Warszawa, 12.02.2026 r. Dyrektor MHP Marcin Napiórkowski podczas pokazu prasowego wystawy "Okrągły Stół. Moment przejścia" w siedzibie MHP na warszawskiej Cytadeli. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Polska jest życzliwa. Ale życzliwość jest jak mięsień, trzeba ją w sobie ćwiczyć. A jest to ciężka praca, bo świat oferuje nam dokładne przeciwieństwo życzliwości - powiedział PAP prof. Marcin Napiórkowski, badacz kultury i dyrektor MHP. Do księgarń trafia jego książka „Polska jest życzliwa”.
Polska Agencja Prasowa: Tytuł książki brzmi optymistycznie. Życzliwość przez pana jest rozumiana nieco paradoksalnie, ale czy w pierwotnym rozumieniu tego pojęcia Polska faktycznie jest życzliwa?
Prof. Marcin Napiórkowski: Ależ oczywiście! Chociaż czasami, z różnych powodów, o tym zapominamy. Życzliwość bywa dobrze zasłonięta, ale w naszym kodzie kulturowym jest głęboko zakorzeniona. Jest zawarta m.in. w świętym prawie gościnności, w tym, jak potrafimy sobie radzić w sytuacjach kryzysu i katastrof. Życzliwość jest też pod wieloma względami niemalże synonimem pojęcia „solidarność”.
PAP: Co zatem sprawia, że zapominamy o życzliwości?
M.N.: Ogląda pani czasem horrory?
PAP: Muszę przyznać, że nie.
M.N.: No tak, to jest gatunek niszowy, a myślę, że częściej powinniśmy do niego sięgać.
PAP: Ale co horror ma wspólnego z życzliwością lub jej brakiem?
M.N.: Wbrew pozorom bardzo wiele. Horrory bazują na bardzo starych, mitycznych scenariuszach i często pokazują nam głębokie prawdy o nas. Otaczający nas ostatnio brak życzliwości najłatwiej zrozumieć, myśląc o wirusie z kosmosu. Bo my dzisiaj - zarówno w przypadku Polski, jak i w ogóle całego świata - mamy do czynienia z inwazją tego rodzaju pasożyta. To potężna istota, która karmi się wrogością, nienawiścią, sensacją. A to są uczucia niesprzyjające życzliwości. Z punktu widzenia semiotyki – która zajmuje się nie tym, jak ludzie mówią językiem, ale raczej tym, jak język mówi nami – można powiedzieć, że premier Donald Tusk, prezes PiS Jarosław Kaczyński, prezydent Karol Nawrocki czy marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty są w rosnącym stopniu kontrolowani przez wirusa z kosmosu.
To wirus polaryzacji, który daje o sobie znać w postaci algorytmów w mediach społecznościowych i modeli biznesowych, wpływa na naszą zdolność skupienia i otwartość na nową informację. W coraz większym stopniu zaczyna zmuszać dziennikarzy, polityków, artystów, a nawet naukowców do rywalizowania o uwagę za pomocą sensacji, skandalu, mocnych opinii. Szczególnie niebezpieczny jest w sytuacji wojny, która toczy się za naszą granicą, bo ten potężny pasożyt z kosmosu jest wymarzonym sojusznikiem dla wszelkiego rodzaju totalitaryzmów. Oto prawdziwy wróg, na którym powinniśmy skupić nasze siły. Wirus polaryzacji materializuje się przede wszystkim przez algorytmy, ale sprowadzenie go tylko i wyłącznie do procesu mechanicznego sprawia, że łatwo tracimy z oczu to, z jak niebezpiecznym przeciwnikiem mamy do czynienia. Postępująca polaryzacja niesie ze sobą poważne zmiany w naszej psychice i kulturze. „Polska jest życzliwa” to opowieść o poszukiwaniu szczepionki przeciw temu fundamentalnemu zagrożeniu.

Gdańsk, 11.11.2010 r. Dzieci z flagami narodowymi podczas Parady Niepodległości w Gdańsku. Fot. PAP/Adam Warżawa
PAP: Wspomniał pan, że życzliwość bywa synonimem solidarności. Jest pan współautorem scenariusza do musicalu „1989”. Powstał on na przekór gorzkim ocenom i martyrologii, aby pokazać, że „Solidarność” może być pozytywnym mitem, który jednoczy. Czy współczesna Polska, tak przecież podzielona, ma swój pozytywny mit?
M.N.: Problem polega na tym, że myśląc o pozytywnym micie, chcielibyśmy napisać książkę, a nam potrzeba bibliotek. Nie potrzeba nam kolejnej opowieści, która mówi o tym, jak było i że wszyscy, którzy uważają inaczej, nie mają racji. Jeśli chcemy skutecznie walczyć z wirusem polaryzacji, to potrzeba nam przestrzeni wspólnych, w których możemy się spotkać i zjednoczyć. Ale zjednoczyć w tym, że nie jesteśmy wszyscy tacy sami, ale właśnie różni, że się nie zgadzamy. To wbrew pozorom jest piękne.
Podczas pracy nad musicalem nauczyłem się, że ten gatunek wymusza wielogłosowość. Zapisuje się różne ważne myśli w postaci tekstów, ale też motywów muzycznych. I po pewnym czasie z długich godzin wywiadów i setek stron dokumentów wyłania się motyw Lecha Wałęsy albo Jacka Kuronia, ale też Anny Walentynowicz. Cała zabawa polega na tym, że te motywy układa się potem piętrowo, one muszą być słyszane razem. I czasem brzmią w harmonii, a czasem w dysonansie. Główną pracą twórców musicalu, od scenarzystów, przez kompozytora i scenografkę po aktorów jest dawanie bohaterom wspólnej przestrzeni. I okazuje się, że nie ma lepszego sposobu, żeby w pogłębiony sposób zrozumieć Lecha Wałęsę niż dać wybrzmieć głosowi Anny Walentynowicz.
Zagłuszanie innych, zatykanie uszu, a więc dążenie do tego, do czego ten pasożyt z kosmosu nas namawia, jest ścieżką fałszywą.
Dlatego jeżeli myślimy o pozytywnym micie jako jednej opowieści, która zjednoczy wszystkich Polaków, żeby byli tacy sami, to jest to dystopijna fantazja z horroru. Mozolne budowanie przestrzeni wspólnych, w których możemy być razem, pomimo wszystkich naszych różnic, jest z kolei ogromną pracą pod prąd trendowi, który próbują nam narzucić algorytmy. Ale musimy ją dziś wykonać.

Kraków, 30.11.2022 r. Próba medialna musicalu "1989" w teatrze Juliusza Słowackiego w Krakowie. Fot. PAP/Łukasz Gągulski
PAP: Życzliwość, o której pan pisze w książce, to też umiejętność niezgadzania się…
M.N.: Kiedy czytam w internecie wpis osoby, z którą się nie zgadzam, bo reprezentuje radykalnie inne poglądy naukowe, polityczne albo piłkarskie od moich, mam dwie możliwości. Albo czytam w złej wierze, wówczas każde zdanie staram się wypaczyć tak, żeby było głupie albo złe. Albo czytam życzliwie i staram się uwierzyć, że po drugiej stronie jest człowiek taki jak ja. Wtedy okazuje się, że z dziewięcioma na dziesięć jego zdań jestem się w stanie zgodzić. Pozostają tylko te pojedyncze różniące nas aspekty, je również staram się życzliwie odczytać. Jeśli czytam w duchu życzliwości, to może znaczyć, że albo ja się mylę, albo ten człowiek został wprowadzony w błąd albo – i tak bywa najczęściej – na sprawę można patrzeć z różnych perspektyw. W tym sensie życzliwość i niezgadzanie się są doskonałym połączeniem.
PAP: Tylko czasem jest trudno być życzliwym wobec innych...
M.N.: Jeżeli jesteśmy życzliwi w obrębie swojej bańki, to w tym nie ma żadnej mocy. Nie trudno jest być życzliwym wobec swojego własnego odbicia w lustrze. Dzisiaj algorytmy otaczają nas starannie wystudiowanymi klonami nas samych i karykaturalnymi obrazami przeciwników. Siłą życzliwości jest przełamanie tego dualizmu i spojrzenie w oczy osobie, z którą się nie zgadzamy.
PAP: Ale czy my, Polacy, w ogóle się lubimy?
M.N.: Nie znam żadnych badań, które by potwierdzały, że lubimy się bardziej albo mniej niż inne narodowości.
Są natomiast ciekawe badania, które mówią o stosunkowo niskiej naszej samoocenie, zarówno tej indywidualnej, jak i kolektywnej.
A przecież kiedy myślimy o chociażby przykazaniu miłości, które mówi, aby miłować bliźniego swego jak siebie samego, to często zapominamy, że miłość i życzliwość wobec samego siebie jest również warunkiem tego, żebyśmy mieli tę życzliwość rozciągniętą na innych. Jeżeli kolektywnie jako Polacy rzeczywiście nie lubimy samych siebie, to trudno nam promieniować życzliwością wobec. Natomiast to, że Polacy względem siebie są nienawistni jest autostereotypem, który kompletnie nie znajduje pokrycia ani w badaniach, ani w tym, jak na co dzień żyjemy.

Warszawa, 2.05.2024 r. Artystka i performerka Megi Holi podczas uroczystość podniesienia Flagi Państwowej na Wieży Zegarowej Zamku Królewskiego w Warszawie. Fot. PAP/Radek Pietruszka
PAP: Na czym zatem powinniśmy budować życzliwość, o której czytamy w pana książce?
M.N.: Przede wszystkim życzliwość jest jak mięsień, trzeba ją w sobie ćwiczyć. To ciężka praca, bo świat zdominowany przez algorytmy mediów społecznościowych oferuje nam dokładne przeciwieństwo życzliwości - łatwość wydawania wyroków i formułowania sądów, czytanie w złej wierze. Jest więc kompetencją, której musimy się nauczyć, aby móc się przeciwstawić temu, co nas dzisiaj otacza.
Życzliwość jest też kompetencją czasową i przestrzenną. Żeby budować życzliwość, musimy tworzyć czas święta, w którym patrzymy na siebie jako wspólnotę.
Badania prowadzone m.in. przez Narodowe Centrum Kultury oraz podsumowanie Programu Wieloletniego „Niepodległa” pokazały, że tracimy umiejętność wspólnego świętowania, nie bardzo wiemy, co zrobić ze sobą 11 listopada albo 2 maja, w Święto Flagi.
Pierwszą rzeczą jest zatem poszukiwanie skryptów wspólnotowego świętowania i spędzania czasu razem. To może być wspólne maszerowanie, śpiewanie pieśni, ale to może być po prostu zgromadzenie się w jakimś miejscu, ubranie się w specjalny sposób albo jedzenie określonych potraw. Drugą kwestią jest komponent przestrzenny. Dzisiaj w przestrzeni wirtualnej i przestrzeni realnej musimy walczyć o miejsca, gdzie - choć to trudne i często niewygodne - będziemy spotykać ludzi, którzy są inni od nas, aby przebijać bańki. Wierzę, że takim miejscem jest np. Muzeum Historii Polski, które mam szansę współtworzyć... Ale oczywiście takich miejsc potrzebujemy więcej. Musimy walczyć o to, żeby takimi miejscami były nasze szkoły, a także żeby przestrzeń publiczna była jak najbardziej wspólnototwórcza.

Kraków, 18.04.2012 r. Apel Pamięci pod Krzyżem Katyńskim po uroczystej mszy św. w Katedrze Wawelskiej, w drugą rocznicę uroczystości pogrzebowych prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki Marii. Fot. PAP/Jacek Bednarczyk
PAP: Wspomniał pan o tym, że nie za bardzo umiemy świętować. Ale takie daty jak 11 listopada czy 3 maja, czyli rocznice czegoś obiektywnie pozytywnego w naszej historii, są rzadkością. Nam chyba dużo lepiej wychodzi upamiętnianie klęsk narodowych, tragicznych wydarzeń. Czy nasza dość dramatyczna historia sprawiła, że nie umiemy świętować radośnie?
M.N.: Nie szukałbym rozwiązania w zwracaniu uwagi tylko na to, co dobre i szczęśliwe.
Przyjrzyjmy się na przykład temu, jak rozpoczynał się ruch „Solidarności”. Był to ogromny ruch życzliwości, ale w tym, co trudne.
To nie był ruch związany z satysfakcją, osiadaniem na laurach, ale przeciwnie – kontestujący system poprzez stworzenie sieci ludzkiej życzliwości, głosu, który mówi w tym, co przeżywasz - również w swoim cierpieniu - nie jesteś sam/sama zgodnie z maksymą „jeden drugiego brzemiona noście”. Tego nam dzisiaj bardzo brakuje. Kiedy myślimy o uśmiechu i kojarzymy go z satysfakcją i sukcesem, to wtedy jest to bardzo często uśmiech wykluczający. Sprawia, że osoba, która nie ma poczucia spełnienia, sukcesu, a wręcz przeciwnie - ma poczucie pozostawienia z tyłu - jest ze wspólnoty uśmiechu wykluczona.
PAP: Dzisiaj uśmiech - o czym też pan pisze - staje się wręcz nacechowany negatywnie, stał się polityczną obelgą.
M.N.: Ale stało nie stało się bez przyczyny. Tego rodzaju uśmiech wcale nie jest wspólnototwórczy. Natomiast mamy mocną alternatywę właśnie w postaci uśmiechu życzliwości. Ten uśmiech mówi: widzę cię, także w twoim cierpieniu, traumie, porażce i nie zostawię cię z tym samego/samej. Wtedy jesteśmy razem, na tym polega wspólnota. I ta najmniejsza, rodzinna, i ta większa, lokalna, jak i te największe wspólnoty - narodowa i europejska. Jeżeli nie będziemy w stanie budować wspólnot opartych na życzliwości, to alternatywą jest rozpad.
PAP: A czy nie jest też tak, że nie umiemy się uśmiechać, bo np. wolimy narzekać?
M.N.: Badania pokazują, że Polacy statystycznie bardzo często mówią, że mają dzisiaj gorszy dzień niż zwykle, w przeciwieństwie do Amerykanów, którzy zawsze twierdzą, że dany dzień jest akurat wyjątkowo dobry. To jest kwestia nawykowo-językowa, ale ona nie przekłada się na deklarowane całościowo szczęście. Pod tym względem nie odstajemy w żaden sposób od innych krajów. Ważne jednak jest, żeby nie iść w tym kierunku, że alternatywa jest pomiędzy byciem uśmiechniętym a byciem ponurakiem, bo to w ogóle nie o tym jest ta opowieść.
PAP: Zatem jaka jest alternatywa?
M.N.: Pomiędzy byciem życzliwym a byciem nieżyczliwym, pomiędzy otwartością na drugiego człowieka, a zamykaniem oczu na innych. To o to dziś toczy się najważniejsza walka na świecie.

Warszawa 04.06.1989 r. Wybory do Sejmu i Senatu. Punkt informacyjny Solidarności przed lokalem Obwodowej Komisji Wyborczej mieszczącym się w Pałacu Kultury i Nauki na placu Defilad. Fot. PAP/Ireneusz Sobieszczuk
PAP: Jaką pracę trzeba zatem wykonać na żywym organizmie, jakim jest nasze społeczeństwo, żebyśmy się stali życzliwi?
M.N.: Przede wszystkim nie ma dróg na skróty. Docelowo tym, co jest niezbędne jest regulacja, zapewne na poziomie europejskim, zakazująca funkcjonowania aktywnych algorytmów w mediach społecznościowych w tej postaci, którą znamy dzisiaj. Jest dla nas jasne, że nie można dodawać heroiny do płatków kukurydzianych dla dzieci, chociaż to by bardzo zwiększało sprzedaż. Głęboko wierzę, że i dla dzieci, i dla dorosłych nie jest zdrowe funkcjonowanie w platformach społecznościowych w ich obecnej formie. Alternatywą jest zdjęcie filtra cenzury, aby te platformy nie były sterowane algorytmami. Bo dzisiaj one w sztuczny sposób podsuwają nam treści o charakterze polaryzującym. Tego zapewne sami jako kraj nie zrobimy, dlatego też warto być w silnej Europie.
Natomiast jeśli chodzi o samą Polskę, to jest ogromna praca, którą każdy z nas może wykonywać na co dzień, wiosłując pod prąd algorytmów, rzucając otwarcie wyzwanie wirusowi nienawiści poprzez odważne czytanie rzeczy, z którymi się nie zgadzamy, poprzez słuchanie ludzi, którzy myślą inaczej niż my. A także poprzez tworzenie wokół nas przestrzeni, które są wspólne i apolityczne w sensie partyjnym. One mają być łączące, ale nie w sensie ujednolicającym, tylko być miejscami, w których możemy się różnić i w tej różnicy współbyć.
PAP: Czy jako badacz uważa pan, że Polska jest obiektywnie dobrym miejscem do życia?
M.N.: Tak! Jeżeli weźmiemy pod uwagę obiektywne dane dotyczące służby zdrowia, średniej oczekiwanej długości życia, śmiertelności niemowląt, dochodów, to w skali globalnej plasujemy się bardzo wysoko. Oczywiście statystyka czasem jest lepszym doradcą, a czasem gorszym, ale – w również statystycznie rzecz ujmując – droga, którą przeszliśmy od roku 1989, a zwłaszcza po 2004, jest gigantyczna.
Jeśli patrzymy na to w skali globalnej, to żyjemy na wyspie dobrobytu i stabilności.
Ale jest to niewielkie pocieszenie dla samotnej matki z dwóją dzieci, która mierzy się z kryzysem bezrobocia albo dla byłych górników z Wałbrzycha, którzy wciąż mają problem ze zorganizowaniem swojego życia na nowo. To, że Polska jest dobrym miejscem do życia, nie powinno się stać dla nas pretekstem do osiadania na laurach. Bo może być miejscem znacznie lepszym i to nasze zadanie, żeby takim się stała.

Warszawa, 10.05.2003 r. Zorganizowana przez Polską Fundację im. Roberta Schumana akcja na placu Zamkowym, agitująca na rzecz wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Fot. PAP/Grzegorz Rogiński
PAP: Jaka jest zatem Polska pana marzeń?
M.N.: Wolę planować niż marzyć. Jest kilka obszarów, w których jest do wykonania ogromna praca. Niesamowicie istotna jest edukacja, a dzisiaj nie traktujemy jej jak najwyższego priorytetu. Bardzo bym nie chciał, żeby okazało się, że moje dzieci albo wnuki będą czas, który mamy dzisiaj, będą wspominać jak jakiś „złoty wiek”, który się zakończył. To byłoby straszne
PAP: I czeka nas praca nad życzliwością...
M.N.: Problemem jest to, że przestaliśmy celebrować codzienną życzliwość, a nawet zaczęliśmy się jej czasami wstydzić. Nie mamy też miejsc, żeby się z nią pokazać. Przez to obraz nas samych jest fałszywy. Są bardzo ciekawe badania, które pokazują, jak bardzo szkodliwe są komentarze w internecie. One oczywiście nie są pisane przez reprezentatywną próbę społeczeństwa, bo jest to już nadreprezentacja nie tylko botów, ale też ludzi nieżyczliwych, złośliwych. Jako odbiorcy do pewnego stopnia mamy tendencję do przegapiania tego. Patrzymy na jakiś artykuł i myślimy, że może nie jest obiektywna prawda. Potem schodzimy w komentarze, żeby zobaczyć, co ludzie tam wypisują, i dalej wiemy, że jest to nieobiektywna prawda, ale mamy poczucie, że takie właśnie jest społeczeństwo.
A to nieprawda! Jesteśmy zupełnie inni, duże lepsi i życzliwsi, tylko potrzebujemy przestrzeni, żeby to pokazywać.
Rozmawiała Anna Kruszyńska
Książkę Marcina Napiórkowskiego „Polska jest życzliwa” wydaje Znak.
Marcin Napiórkowski - semiotyk kultury, profesor w Instytucie Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Od września 2024 r. jest dyrektorem Muzeum Historii Polski. W swojej pracy badawczej zajmował się m.in. historią pamięci o Powstaniu Warszawskim, analizą przemian we współczesnej polskiej kulturze pamięci oraz zagadnieniem depolaryzacji i budowania mostów ponad politycznymi podziałami. Autor książek, m.in. „Powstanie umarłych” oraz „Naprawić przyszłość”, a także współautor i redaktor leksykonu terminów pamięci zbiorowej „Modi Memorandi”. Współtwórca musicalu „1989”. Publikował m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Więzi”, „Znaku”, „Kulturze Współczesnej”, „Gazecie Wyborczej” i „Krytyce Politycznej”. (PAP)