Dyrygent Yoel Gamzou podczas opery „Salome” Richarda Straussa na scenie Opery Leśnej w Sopocie. Fot. PAP/Marcin Gadomski
Muzyka Beatlesów jest tak samo dobra jak muzyka Mahlera - powiedział w pierwszym wywiadzie po ogłoszeniu nominacji na dyrektora muzycznego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie amerykański dyrygent i kompozytor pochodzenia izraelskiego Yoel Gamzou. - Kiedy widzowie nie są poruszeni, to znaczy, że to my, artyści zawiedliśmy - dodał.
Polska Agencja Prasowa: Od nowego sezonu będzie pan dyrektorem muzycznym Teatru Wielkiego - Opery Narodowej. Co to dla pana oznacza?
Yoel Gamzou: Kiedy zostajesz dyrektorem muzycznym teatru, to nie jesteś tylko i wyłącznie osobą, która dyryguje większością przedstawień. Należysz do kierownictwa opery. To wiele dla mnie znaczy. Opera Narodowa ma niezwykłą historię i ogromną tradycję. Warszawa i Polska w ogóle mają wielkie tradycje związane z muzyką, operą, sztuką w ogólności, a także z literaturą i filozofią. To, że staję się częścią tej opowieści, jest dla mnie wielkim zaszczytem. Czuję także ogromne zobowiązanie, aby w podobnym duchu kontynuować tę linię.
PAP: Jak zatem widzi pan swoją rolę?
Y.G.: Rozumiem ją jako zapewnienie, że produkcje Opery Narodowej, będą zawsze stać na wysokim poziomie. Rola dyrektora muzycznego TW-ON będzie moim najważniejszym projektem artystycznym a kolejne cztery sezony. I patrzę na to zadanie w kategoriach holistycznych.
PAP: Czy to oznacza, że przez ten czas zawiesi pan inne artystyczne aktywności?
Y.G.: Nie zrezygnuję ze wszystkiego, ponieważ będąc dyrygentem muszę pracować w różnych miejscach. Jednak nie sądzę, jak wielu moich kolegów, że dyrygent może jednocześnie być związany nawet z pięcioma zespołami. To jakby mieć pięć żon na raz. Przecież to niemożliwe! Chciałbym jednak kontynuować współpracę w roli dyrygenta gościnnego z BBC Philharmonic w Manchesterze, ponieważ z tym zespołem jestem mocno związany. Sporo pracuję w Wiedniu i sądzę, że tę kooperację również w jakimś zakresie utrzymam. Jednak to w Warszawie przez najbliższe sezony będę spędzać większość czasu.
PAP: Warszawa i Polska to także część pana osobistej, rodzinnej historii…
Y.G.: Mój dziadek urodził się w Polsce. Nigdy nie planowałem, że to właśnie z tym krajem zwiążę się tak mocno pod względem zawodowym. Traktuję to jak domknięcie historii. Niestety, dziadek już nie żyje, ale ja wróciłem do miejsca, skąd pochodzi moja rodzina. Polaków i Żydów przed II wojną światową łączyły silne więzi. Chcę tę dawną, niejednokrotnie skomplikowaną, historię kontynuować. Myślę, że dziadek by się cieszył, że jego wnuczek wrócił do Warszawy po tych wszystkich latach.
PAP: A jak postrzega pan to miasto?
Y.G.: Podchodzę z dużym entuzjazmem do tego, że będę tu pracował. Warszawa jest kosmopolityczna, nowoczesna, niemalże na każdym kroku można tu poczuć kreatywność, innowacyjność. Bycie tutaj jest inspirujące. Uważam, że jest jednym z najważniejszych centrów kulturalnych na świecie. Macie niezwykłą historię, a jednocześnie odważnie patrzycie w przyszłość. I skradło moje serce, kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy.
PAP: Funkcja dyrektora muzycznego - w miejsce dyrektora artystycznego - to jedna ze zmian, którą wprowadził szef Teatru Wielkiego - Opery Narodowej w Warszawie Boris Kudlička w koncepcji programowej, którą w ubiegłym roku wygrał konkurs na to stanowisko…
Y.G.: Owa struktura jest słuszna, pozwala na rozwój. Sprawdziła się w innych operach. Myślę, że wynika z doświadczenia Borisa, które zdobył w różnych zagranicznych instytucjach, gdzie dał się poznać jako wybitny scenograf. Interesuje go zresztą międzynarodowa współpraca, to nasz wspólny cel. Tym bardziej, że operę warszawską można uznać za jedną z najważniejszych oper na świecie.
PAP: Teatr Wielki – Opera Narodowa to druga, po Theater Bremen, instytucja, gdzie został pan dyrektorem muzycznym. Czy odwoła się do wcześniejszych doświadczeń?
Y.G.: Kiedy po raz pierwszy zostałem dyrektorem muzycznym, byłem bardzo młody, miałem 29 lat. Kiedy jesteś w takim wieku, masz wiele do nauki przed sobą. Tamto doświadczenie było jednak trudne, bo połowa mojej kadencji przypadła na czas pandemii koronawirusa. Musiałem się mierzyć z pandemiczną rzeczywistością, a to wiązało się z tym, że nie wiedzieliśmy, kiedy i czy będziemy mogli grać, jak blisko lub daleko od siebie zasiądą muzycy, a także ilu widzów wejdzie do teatru. Wtedy zrozumiałem, że rolą dyrektora muzycznego jest utrzymanie relacji między ludźmi, a także motywowanie zespołu, aby artyści wziąć chcieli wspólnie się rozwijać. To doświadczenie może zaprocentować także w Warszawie.
PAP: Jaki jest zatem pana główny cel jako dyrektora muzycznego?
Y.G.: Chciałbym, aby każda osoba pracująca w teatrze czuła, że wychodząc na scenę przekazuje publiczności coś ważnego. Aby każde przedstawienie, każdy występ traktowała jak niezwykły moment, kiedy coś naprawdę ważnego dzieje się na scenie. W dobie internetu musimy publiczności – która nam zaufała, poświęciła swój czas i pieniądze, kupując bilet – zaoferować coś więcej niż to, co sami mogą znaleźć na YouTube’ie. Uważam, że każde przedstawienie powinno coś zmienić w życiu widza, a nie wywołać rozczarowanie.
Chcę, aby TW-ON nie tylko w Warszawie, ale i w Europie stał się miejscem, na które będzie się patrzeć, szukając ekscytujących i odważnych realizacji. Świat opery jest bardzo konserwatywny, w większości operaty na dziełach dawnych kompozytorów, ustalonej tradycji. To jego wielka zaleta, gdyż bez kanonu nie ma szansy na rozwój. Jednak marzę, aby ludzie przychodzący do Opery Narodowej mogli zobaczyć coś zaskakującego, czego nigdy wcześniej nie doświadczyli, aby w efekcie, jeśli zdarzy się doświadczą tego po wielokroć, wykształcą w sobie uważność i gotowość do takich przeżyć. Ludzie wiedzą, co jest dobre. Nawet wtedy, gdy boją się mówić o muzyce, bo uważają, że brak im eksperckiej wiedzy i znajomości specjalistycznego słownictwa.
PAP: A jeśli nie rozumieją tego, co oglądają?
Y.G.: Kiedy widzowie nie są poruszeni, to znaczy, że to my, artyści zawiedliśmy. Sytuacja, kiedy nie rozumieją przedstawienia nie powinna się zdarzać. Bo opera powinna być zrozumiała. Jeśli coś nie działa na publiczność, nie jest dobre. Nawet skomplikowane intelektualnie i muzycznie dzieło można opowiedzieć tak, aby każdy poczuł tę historię. To jest zadanie muzyków i dyrektora muzycznego.
PAP: Czy widzi pan siebie jako przewodnika, lidera, czy raczej jako członka zespołu, jednego z muzyków?
Y.G.: Oczywiście, moja rola wiąże się z przywództwem w muzycznej części teatru. Widzę siebie jako partnera Borisa Kudlički w realizacji jego wizji artystycznej. Ale przede wszystkim chcę widzieć siebie w roli łącznika między teatrem a publicznością, stworzyć przestrzeń dla dialogu. Chciałbym, aby ludzie, którzy od nowego sezonu artystycznego przyjdą na nasze przedstawienia, poznali mnie, poczuli osobistą więź z tym, co dzieje się na scenie.
PAP: Czy pana rola pozwala także wpływać na repertuar?
Y.G.: Wspólnie z Borisem będziemy tworzyć repertuar. Opera to praca zespołowa, a ja czuję się członkiem tej drużyny.
PAP: Jacy kompozytorzy są panu szczególnie bliscy? Których częściej usłyszymy w repertuarze?
Y.G: Najczęściej wykonuję utwory Gustava Mahlera.
PAP: Dokończył pan nawet jego ostatnią, X symfonię…
Y.G.: To prawda. I to właśnie od Mahlera rozpocznie się seria koncertów symfonicznych. Nie mogę jednak zdradzić, jaki utwór publiczność usłyszy jako pierwszy. Większy nacisk chciałbym położyć na utwory Richarda Straussa, częściej wykonywać dzieła Mieczysława Wajnberga, bo naprawdę cenię, podobnie jak innych polskich kompozytorów. Chciałbym również przywrócić do repertuaru Richarda Wagnera, który w ostatnich latach nie był zbyt często wystawiany.
Zdradzę, że podczas koncertów symfonicznych będzie można regularnie usłyszeć utwory wyjątkowego kompozytora brytyjskiego Williama Waltona, choć jego twórczość nie jest powszechnie znana. Mimo to, uważam go za jednego z geniuszy XX-wiecznej muzyki. Już jestem podekscytowany tym, że w pierwszym moim sezonie zabrzmi jego oratorium „Belshazzar's Feast” z Tomaszem Koniecznym jako solistą. Nie wiem, czy ten utwór był kiedykolwiek wykonany na scenie TW-ON. Ekscytuje mnie również to, że w kolejnym sezonie zabrzmią kompozycje polskiego kompozytora i dyrygenta Pawła Kleckiego. Mieszkał w Anglii, w Polsce nie jest chyba dobrze znany, tymczasem skomponował naprawdę niezwykła muzykę.
PAP: Czy usłyszymy także nowe, specjalnie zamawiane kompozycje?
Y.G.: Zdecydowanie! To jest zresztą jeden z moich większych priorytetów. W następnym sezonie publiczność usłyszy m.in. utwór młodej brytyjskiej kompozytorki Frei Waley-Cohen. Liczę na regularną współpracę z nią, zarówno jeśli chodzi o utwory symfoniczne, jak i opery. Chciałbym także współpracować z polskimi kompozytorami. Opera Narodowa powinna pobudzać ich kreatywność. Marzę, aby współczesna muzyka, którą będziemy wykonywać, poruszała nie tylko ludzkie umysły, ale i emocje.
PAP: Pan sam jest kompozytorem. Czy będziemy mogli zatem usłyszeć także pana utwory?
Y.G.: To prawda, dużo i regularnie komponuję. Myślę jednak, że moim zadaniem jest dawanie przestrzeni innym. Jest dużo miejsc, gdzie mogę przedstawiać swoje utwory. Ale kto wie, może rzeczywiście za jakiś czas zaproponuję też coś swojego.
PAP: Jako dyrygent współpracował pan z Mariną Abramović przy projekcie operowym „The Seven Deaths of Maria Callas”. Przypatrując się pana aktywnościom, można zauważyć, że kładzie pan nacisk na przenikanie się sztuk.
Y.G.: Niezwykle ważne jest budowanie mostów między muzyką a szeroko rozumianą sztuką. Uwielbiam pracować przy balecie, taniec od dawna mnie fascynował. Zawsze starałem się łączyć ze sobą różne dziedziny sztuki, interesuje mnie, w jak sposób mogą one współistnieć z muzyką.
PAP: Czy w dzisiejszym świecie muzyka, opera, balet, ma jeszcze jakąś ważną rolę do odegrania? Może pomóc przetrwać globalny kryzys?
Y.G.: Kiedy przyglądam się różnym gatunkom muzycznym, nie widzę między nimi wielkiej różnicy. Dla mnie muzyka to muzyka, ważne, żeby była dobra. I nie ma znaczenia, czy to pop, rock czy klasyka. Nie powinniśmy muzyki szufladkować. W muzyce klasycznej jest wiele arogancji. Artyści uważają, że tylko ich sztuka jest ważna. Tymczasem każda sztuka jest ważna. Muzyka Beatlesów jest tak samo dobra jak muzyka Mahlera.
Oczywiście chciałbym, aby moja muzyka oferowała coś, czego nie dają inni. Dzisiejsza rzeczywistość jest jednak skomplikowana. W tak szybko pędzącym świecie muzyka powinna sprawiać, że chcemy zwolnić i przyjrzeć się sobie samym, zajrzeć w swoje wnętrze. W tej intensywności świata wokół, pójście na koncert czy na operę powinno być momentem oddechu.
Rozmawiała Anna Kruszyńska
Yoel Gamzou - ostatni uczeń włoskiego dyrygenta Carla Marii Giuliniego. W 2023 r. powołał do życia oneMusic Orchestra. Wcześniej pełnił funkcje dyrektora muzycznego w Theater Bremen oraz pierwszego kapelmistrza i zastępcy dyrektora muzycznego w Staatstheater Kassel. W ostatnich sezonach wystąpił na scenie Staatsoper w Hamburgu; Staatsoper w Monachium; Deutsche Oper w Berlinie; Staatsoper w Wiedniu; Hessisches Staatstheater w Wiesbaden; Gothenburg Opera; Aalto Theater w Essen.
W sezonie 2024/2025 Gamzou objął kierownictwo muzyczne „Wolnego strzelca” w Hamburgu, „Salome” w Wiedniu i „Wellen” Elmara Lampsona w Bremen.
W repertuarze koncertowym występował m.in. z, Sinfonieorchester Bern, Orkiestrą Filharmonii w Bremen, Orchestra Sinfonica di Milano, Deutsche Kammerphilharmonie Bremen, Vienna Symphony, Norweską Orkiestrą Radiową, Deutsches Symphonie-Orchester w Berlinie, Deutsches Radio-Sinfonieorchester, Hamburg Symphony, Mozarteum Orchester Salzburg, Sinfonieorchester St. Gallen i Izraelską Orkiestrą Filharmoniczną. Gamzou jest także kompozytorem. (PAP)
akr/ aszw/