Helen Garner: w sądzie trwa wieczna walka między ludzką dzikością a strukturami prawnymi
W sądzie jestem całkowicie pochłonięta skomplikowaną historią – tą wieczną walką między ludzką dzikością a strukturami prawnymi, które stworzyliśmy, by próbować narzucić jej ramy rozsądku - powiedziała PAP Helen Garner, autorka reportażu sądowego „Woda była strasznie zimna”.
We wrześniu 2005 r. Robert Farquharson, wracając z trójką swoich kilkuletnich synów z obchodów Dnia Ojca, wjechał samochodem do przydrożnego zbiornika wodnego, na trasie między Geelong a Winchelsea na południu Australii. Mężczyzna zdołał się wydostać z auta, ale dzieci utonęły. Farquharson tłumaczył się policji, że dostał nagłego ataku kaszlu, po którym zemdlał i stracił panowanie nad pojazdem. Prokuratura postawiła mu jednak zarzut potrójnego zabójstwa. Farquharson został skazany w dwóch procesach (po apelacji był powtórny). Helen Garner śledziła trwające kilka lat rozprawy.
Reportaż „Woda była strasznie zimna” zdobył Nagrodę im. Neda Kelly’ego dla najlepszej książki true crime, a także nominacje do Nagrody Stella, Nagrody im. Colina Rodericka, nagrody literackiej przyznawanej przez australijską Radę Ministrów. Helen Garner stale pojawia się na liście kandydatów do literackiej Nagrody Nobla.
Polska Agencja Prasowa: Jaka była pani pierwsza myśl, gdy dowiedziała się pani o tym zdarzeniu?
Helen Garner: Zobaczyłam to w wiadomościach telewizyjnych: samochód wyciągany z ciemnej wody. W szoku spontanicznie wyszeptałam modlitwę: „Panie, spraw, żeby to był wypadek”. Dziś interpretuję to jako natychmiastowe przeczucie, że to właśnie mógł nie być wypadek – że ojciec tych małych chłopców mógł wjechać do wody celowo.
PAP: Czy pani odczucia zmieniały się wraz z upływem czasu?
H.G.: Tak, zmieniały się wielokrotnie w ciągu tych siedmiu lat, gdy śledziłam tę sprawę.
PAP: Kiedy po raz pierwszy zdała sobie pani sprawę, że ta zbrodnia i proces to tematy na reportaż?
H.G.: Myślę, że natychmiast rozpoznałam w tym wydarzeniu coś, o czym mogłabym napisać. To był jeden z momentów wstrząsu, których doświadczają pisarze – tak jakby z potencjalnej historii wystrzelona została strzała, która przebija skórę i wbija się prosto w serce.
PAP: Czy był konkretny moment, gdy opowieść konstruowana na bazie kryminalnego newsa stała się czymś więcej - rzeczą o moralnej ambiwalencji i o tym, jak w człowieku dobro walczy ze złem?
H.G.: Bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że proces Roberta Farquharsona nie będzie prosty, potrwa długo i przejdzie przez wiele etapów. A ta historia będzie zbyt obszerna na zwykłą notatkę prasową i prawdopodobnie skończy się na napisaniu książki. To oznaczało, że będę musiała przejść przez interesujące, ale i bolesne doświadczenia, próbując zrozumieć oskarżonego i tę potworną rzecz, o której dokonanie go obwiniano.
Wspomniała pani o ambiwalencji — tak, to dla mnie bardzo ważne, by nie pisać z wyniosłej, zdystansowanej perspektywy i nie próbować „mieć ostatniego słowa”. Właśnie dlatego napisałam tę książkę w pierwszej osobie: chciałam zabrać czytelnika na salę rozpraw, dzień po dniu, w miarę jak proces się rozwijał, a moje reakcje na zeznania świadków nieustannie się zmieniały.
PAP: Czym zatem było dla pani relacjonowanie tego procesu – obowiązkiem, misją, czy może w pewnym sensie „narkotykiem”, od krórego trudno się uwolnić?
H.G.: Dziwne pytanie. Dobre. Zdecydowanie był to narkotyk: kocham prawo i czuję do niego nieodparty pociąg. Fascynują mnie procesy i nigdy nie jestem bardziej szczęśliwa niż wtedy, gdy siedzę w sądzie, całkowicie pochłonięta skomplikowaną historią – tą wieczną walką między ludzką dzikością a strukturami prawnymi, które stworzyliśmy, by próbować narzucić jej ramy rozsądku.
Co do obowiązku: gdy już raz zobowiążę się do śledzenia takiej historii, czuję silną potrzebę dochowania jej wierności. By wytrwać w tym aż do samego końca, do momentu rozstrzygnięcia.
PAP: Czy w obliczu takiego zdarzenia – i takiego zła – zachowanie bezstronności i zimnej krwi jest w ogóle możliwe?
H.G.: Bardzo współczuję dziennikarzom prasowym, którzy każdego dnia muszą przygotować nową relację. Ja mogę milczeć, dopóki wszystko się nie skończy, i cierpliwie, szczegółowo wypracowywać swoją odpowiedź na to, co się stało. Nigdy nie czuję się bezstronna. Mam też trudności z zachowaniem zimnej krwi. Moje emocjonalne reakcje na sprawę Farquharsona, w miarę jak rozwijała się ona przez te kilka lat, były niezwykle silne. To stało się moją obsesją. Kiedy po dniu spędzonym w sądzie wracałam do domu, moi dwaj mali wnukowie podbiegali do mnie i wskakiwali mi na kolana, a ja czułam potworny, skryty lęk, że to, co usłyszałam tego dnia w sali rozpraw, w jakiś sposób ich skazi. Czułam, że ten temat całkowicie pochłania mnie emocjonalnie.
PAP: W jakim stopniu „Z zimną krwią” Trumana Capote’a było dla pani punktem odniesienia podczas pracy? Czy w trakcie pisania miała pani w pamięci jakieś inne reportaże?
H.G.: Czytałam „Z zimną krwią” wiele lat temu i ta książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Jednak większy wpływ miała na mnie nieżyjąca już Janet Malcolm – amerykańska autorka literatury faktu, którą podziwiam i kocham najbardziej. Mój egzemplarz jej wybitnej książki „The Journalist and the Murderer” (tłum. „Dziennikarz i morderca” - PAP) jest tak zniszczony, że trzyma się w całości tylko dzięki grubej gumce recepturce. Malcolm stosuje w pisaniu podejście psychoanalityczne, które uważam za cudownie wyzwalające.
PAP: Jaki jest zatem właściwy sposób relacjonowania podobnych zbrodni, szczególnie w czasach, gdy gatunek true crime cieszy się taką popularnością?
H.G.: Nie wiem, czy istnieje „właściwy” sposób – każdy pisarz musi wypracować metodę, która wydaje mu się słuszna. Nie czytam literatury true crime, więc nie wiem, czy mój sposób jest podobny do podejścia kogokolwiek innego.
PAP: Jakie to było uczucie – być naocznym świadkiem procesu? Czy postrzegała pani salę rozpraw jako scenę, a sąd, w pani oczach, jest metaforą całego świata?
H.G.: Nie wiem, czy to metafora, ale sądzę, że sąd jest sceną. Język naszych sądów jest dość teatralny: na przykład adwokat „występuje” lub „działa” w imieniu klienta i musi nosić określony strój formalny – togę, czasem perukę. Jest też sporo ukłonów.
I są dwie wersje historii, które toczą ze sobą walkę przed ławą przysięgłych jako publicznością. W naszych sądach urzędnik wstaje na początku każdej rozprawy i wygłasza uroczystą formułę, która zawsze mnie porusza: „Wszystkie osoby mające sprawę przed tym wysokim sądem, proszone są o uwagę; zostaniecie wysłuchane”.
PAP: Czy obserwowała pani również inne procesy? Czy chciałaby pani kiedykolwiek przejść przez takie doświadczenie raz jeszcze?
H.G.: Kilka lat przed reportażem „Woda była strasznie zimna”, wydałam książkę zatytułowaną „Joe Cinque’s Consolation” (tłum. „Pocieszenie dla Joe Cinque” - PAP). To była moja pierwsza pełnowymiarowa książka o procesie sądowym i wiele mnie nauczyła.
Pisałam też eseje do magazynów o innych sprawach, a w zeszłym roku, wraz z dwiema innymi autorkami – Sarah Krasnostein i Chloe Hooper – opublikowałam książkę „The Mushroom Tapes” (tłum. „Zapiski o grzybach” - PAP) o bardzo dziwnym przypadku rodzinnego otrucia.
Chciałabym pisać więcej, ale mam już 83 lata, nie słyszę zbyt dobrze, a sądy – jak powszechnie wiadomo – mają fatalną akustykę. Wątpię też, czy starczyłoby mi sił, by udźwignąć kolejny tak wielki i skomplikowany projekt, jak ten dotyczący Farquharsona. Nie wiem, czy dałabym radę brnąć w to dalej. Kocham tę pracę, ale jest ona bardzo trudna.
PAP: Jaki moralną i emocjonalną cenę przyszło pani zapłacić za opisanie tej historii i tak bliskie obserwowanie procesu?
H.G.: Ogromny smutek. I straszliwe współczucie. W niektóre dni wybiegałam z sądu prosto do najbliższego baru i wychylałam kieliszek wódki – byłam tak wstrząśnięta tym, co usłyszałam i zobaczyłam. Ale było warto, ze względu na to, czego dowiedziałam się o ludzkiej rozpaczy i cierpieniu. Zawsze uważam za wielki przywilej to, że mogę być świadkiem takich rzeczy i o nich pisać.
Rozmawiała Anna Kruszyńska
Helen Garner – australijska pisarka, scenarzystka i dziennikarka. Po ukończeniu University of Melbourne pracowała jako nauczycielka w szkole średniej. Zadebiutowała w 1977 r. powieścią „Monkey Grip”, zekranizowaną w 1982 r. Opublikowała ponad dwadzieścia książek, w tym reportaże, zbiory opowiadań i powieści, m.in. wydane w języku polskim „Małe preludia”. Laureatka wielu nagród: Australijskiej Nagrody Książkowej, Nagrody Literackiej miasta Melbourne, Nagrody Literackiej Windhama–Campbella i Nagrody Baillie Gifford.
Książkę Helen Garner „Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo” w tłumaczeniu Kai Gucio wydało Czarne. (PAP)
akr/ wj/