Stanisław Aronson. Fot. PAP/Rafał Guz
6 maja 1925 r. urodził się Stanisław Aronson. W czasie II wojny światowej był żołnierzem Armii Krajowej i powstańcem warszawskim. Osiedlił się w Izraelu, ale nigdy nie odciął się od Polski i polskości.
Stanisław Aronson przyszedł na świat w zamożnej rodzinie żydowskiego fabrykanta i kupca. Dzieciństwo spędził w Warszawie (przy Senatorskiej) i Łodzi, gdzie jego rodzice byli właścicielami dużej willi przy Żeromskiego. W latach 90. podjął starania o odzyskanie tej nieruchomości, ale bezskutecznie. Okazało się, że w myśl przepisów została ona uznana za mienie poniemieckie (bo w czasie okupacji znajdowała się tam placówka policji) i na tej podstawie znacjonalizowana.
Wybuch II wojny światowej zastał Aronsonów w Łodzi. Udało im się dojechać do Równego, ale po agresji ZSRR na Polskę postanowili przedostać się na Litwę. Gdy próba przekroczenia granicy skończyła się fiaskiem, udali się do Lwowa. Spędzili tam następne dwa lata – aż do zajęcia tego miasta przez Wehrmacht.
„Atmosfera była w stu procentach polska, przeciw Rosjanom. Z moich kolegów nikt się nie zapisał do Komsomołu. Były naciski. Największe naciski były na Żydów, żeby się zapisali do Komsomołu. Nie zapisałem się. (…) Mówię: Jestem Polakiem, czuję się Polakiem.”
W wywiadzie dla Muzeum Powstania Warszawskiego (w ramach Archiwum Historii Mówionej) wspominał naukę w polskim gimnazjum przy Łyczakowskiej. „Atmosfera była w stu procentach polska, przeciw Rosjanom. Z moich kolegów nikt się nie zapisał do Komsomołu. Były naciski. Największe naciski były na Żydów, żeby się zapisali do Komsomołu. Nie zapisałem się. (…) Mówię: „Jestem Polakiem, czuję się Polakiem.”
Jesienią 1941 r. razem z bliskimi zdecydował się na powrót do Warszawy, choć wiązało się to z koniecznością zamieszkania na terenie getta. Kilka miesięcy później z Umschlagplatzu cała rodzina została wywieziona do obozu zagłady w Treblince. Stanisław Aronson jako jedyny ocalał, bo na jednym z postojów udało się mu przecisnąć przez małe okno wagonu i nie został zauważony przez wartowników.
Od tamtej pory żył już po „aryjskiej” stronie, przez pewien czas w mieszkaniu pewnej Austriaczki (w niektórych relacjach Aronson określa ją jako Niemkę), która pomogła mu nawiązać kontakt z Armią Krajową.
Z dokumentami na nazwisko Stanisław Żurawski, a później - Ryszard Żukowski stał się członkiem polskiego podziemia. Został przydzielony do Kedywu – jednostki zajmującej się sabotażem i dywersją.
O tym, że jest Żydem, wiedział początkowo tylko jego przełożony - dowódca Kedywu okręgu warszawskiego AK Józef Rybicki (po wojnie aż do 1954 r. więziony, a później jeden z założycieli Komitetu Obrony Robotników).
„Był niezwykle liberalnym i tolerancyjnym człowiekiem. Od początku wiedział, że jestem Żydem, i nie robił mi z tego powodu najmniejszych problemów. Podobnie koledzy z oddziału – zwykli żołnierze, z którymi ramię w ramię walczyłem z Niemcami” – opowiadał Aronson w jednym z wywiadów i zapewniał, że w swoim oddziale nie spotkał się z żadnymi przejawami antysemityzmu.
Jednak w rozmowie z Dorotą Wysocką-Schnepf dla „Gazety Wyborczej” dopowiadał: „moi przełożeni powiedzieli mi, żebym o tym (że jestem Żydem – PAP) nie opowiadał, bo to się rozejdzie. Zaczną się chwalić czy coś gadać, że u nas to Żydzi itd., i może na kogoś trafić, kto będzie chciał mnie wydać”.
Zdarzało się, że brał udział w wykonywaniu wydanych w imieniu Polskiego Państwa Podziemnego wyroków na kolaborujących z okupantem Polakach. Wspominając ten okres swojej aktywności (m.in. w opublikowanej nakładem Wydawnictwa Znak książce Patrycji Bukalskiej „Rysiek z Kedywu”) Stanisław Aronson zaznaczał, że w takich akcjach specjalnych – ze względu na swój wiek - jedynie stał w obstawie.
Wziął za to czynny udział od pierwszego dnia walk w Powstaniu Warszawskim. Służył w nim pod rozkazami Stanisława – „Stasinka” Sosabowskiego (syna słynnego dowódcy 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej) w uważanym za elitarny oddziale dyspozycyjnym „Radosława” w grupie „Północ”.
W wywiadzie przeprowadzonym przez Piotra Zychowicza w 2009 r. dla „Rzeczpospolitej” opowiadał, że pierwszym zadaniem jego oddziału było zdobycie Umschlagplatzu i szkoły na Stawkach, czyli miejsca, z którego niespełna dwa lata wcześniej Niemcy wyekspediowali go do Treblinki.
„W sierpniu 1944 roku były tam wielkie magazyny żywnościowe i mundurowe. Esesmani, którzy bronili obiektu, stawiali zacięty opór. To były ciężkie walki. Wreszcie udało się zdobyć szkołę. Oprócz wielkich zdobyczy wojennych znaleźliśmy też około 50 węgierskich Żydów” – wspominał.
W pierwszej dekadzie powstania jego oddział bił się na Woli, tuż obok batalionu „Zośka”, a następnie odpierał niemieckie ataki na gruzach getta.
10 sierpnia podczas walk na Okopowej, naprzeciwko Cmentarza Ewangelickiego, Stanisław Aronson został ranny. „Pocisk moździerzowy zdruzgotał mi nogę, jego odłamki utkwiły w płucach. To był dla mnie koniec powstania. Trafiłem do powstańczego szpitala w podziemiach kamienicy na Starym Mieście” - opowiadał.
To właśnie w tym zaimprowizowanym szpitalu znów otarł się o śmierć, gdy ten obiekt zdobyli esesmani. W różnych relacjach o tym dramatycznym epizodzie za każdym razem podkreślał, że jego i wszystkich pozostałych ocaliła interwencja wziętych do niewoli przez powstańców niemieckich żołnierzy. To oni zapewnili esesmanów, że w szpitalu przebywają wyłącznie cywile, choć wiedzieli, że było inaczej.
Z powodu odniesionej rany po 10 sierpnia Aronson nie brał już udziału w walkach. Udało się mu uniknąć niemieckiej niewoli i razem z jednym z kolegów dotarł do osady Delechowice niedaleko Krakowa, gdzie doczekał końca okupacji.
Jeszcze na początku 1945 r. przyjechał jednak do rodzinnej Łodzi, gdzie nawiązał kontakt z podziemną organizacją „NIE”. Wkrótce potem, po dość przypadkowej scysji w zakładzie fryzjerskim z pewnym oficerem NKWD, uznał, że dalszy pobyt w Polsce jest dla niego zbyt ryzykowny. Dostał się do Austrii, a stamtąd do Włoch, gdzie wstąpił do 2. Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa. W Bolonii rozpoczął nawet studia medyczne, ale w 1946 r. za namową stryja, który jeszcze przed wojną wyjechał z Polski, wyruszył do Palestyny. Brał udział w wojnie o niepodległość Izraela (w 1948 r.) i we wszystkich kolejnych konfliktach zbrojnych tego państwa z arabskimi sąsiadami. Dosłużył się stopnia podpułkownika. Na taki sam został też awansowany w Wojsku Polskim.
Prawie do końca PRL-u nie mógł przyjeżdżać do Polski. Pozwolono mu dopiero w sierpniu 1988 r. – na rocznicę wybuchu powstania. Dwa lata później dostał polski paszport i od tamtej pory z obywatelstwem Izraela i Polski zaczął częściej przyjeżdżać do starej ojczyzny.
Zabierał głos w sprawach najnowszej historii, wiele razy robił to na przekór oficjalnej polityki historycznej. Nie krył np. swojej negatywnej oceny decyzji o wywołaniu Powstania Warszawskiego.
„Z góry wiedzieliśmy, że to było bez sensu. Mówił tak choćby mój dowódca z oddziału „Stasinek” Sosabowski, syn generała Stanisława Sosabowskiego. To przecież było wariactwo. Już wtedy wiedzieliśmy, że na ziemiach wschodnich Sowieci aresztują i mordują żołnierzy AK biorących udział w akcji „Burza”. Uważaliśmy więc, że nawet jeśli powstanie się uda, to wszystkich nas zamkną i wywiozą do łagrów. Józef Rybicki mówił, że trzeba zejść jeszcze głębiej do podziemia i spokojnie czekać na sowiecką okupację. Katastrofa, jaką wywołało powstanie, przeszła nasze najgorsze przewidywania. 63 dni walk zamiast pięciu, sześciu, jak zakładano. Kompletne zniszczenie stolicy Polski, 200 tysięcy zabitych cywilów. Koszmarny błąd” – mówił w wywiadzie z Piotrem Zychowiczem.
A w wywiadzie dla Muzeum Powstania Warszawskiego precyzował: „Szkoda było tych ludzi, ci ludzie mogliby dużo więcej zrobić jak oni by żyli. Cała młodzież walcząca zginęła, ci ludzie mogli robić opór, nawet inny opór. Mogli być przywódcami oporu przeciw Rosji. Wiedzieliśmy, że oni aresztują. Wiedzieliśmy już w lipcu, że wszystkich aresztują w Krakowie, w Lublinie. To, o co się Rybicki bał. On się bał, że wszystkich aresztują, którzy będą brali udział, to była ta historia”.
W 2016 i 2017 r. wysłał dwa listy do prezydenta Andrzeja Dudy, by zaprotestować przeciwko kultowi tzw. „żołnierzy wyklętych”. Jak wyjaśnił – napisał je z „troski o losy wielkiej tradycji Państwa Podziemnego i Armii Krajowej”.
„Budowa mitu »żołnierzy wyklętych« stała się możliwa dopiero teraz, kiedy odchodzi już pokolenie Armii Krajowej i Państwa Podziemnego. Kiedy już nie ma prawie nikogo, kto mógłby głośno zaprotestować i zaprzeczyć tej alternatywnej historii, temu upowszechnianiu alternatywnych »faktów«” - podkreślał. W liście z 2017 r. protestował przeciwko zrównywaniu AK, NSZ oraz ONR z jego – jak podkreślał „obrzydliwą tradycją”. Przyznawał, że w oddziałach leśnych tuż po wojnie zdarzali się patrioci i osoby obawiające się więzienia, wywózki czy wyroku śmierci, ale były też „elementy kryminalne, wręcz bandyckie”.
„Jakie to były oddziały, nikt naprawdę nie wie. Przeważnie znane są nazwiska poszczególnych dowódców, ale dla dzisiejszych propagandystów oni są mniej ważni. Ważna jest ich mityczna potęga. Liczba »wyklętych« więc rośnie i rośnie, bo trzeba przekonać społeczeństwo, jaka to była siła. (…) Wszystko jest możliwe, ale na papierze” – pisał.
„Obserwuję z daleka, jak w ostatnich latach kanapowi patrioci w mojej rodzinnej Polsce próbują wykorzystać i manipulować wspomnieniami i doświadczeniami mojego pokolenia.”
Jeszcze dosadniej próby manipulowania historią ocenił w 2018 roku w emocjonalnym liście opublikowanym w dzienniku „The Guardian”.
„Obserwuję z daleka, jak w ostatnich latach kanapowi patrioci w mojej rodzinnej Polsce próbują wykorzystać i manipulować wspomnieniami i doświadczeniami mojego pokolenia. Może i naprawdę wierzą, że promują »narodową godność« lub wpajają »dumę« w młodych ludzi, ale w rzeczywistości wychowują przyszłe pokolenie w ciemnocie, braku zrozumienia złożoności wojny i skazują je na powtórzenie błędów, za które zapłaciliśmy tak wysoką cenę” - pisał. Przyznał, że tego typu zjawisko ma miejsce w wielu częściach Europy.
„Mając na uwadze to, czego nauczyłem się w ciągu całego swojego życia, wpierw proszę przyszłe pokolenia Europejczyków o postrzeganie moich rówieśników takimi, jakimi byliśmy naprawdę, a nie takimi, jak byśmy sobie tego życzyli. Mieliśmy takie same wady i słabości jak dzisiejsi młodzi ludzie. Większość z nas nie była ani bohaterami, ani potworami” - podkreślił.
Zaznaczył, że nie uważa się za bohatera. Przypomniał, że przez większość życia starał się, aby Polacy czuli się dumni ze swojej wojennej historii. „Dopiero gdy w ostatnich latach zauważyłem, jak duma zamienia się w zadufanie, a zadufanie w użalanie się nad sobą i agresję, uświadomiłem sobie, jak błędne było przemilczanie niektórych sytuacji, których byłem świadkiem”.
Przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a prezydent Bronisław Komorowski wręczył mu Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
Józef Krzyk (PAP)
jkrz/ dki/