Pisarka, dziennikarka Beata Chomątowska. Fot. PAP/Marcin Obara
Nagromadzenie w domu przy Litewskiej 10 w Warszawie znaczących osób i zdarzeń układa się samoistnie w opowieść o Polsce ostatniego stulecia w mikroskali — powiedziała PAP Beata Chomątowska, pisarka i dziennikarka, autorka książki „Dom warszawski”.
Polska Agencja Prasowa: Dlaczego wybrała pani akurat kamienicę przy ulicy Litewskiej 10 w Warszawie jako temat książki „Dom warszawski”?
Beata Chomątowska: Zaintrygowała mnie jej historia, przede wszystkim zaś mieszkańcy. Nagromadzenie w tym domu znaczących osób i zdarzeń układa się samoistnie w opowieść o Polsce ostatniego stulecia w mikroskali. Okolicznością, która bezpośrednio doprowadziła do zainteresowania miejscem, było poznanie go od środka, bo to też jeden z moich warszawskich domów. Zaczęło się od rozmów z jedną spośród sąsiadek, około 2013 roku, którą była, jak się później okazało, Władysława Piechocka, była wojenna żona generała Karola Świerczewskiego. Wiedziałam też, że mieszkał tam historyk Szymon Datner i wdowa po generale Mieczysławie Moczarze. Wydało mi się to ciekawą koincydencją. W dodatku nikt tego tematu dotąd nie podjął, choć wiem, że niektórzy byli lokatorzy, jak Bronisław Świderski, mieli takie plany.
PAP: Czy odkrycie, że Teresa Torańska prowadziła rozmowy z mieszkańcami Litewskiej 10, zmieniło pani sposób myślenia o własnej książce?
B.C.: Nie, bo Torańska przychodziła tutaj znacznie wcześniej, w latach 80., gdy pracowała nad cyklem „Oni” (zbiór wywiadów z komunistycznymi dygnitarzami — PAP). Dowiedziałam się o tym już na końcowym etapie pracy i była to zabawna synchroniczność, bo kilka lat wcześniej, w kontekście Władysławy Piechockiej i Alfredy Demko-Moczar, żartowałyśmy z redaktorką z Wydawnictwa Czarne, Magdaleną Budzińską, że na podstawie rozmów z mieszkankami tego domu powinna powstać książka „One” – rozmowy pokazujące perspektywę kobiet, które były związane z aktywistami Komunistycznej Partii Polski, zajmującymi znaczące stanowiska w aparacie władzy – na różnych etapach powojennej historii Polski, bo też różnie potoczyły się ich losy.
Jedni, jak Czesław Świderski, zostali zdegradowani w 1956 roku, innych odsunięto od władzy w ramach nagonki antysemickiej w 1968 roku, kiedy z kolei politycznie zyskał generał Moczar i jego akolici. Ale okazało się też, że od lat 50., kiedy dom stał się domem Komitetu Centralnego, mieszkały również ważne działaczki ruchu komunistycznego, pierwszoplanowe postacie tamtego okresu o niezmiernie barwnych życiorysach, które zasługiwałyby wręcz na osobne biografie. Romana Granas, Edwarda Orłowska, Weronika Gostyńska czy Eugenia Pelowska-Waluk, to pełnokrwiste bohaterki, podobnie jak wspomniana już Władysława Piechocka czy Dorota Chaber, żony i towarzyszki życia działaczy.
PAP: Od czego zaczyna się historia tego budynku?
B.C.: Jak u Hitchcocka, od trzęsienia ziemi. Powstawał jako dom dochodowy, budowany na szybko przez spółkę braci Kurnatowskich. Pośpiech spowodował katastrofę budowlaną. Inwestorzy naprawili szkody i oddali go do użytku przed wybuchem II wojny światowej. Mieszkała tam wówczas m.in. Zofia Reicher, reprezentantka znanej i zasłużonej rodziny twórców potęgi przemysłowej Sosnowca. Później lokatorami stali się pracownicy Kripo, Sipo i Gestapo, bo dom znalazł się w obrębie planowanej dzielnicy niemieckiej. Dzięki Nickowi Tewesowi wnukowi jednego z mieszkańców udało mi się odtworzyć część historii z tamtego okresu, która wcześniej była białą plamą, bo dokumenty przepadły. Mieszkał tam również Karl Georg Brandt, jeden z likwidatorów getta warszawskiego.
PAP: Jakie funkcje pełniła kamienica, oprócz stricte mieszkalnej?
B.C.: Od końca 1945 roku do początków 1949 roku stała się siedzibą Ministerstwa Ziem Odzyskanych, którym kierował Władysław Gomułka. Front został przeznaczony na ministerstwo, a od tyłu w drugiej klatce były mieszkania dla pracowników.
Bracia Kurnatowscy umarli w czasie wojny, zostawiając dwie wdowy. Jedna z nich miała syna z pierwszego małżeństwa z Rosjaninem — Wadima Niekrasowa. Był inżynierem, elektrykiem, który zajął jedno frontowe mieszkanie, jeszcze zanim kamienica została siedzibą ministerstwa. Miał się wyprowadzić, jak wszyscy inni, jednak udało mu się przekonać przedstawicieli ministerstwa, żeby pozwolili mu zostać wraz z matką w dwóch skromnych mieszkankach na ostatniej kondygnacji oficyny – był przydatny jako inżynier. Na podstawie dokumentów i rozmów z rodziną udało mi się odtworzyć jego życiorys, dzięki czemu ten przedstawiciel rodziny, która wybudowała dom na Litewskiej, stał się bohaterem spajającym historię budynku i prowadzącym przez nią czytelnika. Córka Niekrasowa, Danuta, graficzka i ilustratorka, wyszła za Leonida Hellera, obecnie profesora literatury i syna sowietologa Michaiła Hellera, który z kolei kolegował się z dziećmi z pierwszej klatki kamienicy.
Gdy Ministerstwo Ziem Odzyskanych wyprowadziło się z domu na Litewskiej, budynek stał się domem administrowanym przez KC. Doszło wówczas do paradoksalnego rozdwojenia: w pierwszej klatce, od frontu, zamieszkali działacze Komunistycznej Partii Polski wraz z rodzinami, podczas gdy w drugiej klatce mieszkali nadal byli pracownicy MZO, w tym sekretarka Gomułki Wanda Podgórska, Włodzimierz Lechowicz oraz działacze związani z ruchem narodowym, m.in. z „Ojczyzny”. Gomułka zatrudniał ich w swoim resorcie, bo jeszcze przed wojną zajmowali się pomysłami zagospodarowania tzw. Ziem Zachodnich, więc byli cennymi ekspertami. W rezultacie obie części domu żyły nieco odrębnym życiem, choć znalazła się osoba, która scaliła trochę te dwa światy, bo w latach 70. przeprowadziła się z frontu do oficyny: Romana Granas, jedna z nielicznych kobiet w Komitecie Centralnym, legendarna działaczka, uznawana wręcz przez niektórych za archetypiczną „ciotkę rewolucji”. Postać barwna, budząca respekt choćby tym, że postawiła się samemu Chruszczowowi, a potem miała na pieńku z Gomułką. Po utworzeniu „Polityki” została jej wicenaczelną, a potem szefowała Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu.
PAP: Kim jeszcze byli mieszkańcy kamienicy?
B.C.: By o nich opowiedzieć, starczyłoby na kilka książek. Wspominam niemal wszystkich, ale na głównych bohaterów i bohaterki wybrałam osoby, w których życiorysach odbija się mocno polityka i które żyły w kamienicy na tyle długo, by prowadziły nas przez całą opowieść w rytmie znaczących dat: 1939, 1945, 1949, 1956, 1968 i 1989.
Lokatorem domu przez pewien, niezbyt długi czas, był m.in. naukowiec Adam Schaff, jeden z najlepszych znawców marksizmu w Polsce, który zrobił międzynarodową karierę. Mieszkała tam wspomniana już Władysława Piechocka z Karolem, synem generała Świerczewskiego i ze swoim ówczesnym partnerem Leonem Finkelsteinem, szarą eminencją komunistycznej władzy. Inny mieszkaniec, Witold Konopka był z kolei I sekretarzem Komitetu Centralnego w Gdańsku. Edwarda Orłowska szefowała Wydziałowi Kobiecego KC, a wcześniej tworzyła zręby powojennej władzy w Białymstoku. Mieszkała tam także rodzina Świderskich. Jej członek, Czesław Świderski był proletariuszem, chłopakiem z Woli, polskim komunistą. Jego żona, Irena, która straciła liczną rodzinę w Zagładzie, za wszelką cenę próbowała zakamuflować swoje żydowskie pochodzenie, nawet przed sąsiadami, wśród których było też wielu Żydów komunistów – ten dom to też historia utraty i milczenia o sprawach, o których zaczęto mówić kolejnemu pokoleniu dopiero po 1989 roku. Oraz historia polskiej opozycji, bo dzieci wspomnianych ideowców z KPP, których postawy wobec partii i ustroju zmieniały się w czasie, współtworzyły Komitet Obrony Robotników oraz Solidarność. Rodzice stanęli wówczas za nimi murem.
Lokatorska konstelacja tego domu uświadamia też, że jego fenomen mógł zaistnieć właściwie tylko w Warszawie, ponieważ była centralnym miastem, ośrodkiem władzy i miejscem ciągłego ruchu, migracji. Te cechy zostały zresztą stolicy do dziś.
PAP: Można powiedzieć, że budynki mają własną pamięć?
B.C.: Wkraczamy tu trochę na obszar metafizyki, chociaż rzeczywiście istnieje pojęcie „genius loci”, oznaczające niepowtarzalny charakter konkretnego miejsca. Nurt afektywny w antropologii bada z kolei reakcje ludzi na dany teren, choćby na obszarach naznaczonych ludobójstwem. Okazuje się, że wielu z nich, nawet nie znając ich historii, czuje się w nich nieswojo. Ten dom nie ma takiej mrocznej aury, ale być może jest coś na rzeczy w relacjach między przestrzenią, środowiskiem życia i ludzkimi losami.
Jeden z moich rozmówców, fizyk Andrzej Drukier, porównał ten dom do Delty Diraca, którą rozumiem jako impuls przebiegający w danym momencie i miejscu. Może jakaś kombinacja niewidocznych dla oka czynników spowodowała, że akurat pod tym dachem skumulowała się taka konstelacja ludzi i ich losów. W okresie powojennym zetknęli się tam też przypadkowo ludzie, których ścieżki przecinały się już wcześniej.
PAP: Inspirowała się pani książką Georgesa Pereca „Życie instrukcja obsługi”?
B.C.: Nie ma opowieści o domu bez Pereca, dlatego sięgałam po niego w trakcie pisania. W „Życiu instrukcji obsługi” obserwator przechodzi przez kamienicę, pokazując poszczególne mieszkania, to jak wyglądają i jak się zmieniały w czasie – to też chciałam uwzględnić w reportażu. Jego książka jest jednak całkowitą fikcją. W przypadku kamienicy przy Litewskiej losy same się poukładały, tak, a nie inaczej. Jak śpiewał Maciej Maleńczuk: „Życie najlepsze układa piosenki/najlepsze sceny ustawia los”.
PAP: Gdzie kończy się dokument, a zaczyna wyobrażenie, fikcja?
B.C.: Reportaż musi bazować na faktach, opiera się na źródłach zastanych i wywołanych, archiwalnych dokumentach, historycznych opracowaniach, licznych wywiadach. Gdy brakuje bezpośredniej relacji, trzeba to zaznaczyć. W „Domu warszawskim” jest raptem kilka fabularyzowanych fragmentów, w których opisuję, jak mogło wyglądać dane zdarzenie, np. z perspektywy urzędnika Ministerstwa Ziem Odzyskanych. Piszę wtedy jednak, że to wyobrażenie. Te wstawki jednak też bazują na dokumentach.
Po kolejnej książce reporterskiej mam też coraz mocniejsze przekonanie, że autor, opisując życie innych ludzi, bierze na siebie ogromną odpowiedzialność. Do dyspozycji ma mniejsze lub większe okruchy cudzych losów, z których też wybiera coś, co układa się w jego własną opowieść. Ten obraz także jest uwarunkowany subiektywnie przez percepcję danej osoby. Następny filtr nakłada czytelnik, który tworzy na tej podstawie własne wyobrażenia. Choć trzeba zachowywać maksymalną staranność i dążyć do obiektywizmu, nie da się tego nigdy w pełni osiągnąć.
Rozmawiała Zuzanna Piwek
Książka „Dom warszawski” została wydana nakładem wydawnictwa Czarne. (PAP)
zzp/ dki/