Opole 21.06.1984. XXI Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej. Nz. występ zespołu TSA, gitarzysta Stefan Machel (1L) i wokalista Marek Piekarczyk (2L). Fot. PAP/Wojciech Kryński
Roznosiła nas energia, to był nieustanny taniec, szał na scenie, który udzielał się publiczności. Nasza muzyka trafiała do ludzi, bo byliśmy tacy jak oni – powiedział PAP gitarzysta TSA Stefan Machel. Zespół w tym roku świętuje 45-lecie istnienia.
W 1981 r. ukazał się pierwszy singiel TSA, w tym samym roku zespół zadebiutował w Jarocinie. Kilkudziesięciominutowy koncert przeszedł do historii polskiej muzyki jako objawienie ówczesnych lat i wyniósł TSA na szczyty. Grupa ruszyła w trasę koncertową i przez kilka lat grała po 300 koncertów rocznie. 45 lat później jej występy wciąż są wydarzeniem, nawet dla młodszego pokolenia.
„Idąc jesienną aleją, szukam ciebie, mój przyjacielu. Odszedłeś, bo byłeś słaby jak suchy liść”. „Wierzyłem w coś, bez tego ciężko żyć. Marzyłem też, wolno było marzyć. Nie chciałem być tacy jak ci ludzie, co tylko biorą, nie dając nic”. „Ten gitarowy huk, jak ryk wściekłego lwa, to heavy metal rock! Niczym armatni strzał kiedyś obudzi cię”. Te frazy znają dziś i 50-60-latki, i nastolatki.
PAP: Zespół TSA jest uznawany za twórcę polskiego heavy metalu. Co ukształtowało was muzycznie?
Stefan Machel: Na samym początku graliśmy bluesa. Ponieważ byliśmy zespołem instrumentalnym, bez wokalisty, blues wychodził nam najłatwiej.
Ale, jak wiadomo, światem rządzą często przypadki. W 1980 r. pojechaliśmy na obóz szkoleniowy do Międzybrodzia Bialskiego koło Żywca zorganizowany przez którąś opolską instytucję. Tam mieliśmy próby w lokalnym domu kultury. W sali, w której graliśmy, mieliśmy magnetofon szpulowy z jedną taśmą. Były na niej nagrane dwie płyty AC/DC: „Highway to Hell” i „Back in Black”. To był dla nas moment przełomowy, zostaliśmy zapłodnieni tą mocniejszą muzyką.
"Teksty naszych utworów to było coś, czego ludzie pragnęli. Były słowa o wolności, o tym, jacy chcemy być – lepszymi czy gorszymi. To wszystko udawało się przekazać bardzo bezpośrednio i głośno."
Oczywiście słuchaliśmy wcześniej Black Sabbath czy Led Zeppelin, ale AC/DC pojawiło się w jakimś szczególnym dla nas momencie. Muszę dodać, że duże wrażenie zrobiła na nas płyta „British Steel” Judas Priest - to był podobny do nas skład, pięcioosobowy, na dwie gitary solowe. Jednak to AC/DC sprawili, że staliśmy się tym, kim jesteśmy.
PAP: Na początku lat 80. graliście chyba najwięcej koncertów spośród wszystkich polskich zespołów. Tłumnie przychodziła na nie młodzież. Co sprawiło, że byliście tak entuzjastycznie odbierani?
S.M.: Graliśmy po 300 koncertów w roku, dziś trudno to sobie wyobrazić. Nasza muzyka trafiała do ludzi, bo byliśmy tacy sami jak ci, którzy przychodzili na nasze koncerty. A reszta jakoś sama wyszła. Roznosiła nas energia, nie mogliśmy usiedzieć na miejscu, to był nieustanny taniec, szał na scenie, który udzielał się publiczności.
Teksty naszych utworów to było coś, czego ludzie pragnęli. Były słowa o wolności, o tym, jacy chcemy być – lepszymi czy gorszymi. To wszystko udawało się przekazać bardzo bezpośrednio i głośno.
PAP: W różnych konfiguracjach osobowych, czasami z nieco zmienioną nazwą, TSA gra do dziś. Jak byś porównał TSA z 1981 do tego dziś? Jak patrzysz na muzyczną drogę, którą przeszliście przez te 45 lat?
S.M.: Była długa i niełatwa, naznaczona wieloma konfliktami. Byliśmy młodzi i pełni energii, dziś jesteśmy o wiele bardziej dojrzali. To widać już na płycie „Proceder”, która powstała 21 lat temu. Już wtedy chcieliśmy udowodnić, że oprócz prostych riffów i szału scenicznego poszukujemy w muzyce czegoś więcej.
PAP: A jaką drogę przeszedł polski heavy metal?
S.M.: Teraz jest mnóstwo zespołów heavymetalowych. Ten styl rozwinął się w tak wielu kierunkach, że trudno je zliczyć i nazwać. Uważam, że to jest fantastyczne. Miła jest też świadomość, że to my go zapoczątkowaliśmy 45 lat temu.
Kiedyś zajrzałem na YouTube'a i znalazłem tam ogromną liczbę wykonań naszych piosenek przez innych artystów. Wiedziałem, że coś takiego jest robione, ale nie zdawałem sobie sprawy, że jest tego aż tyle. To pokazuje, jakim źródłem jest nasz dorobek twórczy.
PAP: Wasze teksty stały się symbolem pokolenia, m.in. „51”, „Alien”, „Trzy zapałki”, „Chodzą ludzie”, „Biała śmierć”, „Heavy metal świat”, „Maratończyk”... mógłbym jeszcze długo wymieniać.
S.M.: Na początku naszej drogi poznaliśmy Jacka Rzehaka, który był naszym menedżerem i pisał dla nas teksty. Przypominam sobie, że krytykowano nas za zbyt prosty przekaz w piosenkach, ale po latach okazało się to wielkim atutem naszych utworów. Jacek był literacko utalentowany i potrafił trafnie dopasować odpowiednie słowa do tego, co my wygrywaliśmy na gitarach.
Siłą naszych tekstów było prosty przekaz, zawierający się często dosłownie w kilku słowach. To jest, moim zdaniem, wielki atut i to spowodowało, że te teksty są aktualne do dziś.
PAP: Co robisz dziś poza grą w TSA? Wspominałeś, że tworzysz nową supergrupę?
S.M.: Ponieważ TSA z różnych powodów nie gra już zbyt wielu koncertów, zająłem się nowym projektem, który powstawał od dłuższego czasu. Z Tomkiem Olejnikiem (wokalistą Proletaryatu) stworzyliśmy kilkanaście piosenek, z tego wybraliśmy jedenaście i zarejestrowaliśmy je. Mamy zespół Kosmici, prawdziwą supergrupę, w której grają jeszcze Darek Butkiewicz (Armia) na basie i Marcin Papior (Piersi) na bębnach. Nagraliśmy album „Nie ma nas” wydany przez Mystic Production. Nasze teledyski można oglądać na YouTubie, a muzyki z całej płyty słuchać we wszystkich serwisach streamingowych. Szykujemy się też do koncertów.
PAP: A kiedy koncerty zagra TSA?
S.M.: Miejsca i daty nie są jeszcze ustalone. Każdy z członków zespołu ma swoje zobowiązania, Paweł Mąciwoda większość roku spędza ze Scorpions (jest gitarzystą basowym zespołu - PAP), Marek Piekarczyk prowadzi intensywną działalność solową i trudno jest zgrać wszystkich tak, aby w jednym czasie mogli się spotkać się i zagrać z TSA. Planujemy jednak kilka koncertów jesienią tego roku.
Rozmawiał Tomasz Szczerbicki (PAP)
szt/ miś/