Dagny Przybyszewska /Źródło: polona.pl
„Pozwólcie nam zapomnieć o tej ladacznicy” — niedawno pisali o Dagny Przybyszewskiej mieszkańcy norweskiego Kongsvinger, żądając zburzenia jej rodzinnego domu. Dla Wyspiańskiego była natchnieniem, Boy-Żeleński się w niej podkochiwał. Dziś w dawnym domu ikony Młodej Polski mieści się Norweskie Muzeum Kobiet.
5 czerwca mija 125 lat od śmierci kobiety, która w Polsce przez dziesięciolecia należała do najbardziej rozpoznawalnych Norweżek. Zwykle pod nazwiskiem męża — jako Dagny Przybyszewska. W Norwegii do dziś nie wszyscy kojarzą jej nazwisko i tylko nieliczni potrafią je poprawnie wymówić.
— Kiedy w Norwegii mówię „Dagny Juel”, to jeśli ktoś jest bardziej obeznany literacko, kulturalnie czy artystycznie, coś mu zadzwoni, ale na pewno nie wiadomo, w którym kościele. Większość Norwegów w ogóle jej nie kojarzy. Jest dużo bardziej znana w Polsce niż w kraju, z którego pochodziła — mówi Aleksandra Weder Sawicka, polsko-norweska literaturoznawczyni, autorka książki „Dagny Juel Przybyszewska. Fakty i legendy” (słowo/obraz terytoria, 2006).
Przykuwała uwagę. Nosiła intensywne kolory, budowała wokół siebie aurę. Jednym z jej charakterystycznych znaków była brosza w kształcie salamandry.
Urodziła się w 1867 roku w Kongsvinger, położonym w środku świerkowych lasów mieście na granicy ze Szwecją. Mieszkali w nim albo drwale, albo flisacy spławiający największą norweską rzeką — Glommą — ścięte pnie, albo żołnierze z rozłożonej nad miastem twierdzy. Nawet dziś trudno wyobrazić sobie, że z tego miejsca życie może kogoś przeprowadzić przez Oslo, Paryż, Berlin i Kraków pod stoki Kaukazu.
Dom rodzinny Dagny nie był jednak prowincjonalny. Jej ojciec, Hans Lemmich Juell, był lekarzem okręgowym. Matka, Minda z domu Blehr, pochodziła z rodziny należącej do norweskich elit. Wuj Dagny, Otto Blehr, został później premierem Norwegii, a jego żona Randi należała do najważniejszych postaci norweskiego ruchu emancypacji kobiet.
— Cztery siostry, Gudrun, Dagny, Astrid i Ragnhild, wychowywano w duchu pewności siebie. Uczestniczyły w życiu towarzyskim, ich rodzice gościli u siebie największych ówczesnych artystów. Były przyzwyczajone do rozmów z mężczyznami jak równy z równym, co nie było regułą w ówczesnej Norwegii — mówi Mona Kristine Holm, historyczka i muzealniczka związana z Norweskim Muzeum Kobiet w Kongsvinger.
Kongsvinger nie było centrum świata, ale miało twierdzę i garnizon, a królowa Zofia, żona ostatniego szwedzko-norweskiego króla Oskara II, przez lata spędzała tam wakacje. Rodzina Juellów należała do lokalnej elity.
W muzeum stoi pianino, przy którym „Jutrzenka” („dag” — dzień, „ny” — nowy) odkryła, że chce być artystką. Wyjechała z Kongsvinger, bo chciała studiować muzykę. Najpierw był Erfurt, później Kristiania. Myślała o Paryżu, dokąd pod koniec XIX wieku jeździło wielu norweskich artystów. Munch przekonał ją jednak, że to Berlin jest najlepszym dla niej miejscem. Tam wprowadził ją do środowiska skupionego wokół kawiarni „Pod Czarnym Prosiakiem”.
W Berlinie poznała Stanisława Przybyszewskiego. Według jednej z anegdot pobrali się, bo w kieszeniach mieli tylko jedną markę, a właśnie tyle kosztował ślub. Stachu obiecał wierność Dagny ubranej w czarną suknię w krwistoczerwone kwiaty. Dla rodziny z Kongsvinger polski pisarz, skandalista i bywalec bohemy mógł być trudnym zięciem, ale byli z podobnymi do niego modernistami oswojeni. Jego też oswoili i przyjęli.
— Myślę, że pomogło to, że był artystą. Ta rodzina była bardzo otwarta na sztukę — mówi Holm.
Żyli skromnie, a nawet w biedzie. Pisarstwo nie dawało stabilnego dochodu. Syn Zenon i córka Iwa wychowywały się w rodzinnym mieście matki. Na wiosnę Dagny oddawała do berlińskiego lombardu zimowe futra, bo nie były jej potrzebne, i odbierała lżejsze rzeczy na lato. Jesienią robiła odwrotnie.
Małżeństwo nie było szczęśliwe. Przybyszewski pił, znikał, romansował, miał dzieci z innymi kobietami. Dagny próbowała od niego odejść, ale rodzina nie zawsze dawała jej wsparcie. Ba! Wydaje się, że stawała po stronie zięcia i szwagra. Przybyszewski pisał do jej matki i sióstr pełne żali skargi, że nie wyobraża sobie życia bez niej. Słyszała wtedy, że powinna spełnić swój obowiązek jako kobieta i wrócić do męża.
Zanim pojawiła się w Krakowie jesienią 1898 roku, przyjechał tam Przybyszewski. Stanowisko redaktora naczelnego „Życia” mu nie wystarczało. Potrzebował splendoru, którego dodać mu mogła egzotyczna żona. Najlepiej zaprzyjaźniona z Edvardem Munchem, do tego uwiedziona i odbita Augustowi Strindbergowi.
— Była jego „trophy wife”. To ona była potwierdzeniem wszystkich historii o bohemie i nowoczesnym świecie, które Przybyszewski przywiózł ze sobą z Berlina. Grzał się w jej blasku — opowiada Weder Sawicka.
Dlatego do Krakowa Dagny przyjechała już częściowo opowiedziana. Norwegia była wtedy dla Polaków krajem odległym. Na tle krakowskich dam wyróżniała się ubiorem, biżuterią, nawet fryzurą. Niewiele po jej pojawieniu się w Krakowie kobiety zaczęły upinać włosy a la Dagny. Rodzina Przybyszewskich była pierwszy raz w komplecie.
Dagny spędziła w Krakowie zaledwie kilka miesięcy. Wystarczyło, by odcisnąć na jego artystycznym środowisku piętno. Stanisław Wyspiański ją rysował, Wojciech Weiss portretował, Tadeusz Boy-Żeleński się w niej podkochiwał, Jan Nalborczyk wyrzeźbił w medalionie.
Przez Przybyszewskiego nie było jej na najsłynniejszym weselu w historii polskiej kultury. Kilka miesięcy przed ślubem Lucjana Rydla z Jadwigą Mikołajczykówną na jaw wyszedł romans Stacha z Jadwigą Kasprowiczową, który wstrząsnął krakowskim światkiem. Dzieci kolejny raz trafiły do Kongsvinger, a Dagny podróżowała między Paryżem, Berlinem i Pragą.
— Każda bohema musi mieć swoją muzę, a dla Krakowa była ona muzą w pełnym tego słowa znaczeniu. Ja jednak nie lubię tak o niej myśleć, bo bycie muzą jest bierne. Ona była artystką i — jakkolwiek to zabrzmi — wielką animatorką tego środowiska — przyznaje Weder Sawicka.
Dagny nie była bierną muzą. Pisała, tłumaczyła, nawiązywała kontakty, promowała sztukę norweską i polską. Tłumaczyła twórczość swojego męża na norweski. Pisząc we „Frankfurter Zeitung”, przedstawiała zachodniej Europie Theodora Kittelsena. Bez jej kontaktów i zawiązanych dzięki niej znajomości między Edvardem Munchem, Feliksem „Mangghą” Jasieńskim i marszandem Aleksandrem Krywultem nie doszłoby w 1903 roku do pierwszej wystawy grafik norweskiego artysty w Warszawie.
Tyle że Dagny już wtedy nie żyła. 5 czerwca 1901 roku zginęła od strzału w tył głowy w hotelowym pokoju w Grand Hotelu w Tyflisie, dzisiejszym Tbilisi. Za spust pociągnął Władysław Emeryk, który towarzyszył jej i jej sześcioletniemu synowi Zenonowi w podróży na Kaukaz. Miała 33 lata.
Dlaczego Emeryk strzelił, do końca nie wiadomo. Najczęściej mówi się o nieodwzajemnionej miłości do Norweżki. Pewne jest tylko to, że wyprowadził kilkuletniego Zenona do sąsiedniego pokoju, wrócił do Dagny i strzelił. Potem popełnił samobójstwo.
Po śmierci Dagny w Norwegii nie wszyscy skupili się na sprawcy.
— Ona została zamordowana, ale w pewnym sensie to ją oskarżano. Pisano o tym, jak żyła. Pytano, czego można było się spodziewać. Że sama jest sobie winna — mówi Holm.
Matka Dagny spaliła wiele rzeczy należących do córki, sprzedała dom i przeniosła się do Szwecji, do córki Gudrun. W Kongsvinger na wiele lat zapadło milczenie, ale w Norwegii szeptano, że Dagny zasłużyła sobie na swój koniec. Jednym z niewielu, którzy po jej śmierci bronili pamięci o niej, był Edvard Munch.
Femme fatale zrobili z niej mężczyźni. Strindberg, który miał być nią zauroczony, a potem urażony. Przybyszewski, któremu legenda żony odbitej wielkiemu pisarzowi dodawała znaczenia. Środowisko bohemy, które potrzebowało kobiet tajemniczych, niebezpiecznych i pięknych. Przykuwała uwagę. Nosiła intensywne kolory, budowała wokół siebie aurę. Jednym z jej charakterystycznych znaków była brosza w kształcie salamandry. Miała wymyślić ją sama, wzorując się na jaszczurkach wygrzewających się na ciężkich granitowych głazach twierdzy nad Kongsvinger.
W otwartym kilka lat temu Muzeum Muncha w Oslo łatwo trafić na jej monumentalny portret. Patrzą na nią naszkicowani ręką Muncha Strindberg i Przybyszewski wiszący na przeciwległej ścianie.
— To, co ona zrobiła dla kultury europejskiej, a w szczególności norweskiej, jest szczerze nie do przecenienia. A zdaje się zapominane. Gdyby żyła dzisiaj, byłaby influencerką, influencerką z głębią — mówi Weder Sawicka.
Dagny jednak broni się przed zapomnieniem. Gdy w latach 80. w jej dawnym domu zamierzano utworzyć muzeum kobiet, część mieszkańców Kongsvinger chciała budynek zburzyć.
— „Czy pani wie, że ona chodziła po ulicach bez kapelusza?” — pytała mnie 100 lat po wyjeździe Dagny z Kongsvinger wnuczka jednej z pamiętających artystkę kobiet — wspomina Holm.
Pochowana jest w Gruzji. Jak mówi dyrektorka Norweskiego Muzeum Kobiet, nie ma komu sprowadzić jej prochów do Kongsvinger. W XIX-wiecznej kamienicy w jej rodzinnym mieście cynamonowe bułeczki można dziś zjeść w kawiarni Bohema, a w Café Dagny do kawy podają „bohemkake”. Przepis na nie, podobnie jak samą patronkę, skrywa tajemnica.
Z Oslo Mieszko Czarnecki (PAP)
cmm/ miś/