Puźniki, Ukraina, 06.09.2025 r. Pogrzeb ekshumowanych szczątków polskich ofiar zbrodni wołyńskiej na terenie dawnej wsi Puźniki w dzisiejszym obwodzie tarnopolskim na zachodzie Ukrainy. Fot. PAP/Vladyslav Musiienko
Polacy i Ukraińcy nadal za mało się znają, a pamięć o zbrodni wołyńskiej, która powinna być sakralna, stała się narzędziem polityków po obu stronach granicy – ocenił Walenty Wakoluk, Polak mieszkający od urodzenia na Wołyniu, założyciel i redaktor naczelny polsko-ukraińskiej gazety „Monitor Wołyński”. Dziennikarz i działacz polskich organizacji na Ukrainie podkreślił w rozmowie z PAP, że ekshumacje, pochówki i upamiętnienie ofiar powinny być wolne od polityki. Sam w 1943 r. stracił w zbrodni wołyńskiej pradziadka i dwie ciotki.
PAP: - Jest pan Polakiem, który urodził się i całe życie mieszka na Wołyniu. Jak określa pan swoją tożsamość?
Walenty Wakoluk: - Jestem wołyńskim autochtonem. Jestem Polakiem ukrainnym. Dlaczego ukrainnym? Bo tacy Polacy także istnieją. To świadczy o mojej mentalności.
PAP: - Z racji wieku nie pamięta pan, oczywiście, wydarzeń na Wołyniu, ale są one obecne w pamięci pańskiej rodziny. Kiedy usłyszał pan o zbrodni?
W.W.: - Jestem z rocznika 1956. Pamiętam siebie gdzieś od trzeciego, czwartego roku życia. W Wigilię Bożego Narodzenia zawsze u nas na stole stało dodatkowe, symboliczne nakrycie. Babcia mówiła: to Marynia, to Antosia, to Zosia, to Halina, to dziadek Teofil. Pytałem: dlaczego ich nie ma? I wtedy, po trochu, jako dziecko dowiadywałem się, co się stało. Jeszcze tego nie rozumiałem, ale później, już w dojrzalszym wieku, dowiedziałem się, że nasza rodzina pochodzi z Podola.
Jesteśmy tymi XVII-wiecznymi Polakami, którzy z wojskiem koronnym walczyli z Moskalami, Tatarami, Kozakami i Turkami. I tak pozostaliśmy. Gdy ktoś mnie pyta: „A co tu robili Polacy?”, nie mam nawet odpowiedzi. To tak, jakby pytać Łemków czy Ukraińców w Polsce: „A co robili?”. Byli obywatelami Rzeczypospolitej.
Dlatego dla mnie to było bardzo bolesne przeżycie. Kiedy ktoś pyta o moich pomordowanych, ja zawsze widzę ten talerzyk na wigilijnym stole.
PAP: - Ile osób z pana rodziny zostało zamordowanych?
W.W.: - Rok 1943, miejscowość Krasnowola pod Kołkami w okolicach Łucka. Przyszli w nocy. To nie byli miejscowi, tylko ludzie gdzieś z dalszych miejscowości. Zamordowali mojego pradziadka Teofila Brockiego oraz dwie moje ciotki, Zosię i Halinę. Później te wspomnienia się otwierały. Okazało się, że nie tylko dlatego, iż byli Polakami. Ktoś doniósł, że kiedy wojsko sowieckie montowało przez nasze poletko linię czy kabel, ci żołnierze mówili z charakterystycznym winnickim akcentem. Narzekali, że są głodni, ale boją się, że miejscowi mogą ich otruć.
Dziadek Teofil odezwał się do nich takim samym akcentem. Powiedział, że też jest spod Winnicy. Wymienił miejscowości: Lipowiec, Pedosy, Pohrebyszcze. Okazało się, że oni też pochodzili z tamtych stron. Wyniósł im mleko i jedzenie. Sąsiedzi to zobaczyli i donieśli. Banderowcy oskarżyli Polaków o kolaborację z Armią Czerwoną. Potem przyszli i zabili. To był czas wypuszczania demonów. Oczywiście był też rabunek. Chaty obrabowano i spalono.
Moja babcia, razem z moją matką, która była jeszcze dziewczynką, z wujem i innymi siostrami, przeniosła zwłoki przy pomocy miejscowych Ukraińców. Ktoś miał trumnę, ktoś nie. Zostali pochowani. Kiedy mam możliwość, przyjeżdżam na te groby.
PAP: - Czyli członkowie pana rodziny mają groby?
W.W.: - Tak. Mówiono mi jeszcze, że kiedy chowano zabitych, ktoś z daleka oddał strzał. Ale miejscowi powiedzieli mojej babci: „Nie, nie, pani Heleno, zakończymy tę smutną robotę”.
PAP: - Dorastał pan na Wołyniu, gdzie doszło do zbrodni. Czy ta świadomość wpływała na pana relacje z sąsiadami, z Ukraińcami?
W.W.: - To był dziwny czas. Myśmy przyszli do Łucka razem z Wojskiem Polskim już w 1944 r., bo część rodziny mieszkała w Kołkach. W Kołkach nie ruszano Polaków tak masowo, szczególnie jeśli były to rodziny polsko-ukraińskie. Później odkrywałem różne strony polsko-ukraińskiego współżycia. Już jako dorosły pytałem tych, którzy jeszcze żyli. Przyznawali, że jako ukraińscy policjanci, bulbowcy, ukrywali Żydów i Polaków.
Ukrywali również moją rodzinę, która została. Palili nie tylko Brockich, ale także Rożkowskich i Perlików z Krasnowoli. Wincenty Perlik był mężem siostry mojej babci. Ich również przyszli mordować. Dalszą rodzinę Rożkowskich przechowywali ukraińscy sąsiedzi. Ciocię Marynię Tomską z synem Rysiem Ukraińcy przewieźli do Kiwerców, ukrytych pod sianem. Po drodze zatrzymali ich banderowcy, ale zobaczyli tylko siano i puścili dalej. Dobrze, że ukraińska rodzina szybko wyciągnęła ich spod tego siana, bo prawie udusili się od pyłu.
To były trudne czasy. Jednak chcę powiedzieć także o moich relacjach z tematem „zabużańskim”, które też były szczególne. Do Łucka zaczęli przybywać przesiedleńcy: Ukraińcy wysiedleni z Chełmszczyzny, z Podlasia, nawet chyba kilku Łemków. Osiedlali się w domach Żydów, Czechów i Polaków, których wywieziono, zabito albo którzy zmarli.
Mieszkaliśmy na Jarowicy pod Łuckiem. I nagle pojawili się ci ludzie. Co ciekawe, bardzo szybko znaleziono z nimi wspólny język. Mówiło się wtedy: „Bo wy jesteście wypędzeni i my wypędzeni”.
PAP: - Jak dziś wyglądają relacje między Polakami a Ukraińcami na Wołyniu? Rozmawiacie o historii, czy raczej unika się tego tematu?
W.W.: - Dlatego założyliśmy „Monitor Wołyński”, żeby eksponować polską myśl. Za czasów sowieckich ukształtował się nowy człowiek sowiecki. Ludzie nawet nie wiedzieli, że Polacy tutaj byli.
Idea założenia „Monitora” pojawiła się jeszcze w 2003 r., kiedy byliśmy w Porycku, obecnej Pawliwce, podczas uroczystości z udziałem prezydentów Aleksandra Kwaśniewskiego i Leonida Kuczmy. (W 2003 r. odsłonięto tam pomnik pojednania polsko-ukraińskiego z napisem „Pamięć. Żałoba. Jedność” - PAP)
Zobaczyłem tam, że ludzie totalnie nie wiedzą, iż tutaj była kiedyś Rzeczpospolita.
Trudny jest problem relacji z Ukraińcami. U nich okres Rzeczypospolitej został całkowicie wycięty z pamięci. To dla nich materia nie do przetrawienia.
Cała propaganda sowiecka, a wcześniej carska, pracowała nad tym, żeby Polska kojarzona z Rzecząpospolitą została całkowicie zdewaluowana. Opowiadano historie o „butnych panach”, którzy orali ziemię chłopami ukraińskimi, psuli ukraińskie dziewczyny i „zasiewali burżuazyjne nasienie”.
Zrozumiałem wtedy, że musi być własna trybuna. I poprzez „Monitor Wołyński” prowadzimy taki dialog. Ale powiem jedną rzecz. Po ostatnich wydarzeniach zrozumiałem, że „Monitor” też był pewną utopią, podobnie jak idea jagiellońska. My jeszcze za mało się rozumiemy. Nie znamy się nawzajem. Mamy mnóstwo kompleksów i stereotypów: banderowcy, akowcy – i jedziemy. Taką materią żywią się politycy po obu stronach.
PAP: - Czy ta dzisiejsza, ostra dyskusja o historii między Polakami a Ukraińcami może do czegoś doprowadzić?
W.W.: - Musi się narodzić nowa inteligencja oraz chęć poznania. Wydaje mi się, że członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej pomoże zwalczyć te demony. Otworzą się kanały wiedzy. Ludzie dowiedzą się, że była Rzeczpospolita. Nie Polska, ale Rzeczpospolita Obojga Narodów, a właściwie trojga narodów.
Problem pojawia się wtedy, gdy współcześni historycy zaczynają z tej historii korzystać i dorabiać własne interpretacje. To są naczynia połączone. Musi być równowaga. Ale pytanie, czy to jest potrzebne, skoro przyszło nowe pokolenie polityków, którzy z tego korzystają.
Jeżeli zapyta mnie pan o stosunek do pochówków, ekshumacji czy upamiętnień, powiem, że przestało mi się podobać, kiedy wkroczyła tam polityka. To jest obszar sakralny. Bardzo delikatna materia. Nie wolno mieszać do tego polityków. A oni z obu stron z tego korzystają. Nie wiem, czy z tej mąki będzie chleb. A jeśli będzie, to jaki.
PAP: - Czy wojna, która trwa w Ukrainie, zbliża Polaków i Ukraińców na poziomie międzyludzkim?
W.W.: - Zbliża. Jeżeli giną etniczni Polacy, Polacy Ukrainy, jeśli opisujemy pogrzeby, to jest to wspólna bieda. Rzeczywistość budowana przez polityków i rzeczywistość w oddziałach ochotniczych to dwa różne światy. Polacy też walczą.
Nasz kolega, prezes „Monitora Wołyńskiego”, jest teraz w wojsku i jeździ do Charkowa. Mówi, że tam jest zupełnie inna Ukraina. Oni nie mają tej wiedzy banderowskiej. Dla nich banderowcy z UPA są symbolem walki z Rosjanami. Ten wschód, który wydawał się prorosyjski, okazał się dzisiaj dzielniejszym żołnierzem, bo walczy o swoją egzystencję i zdobywa nową mentalność.
Wcześniej ludzie mieli zrusyfikowaną kulturę i nawet subkulturę. Nawet programy rozrywkowe były rosyjskie. Proszę spojrzeć choćby na prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. On też się zmienił. Zrozumiał, że należy walczyć za kraj, w którym było mu dobrze, a może być „jeszcze lepiej”.
PAP: - Czy prawdziwe pojednanie polsko-ukraińskie jest w takim razie możliwe, biorąc pod uwagę dzisiejsze spory? Jak to wygląda z perspektywy współczesnego Wołynia?
W.W.: - Z perspektywy wojny, która trwa w Ukrainie, na Wołyniu wygląda to tak samo jak z perspektywy Połtawy, Chersonia czy Kijowa. Przekroczyłem siedemdziesiątkę. Nie potrzebuję już różowych okularów. Robimy swoje, bo nic innego nam nie zostało. Byłem na wielu konferencjach polskich i ukraińskich historyków. To jest oczekiwanie jakiegoś magicznego wyniku. Przez tyle lat wygenerowano nowy typ Ukraińca.
Polska w ogóle nie rozumie, kim jest współczesny Ukrainiec. Poszukiwanie „prawdziwego Ukraińca” kończy się takim samym fiaskiem jak poszukiwanie „prawdziwego Polaka”.
Jesteśmy do siebie bardzo podobni. W Polsce szuka się prawdziwego Polaka, na Ukrainie prawdziwego Ukraińca. Jasne, że będziemy się kłócić. Pytanie tylko, kto to przerwie. Myślę, że czas i europejski sposób myślenia. Tam, gdzie pseudohistoryczne czy etniczne zachcianki będą temperowane albo gdy ludzie dostaną inną wiedzę.
Bo Polacy nadal żyją Sienkiewiczem i wyjeżdżają myślami na Dzikie Pola. A Ukraińcy nadal próbują żyć kozaczyzną, bandurą i sentymentalnymi pieśniami, nie myśląc, do czego to prowadzi. Szanuję folklor, ale na folklorze nie kończy się tożsamość ukraińska. Tak samo jak tożsamość polska.
Rozmawiał Jarosław Junko (PAP)