Drugi tom listów Marii Dąbrowskiej i Anny Kowalskiej obejmuje jeden rok ich znajomości - 1946 - ale był to czas w ich związku intensywny emocjonalnie, w którym Anna urodziła dziecko, a Maria przyjęła to źle. Burza namiętności i urażonych ambicji nie stawia autorki „Nocy i dni” w dobrym świetle.
Dzieje miłości Marii Dąbrowskiej i Anny Kowalskiej to 20 lat życia i ponad 2,3 tys. listów, które przez dekady były owiane niejasną legendą skandalu obyczajowego. W polskiej literaturze nie znajdzie się równie szczerej i obszernej opowieści o dziejach miłości dwu kobiet. Drugi tom ich korespondencji, który niedawno ukazał się po raz pierwszy, pochodzi z najbardziej emocjonalnego czasu w ich związku, kiedy zderzenie z realiami życia zweryfikowało siłę uczucia i pokazało charaktery kochanek w nowym świetle.
Związek Anny i Marii był trudny, pełen niepewności i zazdrości. O możliwości ułożenia sobie wspólnego życia trudno im było nawet myśleć, obie były przecież w związkach z mężczyznami. Stempowski i Dąbrowska tylko przez pierwsze pięć lat znajomości byli kochankami, potem łączyło ich przede wszystkim przywiązanie. Kowalscy natomiast w 1946 roku doczekali się pierwszego dziecka - córki Marii, zwanej Tulcią. Wiadomość o ciąży Anny Dąbrowska przyjęła jak zdradę. Listy, które krążyły w 1946 roku pomiędzy Wrocławiem, gdzie osiedlili się Kowalscy po wojnie, a Warszawą, dają obraz prawdziwej rozpaczy pisarki, która, nie przebierając w słowach, oskarża kochankę o rozwiązłość, zniszczenie perspektyw na wspólne życie.
Dąbrowska pisze: „Anno, możesz być dumna. Jeszcze nikt nigdy w życiu nie doprowadził mnie do takiego stanu wrzenia zrozpaczonej miłości. Jeśli kiedykolwiek cierpiałaś przeze mnie, bierzesz odwet stokrotny”. W innym liście przypomina: „Pisałaś kiedyś - »obeszłabym kulę ziemską, żeby ci przynieść szklankę wody«. Obeszłabyś Ziemię, a od tego, żeby spółkować z innym, nie mogłaś się powstrzymać?”. „Modlę się do wszystkich szatanów piekła, żeby mi dali łaskę nienawiści do Ciebie, łaskę zapomnienia o tobie, zemsty na tobie. Nie, ja nie jestem do zabawy. Do tego szukaj bardziej podobnych tobie, a jeśli dziecko twoje ma być [słowo zamazane], lepiej, żeby nie żyło. Wybacz, ja jestem bliska obłędu, ale to minie, minie”. Pisarka nie waha się też przed zastosowaniem szantażu: „Już trzy dni nie ma listu od Ciebie, usposabia mnie to tak, że zaczynam pić wódkę, jeśli nie chcesz, abym ją piła, pisz”. Nazywa siebie „aperitifem dla starzejącej się małżeńskiej miłości”, a Jerzego Kowalskiego - „łysym, złośliwym gnomem”.
Dąbrowska demonizowała sytuację, dostrzegając w niej karę za homoseksualny związek. „W istocie rzeczy każda z nas wścieka się, że druga nie jest mężczyzną, który »może wziąć na ręce i zanieść daleko«” - pisze Dąbrowska, która przeżywa „kliniczne ataki rozpaczy połączone z bolesna furią”. Zaskakujące, ale autorka przepełnionych humanizmem „Nocy i dni” nawet nie ukrywa swojej nienawiści do mającego się urodzić dziecka. Ciążę kochanki uważa za wyrządzoną sobie krzywdę, wspomina o samobójstwie, kilka razy doradza aborcję. Stan Anny nazywa „kłopotem”, „niedolą”, „swoim nieszczęściem”. „Biedne to dziecko - tak niepotrzebne” - pisze innym razem, nazywając je „bękartem”. Macierzyństwo Anny było dla niej „obrażające”, przewidywała, że obecność dziecka wywoła „krępujące emocje”, sama myśl o dziecku była dla niej „niemal fizycznie wstrętną”.
Najintensywniejszy okres „diablej huśtawki”, jak Dąbrowska określa wahania swojego nastroju, będzie trwał kilka miesięcy, ale poczucie krzywdy utrzyma się dużo dłużej. Pisarka w listach pozwala sobie na wyrażenie przekonania, że miłość do Kowalskiej stała się dla niej siłą niszczącą i odbierającą potencjał twórczy. „To, co dałam w literaturze, jest okruchem tego, co mogłabym dać, gdyby potężny w istocie ładunek mojej siły i energii nie został zużyty na miłość” - pisze. Widziała siebie jako „całopalną ofiarę” tego związku, bolała w listach nad spustoszeniami, jakie miłość do Anny poczyniła w jej psychice, a zarazem - jak pisała - w historii polskiej literatury. „Chętnie wzięłabym cię na utrzymanie (ale bez dzieciaka), żebyś nic nie robiła, tylko była blisko mnie na każde zawołanie” - pisała, nie dostrzegając chyba, jak bardzo protekcjonalny ton przybiera wobec ukochanej osoby.
Gdy zakochały się w sobie Dąbrowska miała 51 lat, a Kowalska - 37, młodość nie usprawiedliwia więc kompletnej niechęci do panowania nad własnymi emocjami, jaka wyziera zwłaszcza z listów Dąbrowskiej. Pisarka nie dostrzega też, że sama przyczyniła się do zacieśnienia związku Kowalskich, przed ciążą Anny nie planowała wspólnej przyszłości, dogadzała jej sytuacja w której kochanka ma własne życie i pojawia się tylko wtedy, gdy jest Marii potrzebna. Dąbrowska w szale nienawiści i miłości nie oszczędza ukochanej ani jej dziecka, obraża męża Anny, dręczy swojego partnera - wiekowego już wtedy Stanisława Stempowskiego, który doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji. Sama w życiu nie była wierna, zdradzała i męża i kolejnych kochanków powtarzając, że nie świadczy to o braku miłości do osoby zdradzanej ani końca związku. A jednak Annie tak nie przebaczyła ciąży z mężem do końca życia. Dąbrowska zapanuje nad swoimi emocjami, uzna niestosowność swojej gwałtownej reakcji, ale Tulcia - córeczka Anny - pozostanie punktem zapalnym ich związku. W „Dziennikach” i listach Dąbrowskiej widać, że pisarka próbowała polubić dziewczynkę i zjednać ją sobie, ale nigdy do końca jej się to nie udało.
„Najgłębszym wymiarem i osią korespondencji Anny Kowalskiej i Marii Dąbrowskiej jest miłość. (...) Nie czytaliśmy dotąd w historii polskiej epistolografii tak wyraźnie brzmiącego głosu kobiet opowiadających o swoich emocjach i doświadczeniach. Publikacja korespondencji Anny Kowalskiej i Marii Dąbrowskiej jest więc wydarzeniem bez precedensu” - pisze Sylwia Chwedorczuk, która korespondencję opatrzyła przypisami. „To listy bardzo osobiste i szczere, z niespotykaną otwartością mówiące o doświadczeniach wynikających z nawiązania intymnej relacji pomiędzy osobami tej samej płci, z czasem nasycone szczęściem spełnienia fizycznego i niezwykle intensywnej więzi emocjonalnej i intelektualnej. Są też wyrazem niepokoju i świadomości nieodgadnionych konsekwencji zakazanej przez ówczesny społeczny obyczaj safickiej miłości, która mogła skutkować ostracyzmem” - podkreśla autorka wstępu Ewa Głębicka.
Maria i Anna przeżyły razem ponad 20 lat. Z wiekiem Dąbrowska, coraz bardziej schorowana i zmagająca się z niemocą twórczą, stała się rozgoryczona i drażliwa. Wspólne mieszkanie okazało się porażką, więc wyprowadziła się do domu w Komorowie. Związek z Anną wciąż trwał, choć Dąbrowska potrafiła napisać w „Dzienniku”: „Całe życie przeżyłam z mężczyznami i to było szczęśliwe życie. Może byłabym dotąd, jak wszyscy mi przepowiadali, radosna, młoda i silna, gdyby tak pozostało. Klęską mojego życia i zdrowia jest, że kończę je w towarzystwie kobiet”.
Dąbrowska nie chciała zamykać tego, co działo się w jej życiu emocjonalnym, w określeniach takich jak „miłość homoseksualna” czy „lesbijska”. W „Dziennikach” trudno wręcz znaleźć te słowa. Dopiero dwa lata przed śmiercią, po lekturze biografii Leonarda da Vinci, napisze: „Czyż można by przypuszczać, że jakieś nieczyste pragnienia ukrywały się za tym głodem piękna, który skierował Leonarda ku młodym ludziom o z lekka niewieścim wdzięku? (...) Dlaczego homoseksualizm nazywać »nieczystym pragnieniem«, »brudem« itp. Taka sama miłość jak inne - może być »czysta« lub »nieczysta«, zależnie od wzajemności - może być rozpustą lub wielkim szczęściem”.
Listy Dąbrowskiej i Kowalskiej ukazują się nakładem Instytutu Badań Literackich PAN.
Agata Szwedowicz (PAP)
aszw/ miś/ dki/