Reżyser filmowy i teatralny, dokumentalista Krzysztof Kieślowski, Warszawa 20 sierpnia 1974 r. PAP/Maciej Musiał
Sztuka dla sztuki, forma dla formy, porażenie swoją przenikliwością czy talentem mnie w ogóle nie interesują. Moim celem jest opowiedzenie historii zajmującej ludzi - powiedział Krzysztof Kieślowski kilka dni przed śmiercią. Reżyser i scenarzysta zmarł 13 marca 1996 r.
„Światłem i cieniem wydobywał na jaw prawdy o człowieku” – mówił podczas mszy pogrzebowej Kieślowskiego ks. Józef Tischner. „Wydobywał z mroku główną sprawę naszego świata – sprawę człowieczeństwa człowieka. Gdy jedni artyści pokazywali dramat polskiej nadziei, gdy inni strzegli pamięci o polskich cierpieniach, jeszcze inni niepokoili się o władzę i o chleb, on szedł głębiej i pokazywał pęknięcie w głębi człowieka. Człowiek pękł w swoim środku. I stoi wobec niewykonalnego zadania pojednania siebie ze sobą” - podkreślił.
„Dla mnie nie istnieje film bez odbiorcy” – powiedział Kieślowski 9 marca 1996 r. Agacie Otrębskiej i Jackowi Błachowi, uczniom III Liceum Ogólnokształcącego w Katowicach i redaktorom dwumiesięcznika „Incipit”. „Odbiorca jest tak czy owak najważniejszy. Sztuka dla sztuki, forma dla formy, porażenie swoją przenikliwością czy talentem mnie w ogóle nie interesuje. Moim celem jest opowiedzenie historii zajmującej ludzi” – wyjaśnił.
„Nad czym pracuje pan teraz?” - zapytali licealiści. „Idę do szpitala na operację” – brzmiała odpowiedź. Rozmowa odbyła się cztery dni przed śmiercią reżysera.
„Gdy jedni artyści pokazywali dramat polskiej nadziei, gdy inni strzegli pamięci o polskich cierpieniach, jeszcze inni niepokoili się o władzę i o chleb, on szedł głębiej i pokazywał pęknięcie w głębi człowieka.”
„Kieślowski jest podobny do poety romantycznego - opowiadając »bajki o zwykłych ludziach«, o ich romansach i przygodach, i uczuciach, w gruncie rzeczy opowiada nam o sobie, wpisując w filmy siebie, starając się znaleźć dystans między sobą a odbiorcą, zarówno tym współczesnym, jak i przyszłym” – powiedziała PAP w 2024 r. Bożena Janicka, krytyczka filmowa.
- O naszym spotkaniu zdecydował przypadek – mówi PAP Artur Barciś. Dodaje, że nie chodzi o film Kieślowskiego z 1981 roku, ale jego późniejszą „powtórkę” w rzeczywistości. Wcześniej znał reżysera „nieosobiście” ze spotkań w łódzkiej filmówce, które przez studentów były oblegane, bo on „mówił to, co myślał, a to była rzadkość wówczas”.
– Krzysztof spóźnił się na pociąg do Łodzi, następny miał za godzinę, więc postanowił przeczekać na Centralnym. I tam w dworcowym telewizorze zobaczył odcinek serialu „Odlot” Janusza Dymka. Grałem w nim młodego robotnika, którego nie interesowała raczej rozgrywająca się obok niego historia – rzecz działa się w czasach Sierpnia '80, lecz po pocięciu przez cenzurę praktycznie nie pozostał po tym ślad w serialu – wyjaśnia aktor. - I w efekcie tego przypadku Kieślowski zaproponował mi rolę w filmie „Szczęśliwy koniec” - bo taki był pierwszy tytuł „Bez końca” – przypomina Barciś.
Scenariusz tego filmu Kieślowski napisał wspólnie z adwokatem Krzysztofem Piesiewiczem. „Spotkanie z Piesiewiczem było dla mnie istotne i to jest jeden z takich przypadków w moim życiu, na które mam wrażenie, że sobie w jakiś sposób zasłużyłem. To znaczy, że tyle decyzji w życiu powziąłem i tyle rzeczy w życiu zrobiłem, że zasłużyłem sobie, żeby spotkać takiego człowieka” – mówił Kieślowski w filmie dokumentalnym „Dialog wokół Dekalogu” (1994) Dominique’a Rabourdina.
- Naraził się wówczas wszystkim, władzom, Kościołowi i podziemnej „Solidarności” – dlatego że trafnie i bez złudzeń, bezlitośnie zdiagnozował stan ówczesnej Polski – mówi Barciś. - Z upływem czasu „Bez końca” jest coraz bardziej doceniane jako chyba najlepsze fabularne świadectwo stanu wojennego. A to dzięki temu, że Krzysztof nigdy nie „kłaniał się okolicznościom”, tylko prawda go ciekawiła – przypomina aktor.
Usłyszał potem od Kieślowskiego, że „ma twarz, którą może mieć każdy, ale jednocześnie taką, której nie sposób nie zauważyć”. I dostał propozycję udziału w „Dekalogu”. – Pierwszym pomysłem było, że w każdym odcinku mam grać na innym instrumencie, zacząłem nawet uczyć się gry na skrzypcach, ale już w scenariuszu nie było o tym ani słowa – wspomina Barciś.
Ani słowem nie odzywały się też postaci, w które miał się wcielić. – Dlatego musiałem przeczytać scenariusze wszystkich odcinków, by z postępowania i rozmów pozostałych bohaterów dowiedzieć się, o co w ogóle chodzi. Przez półtora roku nie znałem dnia ani godziny – w każdej chwili mogłem być wezwany na plan. Krzysztof twierdził, że nie wie, kogo gram, ograniczał się do wskazówek: „tu staniesz, tam jest kamera”. Kiedy raz, nieco zdezorientowany, spytałem: „ale kim jestem?”, wymsknęło mu się: „wiesz więcej” – mówi aktor. Zastrzega jednak, że wedle pomysłu Kieślowskiego „nie był Aniołem Stróżem” – jak to nieraz później było interpretowane.
- Spotkanie z Kieślowskim na filmowym planie sprawiło, że, zainteresowali się mną tacy reżyserzy jak Agnieszka Holland, Andrzej Wajda, Wojciech Marczewski i Krzysztof Zanussi. Krzysztof miał więc wielki wpływ na moją karierę – podsumowuje Artur Barciś.
„Zazdroszczę jego przyjaciołom, że mieli przy sobie kogoś takiego. Niezawodnego, empatycznego, zawsze dostępnego, który ich problemy traktował jak własne i z miejsca zamieniał na wyzwania” – powiedziała PAP w 2018 r. Katarzyna Surmiak-Domańska, autorka wydnej wówczas biografii „Kieślowski. Zbliżenie”. „Niewiele znam osób tak zwyczajnie, po ludzku przyzwoitych jak on” - podkreśliła.
Krzysztof Kieślowski urodził się 27 czerwca 1941 r. w Warszawie jako syn Romana i Barbary z domu Szonert. W latach 1957-62 uczył się w Państwowym Liceum Techniki Teatralnej. Chciał być reżyserem teatralnym, wówczas jednak te studia miały charakter podyplomowy. Zdecydował się więc na reżyserię filmową, która wydawała mu się kierunkiem „łatwym i niewymagającym wysiłku” - nie dostał się dwa razy. Uczęszczając – by wymigać się od wojska – do Studium Nauczycielskiego, podjął pracę w garderobie Teatru Współczesnego.
„Przez długi czas nie chwalił się pracą na zapleczu teatru. Jednak po dziesięciu latach, w nakręconym przez niego »Personelu«, można było zobaczyć, ile z niej wyniósł. Później ironizował: »szyłem i podawałem gacie wybitnym aktorom: Łomnickiemu, Zapasiewiczowi, Bardiniemu«. I angażował ich do swoich filmów oraz przedstawień teatralnych” – napisał Stanisław Zawiśliński w książce pt. „Kieślowski. Ważne, żeby iść…” (2009).
Do PWSFTViT w Łodzi dostał się za trzecim razem, w 1964 roku.
- Poznałem Krzysztofa w szkole filmowej, był kilka lat niżej ode mnie. Wyróżniał się, bo był człowiekiem zamkniętym, trochę nieśmiałym, osobnym. Na pewno nie miał w sobie „odruchów artystowskich” – napatrzył się na nie, będąc rekwizytorem w teatrze, i miał do nich ogromny odrzut – mówi PAP Krzysztof Zanussi, który poświęcił przyjacielowi 10. odcinek swojego „Alfabetu” (dostępnego na YouTubie).
„Filmówkę” Kieślowski skończył w 1970 roku.
„Zazdroszczę jego przyjaciołom, że mieli przy sobie kogoś takiego. Niezawodnego, empatycznego, zawsze dostępnego, który ich problemy traktował jak własne i z miejsca zamieniał na wyzwania.”
– Bardzo długo był dokumentalistą obawiającym się wejścia w fikcję, jaką jest film fabularny. Do przekroczenia tego progu skłoniło go w końcu jego ogromne poczucie odpowiedzialności… W dokumencie wchodził z kamerą w życie ludzi, zmieniając je - niekoniecznie na lepsze. Miał cały czas kontakt z bohaterami swoich dokumentów, próbował im to życie prostować, co nie zawsze się udawało… I wreszcie doszedł do wniosku, że fikcja jest etycznie bardziej bezpieczna – opowiada Zanussi.
Ta fikcja w jego wykonaniu – „Personel”, „Spokój”, „Amator”, „Blizna”, „Krótki dzień pracy” - wciąż miała jednak wiele cech dokumentalnych. Zanussi przypomniał, że przez wiele lat fabularne filmy Kieślowskiego były odrzucane przez międzynarodowe festiwale jako „lokalne”.
– Dopiero gdy jakiś film nie zdążył na konkurs w Cannes w 1988 roku, niejako z łaski dopuszczono „Krótki film o zabijaniu” – dostał Nagrodę Jury oraz FIPRESCI. I nagle Krzysztof przestał być „twórcą lokalnym”, a jego filmy „stały się interesujące” – mówi reżyser.
Sfilmowanie „Dekalogu” było pomysłem Piesiewicza, Kieślowski w pierwszej chwili był sceptyczny, nazwał to „okropnym pomysłem”. „Miałem dojmujące wrażenie, że coraz częściej oglądam ludzi, którzy nie bardzo wiedzą, po co żyją. Pomyślałem więc, że Piesiewicz ma rację, choć to bardzo trudne zadanie. Trzeba nakręcić »Dekalog«” – opowiadał, cytowany w książce Surmiak-Domańskiej.
Pod koniec produkcji „Dekalogu” nie dopinał się budżet. – Wyglądało na to, że tych przykazań będzie tylko osiem. Jeździłem po Europie, by zainteresować producentów, także katolickich, i zdobyć pieniądze na taśmę. „Nikt tego nie będzie oglądał” – słyszałem wszędzie. Na szczęście mój dawny producent niemiecki Manfred Durniok powiedział, że stać go, by zaryzykować. I dzięki niemu mamy sfilmowane dziesięć przykazań, a nie, jak powiedziała nam jedna pani z polskiej telewizji, że przecież osiem też w zupełności wystarczy – opowiada Zanussi.
- Paradoksalnie „Dekalog” miał większe wzięcie na Zachodzie niż w Polsce – wspomina. – Myślę, że te przełożone na język filmu przykazania Boże bardziej nas uwierały, były niewygodne. Krzysztof był niezwykle radykalny, wszędzie chciał dopatrzyć się prawdy i nie dopuszczać kłamstwa – podkreśla Zanussi.
Po sukcesie „Dekalogu” przyszła kolej na polsko-francuską koprodukcję „Podwójne życie Weroniki” (1991), uhonorowaną w Cannes nagrodą FIPRESCI, nagrodą jury ekumenicznego oraz nagrodą dla najlepszej aktorki Irene Jacob.
„Podwójnym życiem Weroniki” zachwycił się 28-letni wówczas Quentin Tarantino, który właśnie brał się za pastisz kina gangsterskiego.
„Tytuł »Pulp Fiction«. Wymarzył sobie, że Irene zagra w nim rolę charakterystyczną: Fabienne, narzeczonej boksera Butcha. Ale gdy scenariusz był gotowy i Tarantino zaproponował jej rolę u boku Bruce’a Willisa, Jacob odmówiła. Obiecała już Kristoffowi, że zagra w »Trzech kolorach. Czerwonym«” – napisała Surmiak-Domańska.
W 1994 r. „Czerwony” - ostatnia część trylogii Kieślowskiego „Trzy kolory” stanowiącej odniesienie (razem z wcześniejszymi „Białym” i „Niebieskim”) do dewizy rewolucji francuskiej: „Wolność, równość, braterstwo” - wydawał się murowanym zwycięzcą festiwalu w Cannes.
„To najlepszy film roku. Dostanie Palmę” – powiedział po obejrzeniu filmu Kieślowskiego Quentin Tarantino producentowi „Pulp Fiction” Harveyowi Weinsteinowi (obecnie w więzieniu, skazany za gwałt i przestępstwa na tle seksualnym).
Tadeusz Sobolewski na łamach „Gazety Wyborczej” informował, że w festiwalowych kuluarach panuje opinia, że „Czerwony” to w ogóle najlepszy film Kieślowskiego.
Jednak jury, któremu przewodniczył Clint Eastwood, przyznało Złotą Palmę „Pulp Fiction”, ignorując zupełnie „Czerwonego”. Werdykt wywołał spore oburzenie.
„W Europie toczy się walka ideologiczna o to, jak ma wyglądać przyszłość naszej kultury. Propaganda amerykańska, zwłaszcza od czasu zburzenia Muru Berlińskiego, ma ułatwione zadanie” – powiedział Januszowi Wróblewskiemu Marin Karmitz, producent „Trzech kolorów” („Życie Warszawy”, 1994). „Próbując narzucić nam swój styl życia, swoje wzorce, a nawet swoją tradycję, Amerykanie nie napotykają już specjalnych oporów” - dodał. „Tak jak propaganda sowiecka wypełniła bez specjalnych trudności pole po przegranej batalii przez Hitlera, tak teraz oni, nie uciekając się do dyktatury, zajęli miejsce po komunistach. Obraz i dźwięk są najlepszym sposobem na kształtowanie gustów i na przekazywanie idei. Dlatego w kinie spór o kształtowanie kultury europejskiej wydaje się najgłośniejszy. Tegoroczny festiwal w Cannes ujawnił to bardzo wyraźnie” - podsumował producent.
„Nic takiego się nie stało, nie należy do tego przykładać zbyt dużej wagi. Są naprawdę na świecie rzeczy ważniejsze od festiwalu w Cannes” – powiedział Kieślowski „Gazecie Wyborczej” dzień po ogłoszeniu werdyktu. „Owszem, zawsze przyjemniej jest wygrywać, niż przegrywać, ale myślę, że trzeba umieć robić obie te rzeczy” – dodał. Nie zawsze mu to jednak wychodziło - kilka dni później w stołecznym Klubie Księgarza ocenił, że wynik był do przewidzenia, skoro w festiwalowym jury siedzieli „ujeżdżacze koni”.
Spektakularna porażka w Cannes paradoksalnie przysporzyła „Czerwonemu” rozgłosu. Kolejny szum powstał, gdy Amerykańska Akademia Filmowa (AAF) odrzuciła szwajcarskie zgłoszenie do Oscara w kategorii najlepszy film obcojęzyczny. Pod protestem, skierowanym do przewodniczącego AAF, podpisało się 65 reprezentantów amerykańskiej branży filmowej, m.in. Jodie Foster, Lauren Bacall, Raquel Welch, Glenn Close, Quentin Tarantino, Martin Scorsese, Robert De Niro, Robert Altman i Arthur Penn - bezskutecznie.
Ostatecznie film został nominowany za scenariusz, zdjęcia i reżyserię. Też bezskutecznie. „Głupek wziął wszystko” – informował „Express Wieczorny” 29 marca 1995 r. o sześciu Oscarach dla „Forresta Gumpa”. „Nasz »Czerwony« bez żadnej nagrody” – dodano w podtytule.
„»Czerwony« to ostatni film, jaki w życiu nakręciłem. Znalazły się francuskie pieniądze, to trzeba było znaleźć francuski pretekst” - mówił Kieślowski na spotkaniu z publicznością w suwalskim kinie Scherzo 12 maja 1994 roku, a więc jeszcze przed canneńskim werdyktem. „Nie przypominam sobie, żebym podpisywał jakikolwiek kontrakt z publicznością i żebym w związku z tym miał wobec niej jakieś zobowiązania. Jak mi się nie chce, to nie będę robił” – wyjaśnił (cytat za „Kurierem Porannym”).
Francuski poeta i eseista François Amanecer w eseju „O »Czerwonym« Krzysztofa Kieślowskiego. Prospero i stary sędzia” („Kino” 3/2007 – przekład Tadeusza Lubelskiego) przeanalizował film w kontekście „Burzy” Szekspira. Przypomniał, że była to ostatnia sztuka napisana przez angielskiego dramaturga, będąca „w pewnym sensie jego testamentem”.
„»Czerwony« jest ostatnim filmem Kieślowskiego świadomie przezeń wybranym do tej roli” – napisał Amanecer. „Oba utwory są zbudowane na analogicznych schematach fabularnych (bohaterowie, intryga, środowisko) i wyrażają te same idee (władza, magia, współczucie) – za pomocą poetyk i fabuł, które są oczywiście odmienne” – dodał.
„W swoim życiu poznałem wiele ważnych osobistości. Jedną z nich był Samuel Beckett. Pracowałem z nim, gdy sam jeszcze byłem reżyserem” – mówił Wróblewskiemu Karmitz. „Właściwie od pierwszego spotkania z Kieślowskim wiedziałem, że mam do czynienia z kimś równie wyjątkowym. Przypominał mi go, zarówno jeśli chodzi o elegancję bycia, przenikliwy, głęboki, a równocześnie zdystansowany sposób patrzenia na ludzi, jak i przez podobny stosunek do języka. Słowa u Becketta i Kieślowskiego nigdy nie kończą się na anegdocie. Słowa zbędne u nich nie występują. Język służy im do przekazywania spraw najważniejszych” – dodał.
Krzysztof Kieślowski zmarł 13 marca 1996 r. - miał 54 lata. Został pochowany na warszawskich Powązkach.
„Brat nasz Krzysztof pokazał pękniętym ludziom, że gdzieś niedaleko, w zasięgu ręki istnieje siła, dzięki której mogą się pojednać ze sobą. Jest gdzieś jakiś Dekalog. Ktoś gdzieś śpiewa Hymn o miłości” – mówił ks. Józef Tischner na jego pogrzebie.
Paweł Tomczyk (PAP)
dap/ top/ miś/
