David Lean w północnej Finlandii w 1965 roku podczas kręcenia Doktora Żywago. /Źródło: en.wikipedia
35 lat temu, 16 kwietnia 1991 r. zmarł David Lean – angielski reżyser, scenarzysta i producent. Dwukrotny laureat Oscara. Określany mianem mistrza ekranowej epiki. Autor takich filmów, jak „Most na rzece Kwai”, „Lawrence z Arabii” i „Doktor Żywago”. Po prostu fascynowały mnie filmy – wspominał Lean.
Steven Spielberg, Martin Scorsese, George Lucas, Stanley Kubrick, Francis Ford Coppola, Sergio Leone i Christopher Nolan – wszyscy ci wielcy reżyserzy inspirowali się twórczością Leana.
„Po prostu fascynowały mnie filmy” – opowiadał Lean. Początkowo jednak kino było dla niego czymś zakazanym. Pierwszy film obejrzał dopiero w wieku 17 lat. – Urodziłem się w rodzinie kwakrów, dość surowych. Nie wolno mi było chodzić do kina – wspominał reżyser w wywiadzie telewizyjnym z 1963 r.
Lean przyszedł na świat 25 marca 1908 r. w Croydon. Dzisiaj to dzielnica Londynu, wówczas jednak samodzielne miasto. Jego rodzice byli kwakrami, a on sam uczęszczał do założonej przez tę wspólnotę szkoły Leighton Park School w Reading. Był jednak mało zaangażowanym uczniem, o marzycielskiej naturze. W wieku 18 lat opuścił szkołę i zaczął praktykę w firmie księgowej ojca. Więcej niż szkoła dał mu ofiarowany przez wujka aparat fotograficzny. Lean sam wywoływał i drukował swoje zdjęcia. Fotografia stała się jego pasją. Ten fotograficzny zmysł będzie później dobrze widoczny w jego filmach.
„Kiedy po raz pierwszy spotkałem Davida Leana, czułem się, jakbym spotkał swojego guru.”
Dla wytwórni filmowych zaczął pracować w wieku 20 lat. Początkowo podawał herbatę, kilka lat później zajął się montażem, stając się cenionym specjalistą. To mu jednak nie wystarczało. Pociągała go reżyseria. W 1942 r. wspólnie z Noëlem Cowardem nakręcił dramat wojenny „Nasz okręt”. Film ten uznawany jest dzisiaj za esencję brytyjskiego kina wojennego.
W kolejnych latach zajął się m.in. adaptacją dzieł Karola Dickensa – wyreżyserował filmy „Wielkie nadzieje” (1946) i „Olivier Twist” (1948). Oba spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem. „Jego montaż był wzorem mistrzostwa. Martin Scorsese wspomina swoje czasy w szkole filmowej na Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie studenci otrzymywali ujęcia z początkowej sekwencji na cmentarzu z filmu «Wielkie nadzieje» i mieli za zadanie je ponownie zmontować. Całe pokolenie studentów dawało z siebie wszystko, ucząc się przy tym, w jaki sposób Lean połączył te ujęcia w najlepszy możliwy sposób” – ocenił amerykański krytyk Roger Ebert.
W 1955 r. nakręcił „Urlop w Wenecji” z Katharine Hepburn w roli głównej. Jednak prawdziwy rozgłos przyniósł Leanowi film nakręcony dwa lata później. Mowa o „Moście na rzece Kwai”. Oparty na powieści Pierre’a Boulle’a obraz przyniósł reżyserowi pierwszego w karierze Oscara. Łącznie film zgarnął aż siedem statuetek.
„«Most na rzece Kwai» to porywający dramat, znakomicie zrealizowany i dopracowany pod każdym względem (…) kilka scen, które na pewno znajdą się na liście najlepszych momentów w historii kina” – recenzowano w amerykańskim tygodniku „Variety”.
Pięć lat po nim powstał oparty na autobiograficznej powieści T.E. Lawrence’a pt. „Siedem filarów mądrości” – „Lawrence z Arabii” (1962) z Peterem O’Toole w tytułowej roli. Zdaniem wielu krytyków to najlepszy film Leana. Obraz z gwiazdorską obsadą – oprócz wypromowanego przez Leana Petera O’Toole, na ekranie podziwiać możemy takich aktorów, jak Alec Guinness, Omar Sharif i Anthony Quinn, przyniósł reżyserowi kolejnego Oscara. Zgarniając przy tym, podobnie jak poprzedni film, aż siedem statuetek.
Przejście przez pustynię w filmie „Lawrence z Arabii”, to ulubiona scena filmowa Stevena Spielberga. „Była to długa podróż przez najróżniejsze rodzaje jałowego krajobrazu, bardzo podobnego do pustyni otaczającej publiczność w moim rodzinnym Phoenix. Ta wędrówka przez pustynię całkowicie mnie urzekła” – wspominał w 2021 r. na łamach magazynu „Empire”. Amerykański reżyser wielokrotnie mówił o swojej inspiracji twórczością Leana, a obraz z Peterem O’ Toole w roli głównej nazwał „filmem, który ustawił go w jego podróży”. „Kiedy po raz pierwszy spotkałem Davida Leana, czułem się, jakbym spotkał swojego guru” – wspominał Spielberg.
„Chociaż fascynacja kinem towarzyszyła mu przez większość świadomego życia, to właśnie ten film zmienił życie Spielberga i sprawił, że młody chłopak postanowił poważnie zająć się tworzeniem filmów. Trudno wyobrazić sobie, by obejrzenie jakiegokolwiek innego filmu miało tak wielki wpływ na kinematografię jako całość” – czytamy w „Far Out Magazine”. Pustynne krajobrazy Leana inspirowały także George’a Lucasa reżysera serii „Gwiezdne wojny”.
Kolejnym dziełem Leana był nakręcony na podstawie powieści Borysa Pasternaka „Doktor Żywago” (1965). Nagrodzony pięcioma Oscarami melodramat z Omarem Sharifem w roli Jurija Żywago, uznawany jest za ostatni z trzech klasycznych filmów epickich wyreżyserowanych przez Leana.
„Dla mnie Lean plasuje się na równi z Fordem, Wilderem, Kurosawą, Bergmanem, Fellinim i Fassbinderem. (W naszym kraju nie wykształciliśmy wystarczająco wielu naprawdę wielkich reżyserów, więc miło jest móc umieścić jednego z nich w tym panteonie). Inni zbyt łatwo go lekceważą – a przynajmniej traktują jako coś oczywistego” – ocenił w 2008 r. na łamach „The Guardian” Andrew Collins.
„Dla mnie Lean plasuje się na równi z Fordem, Wilderem, Kurosawą, Bergmanem, Fellinim i Fassbinderem.”
Pięć lat po „Doktorze Żywago” na ekrany kin wszedł film „Córka Ryana” (1970) – historia Rosy Ryan (Sarah Miles) – córki właściciela gospody Toma Ryana. Akcja dzieje się w Irlandii podczas I wojny światowej. Rosa wychodzi za starszego o 15 lat wdowca, Charlesa Shaughnessy’ego (Robert Mitchum). Kobieta, rozczarowana niedyspozycją seksualną męża, wdaje się w romans z młodym brytyjskim oficerem Randolphem Doryanem (Christopher Jones). Wkrótce wywoła to nie tylko skandal obyczajowy, ale i oskarżenia o zdradę swojego narodu.
Z jednej strony film został nagrodzony dwoma Oscarami – dla najlepszego aktora drugoplanowego (John Mills) oraz za najlepsze zdjęcia (Freddie Young), odnosząc przy tym sukces komercyjny, z drugiej - mocno spolaryzował krytyków. „Pejzaż, pejzaż wspaniały, rzadko kiedy brał do tego stopnia w posiadanie ekran. A że reżyseria jest tak harmonijna, przemyślana, wyważona, iż niemal graniczy z klasycyzmem – raz po raz napotykamy sekwencje zaskakujące, które omal nie przyprawiają o zawrót głowy. To przyroda, wiatr, burza fascynują nas z ekranu” – czytamy w „Le Figaro”.
„Lean tworzy szanowane eposy, a to jest sprzeczność i prowadzi do porażki” – recenzowała z kolei na łamach „New Yorkera” Pauline Kael. „Jego epopeje, pozbawione humoru i skrupulatne, nie mają napędzającej je energii emocjonalnej, nie mają namiętnej wizji, która ukrywałaby ciężką pracę. Starannie skonstruowane ulice, postarzane domy, pole idealnych żonkili lub drżących lilii czekających na zapłodnienie, a nawet stado mew – kiedy je widzimy, wiemy, że zostały tam umieszczone po to, by je sfotografować” – oceniła amerykańska krytyczka dodając, że „pustkę filmu «Córka Ryana» widać praktycznie w każdym kadrze, a mimo to machina reklamowa przekształciła go w wydarzenie artystyczne”.
Takie recenzje mocno dotknęły Leana. „To naprawdę miało na mnie okropny wpływ przez kilka lat... zaczynasz myśleć, że może oni mają rację. Po co, u licha, mam kręcić filmy, skoro nie muszę? To strasznie podkopuje pewność siebie” – opowiadał podczas jednego z telewizyjnych wywiadów.
Reżyser zamilknął na dłuższy czas. Był rozgoryczony i przygnębiony. Tym bardziej, że każdy z jego filmów poprzedzony był długimi przygotowaniami i niemal tytaniczną pracą. „Był człowiekiem, który nie spieszył się z kręceniem filmów. Jeśli było to konieczne, czekał latami, zanim rozpoczął projekt, a największą satysfakcję czerpał z etapów poprzedzających i następujących po właściwym kręceniu. Nieustannie dopracowywał scenariusz, a po nakręceniu ostatniej sceny znikał w montażowni na pół roku lub dłużej” – podkreślił Roger Ebert. Zdaniem amerykańskiego krytyka było to coś więcej niż perfekcjonizm. Ostatnim wyreżyserowanym przez niego filmem był obraz ukazujący konflikty klasowe w Indiach okresu kolonialnego – „Podróż do Indii” (1984).
Na początku lat 90-tych z pomocą Spielberga pracował nad adaptacją prozy Józefa Conrada. „Nostromo” miał być kolejnym wielkim epickim dziełem angielskiego reżysera. W obsadzie pojawić mieli się tacy aktorzy, jak Marlon Brando, Paul Scofield, Anthony Quinn, Isabella Rossellini, Peter O’Toole, Christopher Lambert i Dennis Quaid. Produkcja trafiła jednak na wiele trudności – przeciągające się przygotowania, różnice zdań pomiędzy Leanem i Spielbergiem, który ostatecznie z uwagi na szacunek, jaki darzył swojego mistrza, postanowił zrezygnować. 16 kwietnia 1991 r. na sześć tygodni przed rozpoczęciem zdjęć, David Lean zmarł.
„Sztuka w kinie to rzadkość — a w świecie wielkoekranowych eposów, który Lean uczynił swoją domeną, jest to jeszcze rzadsze zjawisko. Pomimo różnorodnych problemów związanych z międzynarodową koprodukcją, logistycznych koszmarów związanych z kręceniem na planie plenerowym oraz żelaznych kaprysów potentatów studyjnych, Leanowi udało się stworzyć bezkompromisowy dorobek. Pod powierzchnią pozornej konwencjonalności — skromnych adaptacji literackich, wrażliwych romansów i gustownych sag epickich — kryje się bowiem pasja i oryginalność” – czytamy na stronie internetowej American Film Institute.
„Słusznie uważano go za romantyka. Ale bardzo brytyjskiego, bo to w brytyjskiej odmianie romantyzmu wyraźniej niż gdziekolwiek indziej przebija ton beznadziei.”
W 2017 r. powstał dokument przybliżający kulisy niezrealizowanego dzieła „Nostromo: Sen niemożliwy Davida Leana”. „Śmierć Davida Leana każe zastanowić się nad sytuacją ekranowej epiki. Spielberg i Lucas mieli rację: w tej dziecinie właśnie on był mistrzem nad mistrze. Nieprędko pojawi się następca tej rangi. Może zresztą nie pojawi, bo kino Leana niezbyt już odpowiada naszym czasom” – recenzował na łamach „Filmu” Andrzej Kołodyński.
Zdaniem krytyka Lean „starannie przestrzegał, aby świat przedstawiony na ekranie wydawał się całkowicie obiektywny”. „Ale tak naprawdę ukazywał ten świat z bardzo osobistego punktu widzenia” – zaznaczył Kołodyński. „Słusznie uważano go za romantyka. Ale bardzo brytyjskiego, bo to w brytyjskiej odmianie romantyzmu wyraźniej niż gdziekolwiek indziej przebija ton beznadziei” – ocenił krytyk dodając, że „ludzie, którzy Leana ciekawią, to dojrzali mężczyźni, oddani jakiejś pasji i kierujący się zasadami własnej logiki”.
„Nie buntują się. W epoce, która zrodziła pojęcie «buntownika bez powodu» stosując je do wyalienowanej młodzieży, ci właśnie mężczyźni z filmów Leana zachowują uparcie postawę niezgody, w ich własnym przekonaniu – konstruktywną. Jest jednak inaczej, bo ta postawa szlachetnego idealizmu prędzej czy później doprowadzić musi do konfliktu z rzeczywistością” – zauważa Kołodyński, przywołując przykład pułkownika Nicholsona (Alec Guinness) z „Mostu na rzece Kwai” (1957). (PAP)
Mateusz Wyderka
mwd/ aszw/