycznego w 1931 r. w Gdyni mieszkało ponad 33 tysiące ludzi, a 1,8 procenta z nich była analfabetami. Średnio w kraju analfabetyzm dotyczył wówczas 23 procent Polaków, a w miastach wynosił on nieco ponad 12 procent. Skąd w Gdyni tak niewielki odsetek?

Agata Abramowicz: Liczba ludzi, którzy osiedlali się w Gdyni przed wojną rosła w takim tempie, że dosyć szybko okazało się, że nie dla wszystkich jest praca. Byli oni zmuszeni przekwalifikowywać się, zdobywać coraz to nowe umiejętności. Ówczesne urzędy pracy przydzielały pracowników do konkretnych ofert nie kierując się żadnym kluczem, robiono to losowo. M.in. ten fakt mógł wpłynąć na to, że ludzie dokształcali się. Swoją drogą losowy dobór pracowników doprowadzał do różnych dziwnych sytuacji: gdy np. w szkole plastycznej Wacława Szczeblewskiego poszukiwano modela, urząd pracy przysłał bezrobotnego robotnika portowego.

PAP: Lata 30. to także moment, gdy w Gdyni powstaje najwięcej budynków w stylu modernistycznym. Te obiekty wiele lat później staną się wizytówką miasta. Rok temu fragment centrum Gdyni zabudowany takimi właśnie obiektami został wpisany na listę Pomników historii. Jak to się stało, że właśnie modernizm tak silnie zaistniał w Gdyni: czy to odgórne założenie, czyjś plan a może przypadek?

Agata Abramowicz: To była po prostu kwestia mody. W Warszawie działało już wówczas kilku świetnych architektów, którzy specjalizowali się w tym stylu. Gdy okazało się, że nad Bałtykiem powstaje nowe miasto i są tam inwestorzy z gotówką, wielu z nich postanowiło skorzystać z okazji i zaproponować tutaj swoje usługi. Przykładem najaktywniejszego architekta modernisty jest Włodzimierz Prochaska, który jest autorem ponad 100 projektów zrealizowanych w Gdyni. To wręcz niebywałe, że jednemu człowiekowi udało się zrealizować tyle projektów w jednym mieście.

PAP: Gdynia miała też wielkie szczęście, że większość z tych obiektów ocalała: w porównaniu np. z Gdańskiem, w tym mieście zniszczenia wojenne były stosunkowo niewielkie.

Agata Abramowicz: Oczywiście totalnie zniszczony został gdyński port. Specyficznym symbolem był tutaj pancernik „Gneisenau”, który to okręt wycofujący się w 1945 roku Niemcy zatopili, by zatarasować wejście do portu. Jego potężny, wystający nad poziom wody, wrak górował nad portem przez wiele lat, dopóki go nie pocięto. Jednak w Śródmieściu Gdyni zniszczonych zostało tylko około 16 procent zabudowy, przede wszystkim na skutek alianckich bombardowań prowadzonych jeszcze w czasie wojny.

Równie wielkim szczęściem dla miasta był fakt, że po wojnie puste miejskie przestrzenie wypełniano również obiektami modernistycznymi często dobrej jakości. Nie zniszczono więc tego modernistycznego sznytu, który Gdynia miała przed wojną. Zdarzają się obiekty, przyglądając się którym trudno jest ocenić, czy powstały one na fali przedwojennego czy też już powojennego modernizmu, tak dobrze te plomby wkomponowały się w istniejącą już przestrzeń.

Wojna sprawiła jednak, że nie udało się w Gdyni przeprowadzić pewnej inwestycji – budowy dzielnicy reprezentacyjnej. Był to plan państwa, które – po początkowym zaangażowaniu wyłącznie w budowę portu - postanowiło włączyć się w inne inwestycje w mieście. Dzielnica ta miała powstać w samym centrum, tuż nad morzem. Były już plany: myślano o budowie gigantycznej Bazyliki Morskiej i ratusza oraz wielkiego placu ze schodami schodzącymi w kierunku morza. Całość miała być utrzymana w nowoczesnym, modernistycznym stylu. Gdynia – ukochany jedynak ówczesnego młodego państwa, miała być miastem przyszłości, prawdziwą wizytówką Polski. Niestety, wojna sprawiła, że dzielnicy nie udało się zbudować.

Rozmawiała Anna Kisicka (PAP)

aks/ ls/

Wszelkie materiały (w szczególności depesze agencyjne, zdjęcia, grafiki, filmy) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Materiały te mogą być wykorzystywane wyłącznie na postawie stosownych umów licencyjnych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, bez ważnej umowy licencyjnej jest zabronione.
Do góry

Walka
o niepodległość
1914-1918

II Rzeczpospolita

II Wojna
Światowa

PRL