Adam Królikiewicz na koniu Milord podczas zawodów hippicznych w warszawskich Łazienkach w czerwcu 1930 r. Fot. See page for author, Public domain, via Wikimedia Commons
Dla niego „tak” znaczyło „tak”, a „nie” to było „nie”! - wspomina dziadka Cezary Harasimowicz. 4 maja 1966 r., po kontuzji na filmowym planie „Popiołów”, zmarł Adam Królikiewicz; szwoleżer, pierwszy polski indywidualny medalista olimpijski, weteran obu wojen światowych i wojny polsko-bolszewickiej.
Półtora roku wcześniej w Bogusławicach pod Łodzią filmowano zwycięską szarżę polskich szwoleżerów w wąwozie wiodącym na przełęcz Somosierra.
„Malarski instynkt podsuwał Wajdzie wizję podobną do tej, którą na swym płótnie uchwycił Piotr Michałowski po słowach kapitana Niegolewskiego, że z szarży pamięta, iż była gęsta mgła i zaczął padać śnieg, a między tym wszystkim trzaskały granaty…” – napisał Piotr Korczyński w artykule pt. „Śmierć szwoleżera” („Polska Zbrojna”, 2024).
„Somosierra miała być »tylko« Somosierrą, owym widmowym błyskiem, galopem, samą szarżą. A co do braku kaskaderów, specjalistów, artystów efektownej śmierci – Wajda postanowił zaryzykować, postawić na ów łut szczęścia dotychczas »Popiołom« dopisujący” – zapisał w „Dziennikach »Popiołów«” („Film”, 1965) Andrzej Żuławski, drugi reżyser.
Andrzej Wajda zaangażował Adama Królikiewicza do „Popiołów” jako konsultanta i trenera jazdy konnej. Szarża pod Somosierrą była kręcona w ostatnich dniach zdjęć do filmu.
„I tu w pełni odezwała się w liczącym siedemdziesiąt lat Królikiewiczu jego kawaleryjska dusza. Postanowił wziąć udział w szarży jako statysta. Mimo wieku wciąż w siodle trzymał się pięknie, ale Wajda i reszta ekipy starali się odwieść majora od tego pomysłu, tłumacząc, że bardziej przydatny będzie, obserwując i opiniując realizację szarży z boku. Na próżno” – napisał Korczyński.
Upadek z konia okazał się tragiczny w skutkach. Ze złamanym kręgosłupem, sparaliżowany, Adam Królikiewicz umierał w konstancińskim szpitalu.
- Wezwał mnie i powiedział, że nie muszę mieć wcale piątek i czwórek w szkole, wystarczą trójki. Najważniejsze: żebym był dobrym człowiekiem i opiekował się mamą – mówi PAP Cezary Harasimowicz, wnuk Królikiewicza.
Harasimowicz miał wówczas 11 lat. - Zastępował mi ojca, rodzice byli rozwiedzeni. Był surowym, ale wspaniałym przyjacielem. Razem robiliśmy latawce, jeździliśmy na wakacje – wspomina. - Znał na pamięć całego „Pana Tadeusza”, potrafił zrobić wszystko. Bardzo chciałem mieć wtedy furażerkę. Uszył mi ją własnoręcznie, a ja, niewiele myśląc, przyczepiłem do niej czerwoną gwiazdę. Dostałem wtedy od niego taki wycisk, że chyba na zawsze będę już pamiętał to miejsce, gdzie należy mieć czerwoną gwiazdę – dodaje pisarz i scenarzysta. Wszyscy najbliżsi przyjaciele dziadka zginęli w Katyniu, o czym mi zresztą już wówczas opowiadał. Cudem uniknąwszy tego samego losu, do końca życia zastanawiał się, jak to było możliwe… To był człowiek z Kresów, dla którego „tak” znaczyło „tak”, a „nie” to było „nie” – podkreśla wnuk szwoleżera, który uwiecznił swego dziadka w książce pt. „Saga, czyli filiżanka, której nie ma” (2017).
Adam Łukasz Królikiewicz urodził się 9 grudnia 1894 roku we Lwowie, jako syn Karola i Julii z domu Brunarskiej - miał siedmiu braci i siostrę. „Nie urodziłem się »na koniu« ani nawet w jego bliskim sąsiedztwie. Dopiero w dwudziestym roku życia splot wojennych wydarzeń narzucił mi to najmilsze towarzystwo” – napisał Adam Królikiewicz w „Olimpijskiej szarży” (wspomnieniach spisanych na początku lat 60., a opublikowanych przez córkę Krystynę Królikiewicz-Harasimowicz w 1991 roku). „Konia spotykałem wtedy w dorożce lwowskiego fiakra bądź ciągnącego mniej lub więcej obładowane wozy. Pielęgnowane zaś wojskowe wierzchowce widywałem maszerujące pod siodłami austriackich ułanów, czeskich dragonów i węgierskich huzarów miłościwie wówczas panującego nad zagarniętą częścią Polski cesarza Franciszka Józefa” – dodał.
Po maturze zdanej w 1913 r. rozpoczął studia na Wydziale Elektrycznym Wyższej Szkoły Technicznej w Mittweidzie (Niemcy). Wybuch I wojny światowej zastał go podczas wakacji we Lwowie. 3 sierpnia 1914 r. wstąpił do I Brygady Legionów Polskich - najpierw do oddziału strzeleckiego, a potem konnego. „Tam po raz pierwszy wsiadł na konia i zapoznał się z jeździectwem, które stało się pasją jego życia” – czytamy w nocie biograficznej na stronie olimpijski.pl.
Ten „pierwszy raz” zdarzył się w dość niezwykłych okolicznościach – 13 sierpnia 1914 roku 19-letni Adam Królikiewicz znalazł się w okolicach Kielc pod rosyjskim ostrzałem. „W huku dział ognia ognia piechoty oraz regularnego terkotania karabinów maszynowych nieprzyjaciela, rozemocjonowany i ogłuszony własnymi strzałami, nie zauważyłem wycofujących się moich sąsiadów. Gdy po pewnym czasie stwierdziłem swoją samotność, wziąłem i ja nogi za pas. Zaniepokojony pobiegłem na wzgórze, gdzie zostawiliśmy nasze dwa taborowe wozy. Zastałem je pogruchotane granatami. Poszarpane, krwawe szczątki koni zrobiły na mnie wstrząsające wrażenie. Były to pierwsze ofiary wojny. Na ten widok prysł urok i czar romantycznej przygody. Rozejrzałem się dookoła za kimś ze swoich. Spóźniłem się, nikogo już tam nie było” - wspominał Królikiewicz.
„Czym prędzej zbiegłem ze wzgórza. Odkrytymi częściowo polami, w lęku, by się nie dostać do niewoli, dopadłem wreszcie lasu. Jakże zazdrościłem kolegom szybkiego odwrotu. Pod osłoną krzewów i drzew posuwałem się już nieco pewniej. W pewnej chwili usłyszałem bliskie rżenie konia. Sądząc, że to ktoś z naszych, uradowany rzuciłem się w tę stronę. O parę kroków ode mnie w krzakach coś się poruszyło. Stanąłem w bezruchu” - relacjonował.
„Naraz zjawił się przede mną samotny, w pełnym rynsztunku, najwidoczniej zbłąkany, najprawdziwszy kozacki koń. Ostrożnie zbliżyłem się ku niemu. Spokojnie dał się ująć za wodze. Jak Zagłobie spadła na głowę »zdobyczna« chorągiew, tak mnie opatrzność obdarzyła koniem – wybawcą. W ten przedziwny sposób tutaj właśnie objawiło się moje jeździeckie przeznaczenie” - napisał Królikiewicz. „Dzięki poczciwości konia, który pozwolił mi wdrapać się na swój grzbiet – znalazłem się w kulbace” – dodał. „Mój rumak, widząc wolną przed sobą przestrzeń, obudził się, nabrał wigoru, zaczął mną trząść, wreszcie, zdradliwie kołysząc, biegł już galopem do szosy. Raz po raz traciłem równowagę” - wspominał. „Moja pierwsza jazda zakończyła się nad wyraz szczęśliwie na chęcińskim rynku, na którego twardy bruk z kocich marmurowych łbów zwaliłem się jak worek u stóp zgrupowanych tam, zdumionych moim wyczynem kolegów” – podsumował swoje pierwsze kawaleryjskie doświadczenie.
Został „beliniakiem” – żołnierzem 1. Pułku Ułanów Legionów Polskich dowodzonym przez Władysława Belinę-Prażmowskiego. 31 marca 1917 r. ukończył z wynikiem dostatecznym kawaleryjski kurs oficerski. Po odzyskaniu niepodległości dostał przydział do 1. Pułku Szwoleżerów. Przeszedł kurs doszkalający w Szkole Oficerów Jazdy w Starej Wsi opodal Warszawy, zakończony konkursem jeździeckim, w którym zajął czwarte miejsce.
„Była to w moim życiu pierwsza tego rodzaju zorganizowana i sędziowana przez fachowców impreza sportowa. Startowałem w niej w towarzystwie groźnych współzawodników – dobrze zapowiadających się jeźdźców oraz koni dużo lepszych od mego poczciwego Jaśka” – wspominał Królikiewicz. „Niespodziewany dla mnie, a myślę, że również dla moich kolegów, wynik – czwartą nagrodę – zawdzięczam głównie Jaśkowi, który zwrócił mi uwagę na swe nowe, ukryte zdolności sportowe w skokach przez przeszkody” - dodał. „Tym bardziej było to zaskoczeniem, że podczas całego kursu instruktorzy nie rokowali mi absolutnie żadnych nadziei na jakiekolwiek osiągnięcia jeździeckie. Jeżeli czymkolwiek zwracałem ich uwagę, to chyba tylko rekordową ilością upadków” - ocenił.
Sukces pobudził ambicję szwoleżera. „Skoków przez przeszkody uczył się na własną rękę i w sposób niecodzienny. Mając takie możliwości, podglądał starszych kolegów, przygotowujących się do występu w igrzyskach olimpijskich w roku 1920 (na których, z powodu wojny polsko-bolszewickiej, naszej reprezentacji ostatecznie zabrakło). Potem brał Jaśka, swojego konia, i próbował robić z nim dokładnie to samo” – napisał Sebastian Warzecha w artykule „Od walki o niepodległość, po walkę o medal olimpijski. Życie Adama Królikiewicza” (weszło.pl, 2022). „Popełniał mnóstwo błędów, nie wiedział prawie nic o obchodzeniu się z koniem w trakcie zawodów i często wręcz zamęczał swojego wierzchowca. Ale ten mu to wybaczał i dalej z nim pracował, jakby na przekór kolegom Królikiewicza, którzy w możliwość osiągnięcia przez niego sukcesu po prostu nie wierzyli” - dodał Warzecha.
Wojnę polsko-bolszewicką Królikiewicz zakończył w stopniu porucznika, z Orderem Virtuti Militari V klasy – przyznanym oficjalnie 17 maja 1922 roku. „Męstwu uł. Królikiewicza zawdzięczać należy ocalenie plutonu. W ciągu całej swej służby bojowej uł. Królikiewicz wyróżniał się niesłabnącem nigdy poczuciem obowiązku, odwagą, poświęceniem, którego dowody składał niejednokrotnie” – napisano w uzasadnieniu odznaczenia.
W 1924 roku podczas Igrzysk Olimpijskich w Paryżu, na koniu Picador, zdobył brązowy medal w konkursie skoków.
„Rezultaty osiągnięte przez polskich kawalerzystów zadziwiły świat sportowy, bo cóż to za rzadki gość zatrzepotał na olimpijskim maszcie zwycięzców? Często widziano tam barwy amerykańskie, fińskie, angielskie, francuskie, włoskie. Co robi tu chorągiew biało-czerwona? To rotmistrz Królikiewicz nasze barwy narodowe umieścił na olimpijskim maszcie w Paryżu” – informowała ówczesna prasa. „Sprawozdawca nic jednak nic wspomina, że ogromny ten sukces zawdzięczamy w równej mierze Picadorowi” – skomentował tę relację po latach Królikiewicz. „Przynosząc mi tytuł drugiego wicemistrza i brązowy medal w skokach na olimpiadzie w Paryżu, Picador zakwalifikował się tym samym na trzeciego konia świata, a powinien być drugim. Przez niewybaczalne przeoczenie olimpijskiego jury Polska straciła wtedy srebrny medal… Świetnemu jeźdźcowi włoskiemu kapitanowi Lequio została podczas przebiegu na stadionie Colombes udzielona pomoc przez fotografa, który w pewnym momencie podtrzymał spadającego z konia Włocha, wsadzając go z powrotem w siodło. Według ówczesnych i obecnych przepisów udzielenie tego rodzaju pomocy wyłącza jeźdźca bezapelacyjnie z konkursu” – napisał.
W latach 1920-26 Królikiewicz 24 razy zdobywał pierwsze miejsca w konkursach międzynarodowych. „Zwyciężał nie tylko na torach włoskich, gdzie był najbardziej znany (Nicea, Rzym, Mediolan, Neapol), ale także w Nowym Jorku (1926), Lucernie (1924), Londynie i Aldershot (1925), a ponadto w Rydze, Tallinnie, Brukseli, Budapeszcie, Bukareszcie, Berlinie” – czytamy na stronie olimpijski.pl.
Od 1934 r. był komendantem Szkoły Jazdy Konnej i szefem Ekwitacji Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. „Zajmował się treningiem jeźdźców, przygotowywał skoczków do Igrzysk Olimpijskich w Berlinie 1936, prowadził ich w zawodach międzynarodowych” – napisał Witold Duński na stronie Polskiej Cyfrowej Biblioteki Jeździeckiej.
19 września 1939 r. został wraz z żoną i córką pojmany przez Sowietów. Po dwóch dniach udało im się uciec, trafili do Lwowa, schronili się u przyjaciół. W grudniu przedostali się przez San do Generalnego Gubernatorstwa – znaleźli się w Krakowie. Królikiewicz pracował jako robotnik i współdziałał z podziemiem. Później schronienie w swoim majątku Słupia w Kieleckiem zaoferował rodzinie przypadkowo spotkany Ludwik Byszewski, pasjonat jeździectwa.
Latem 1942 r. Królikiewicza aresztowało gestapo – został uwolniony wskutek interwencji prezesa Rady Głównej Opiekuńczej hrabiego Adama Ronikiera i niemieckich olimpijczyków. Po wojnie, w czasie stalinizmu, nie mógł znaleźć pracy. „Trochę próbował zarabiać w ubezpieczeniach, jednak najważniejszym zajęciem okazało się tkanie dywanów” – powiedział Cezary Harasimowicz Katarzynie Bielas („Wysokie Obcasy”, 2018).
W 1955 r. Królikiewicz był konsultantem do spraw jeździectwa przy filmie „Podhale w ogniu” w reżyserii Jana Batorego. W 1958 r. zagrał znachora w polskim „westernie” pt. „Rancho Texas” Wadima Berestowskiego.
„Dziadek był rozkochany w filmie, zatrudniano go jako konsultanta. Z powodu choroby babci nie mógł pracować przy »Krzyżakach«, miał o to pretensje do końca życia” – wspominał Harasimowicz.
W październiku 1956 r. reaktywowano Krakowski Klub Jazdy Konnej - Królikiewicz dostał pracę trenera.
W 1965 r. na zaproszenie Andrzeja Wajdy trafił na plan „Popiołów”. „Uczestniczył w przygotowywaniu kluczowych scen filmu – od ucieczki Rafała Olbromskiego przed wilkami po oblężenie Saragossy i bitwę pod Raszynem” – przypomniał Piotr Korczyński. A przy szarży pod Somosierrą odezwała się w szwoleżerze kawaleryjska dusza…
Sześć lat wcześniej Królikiewicz odmówił Wajdzie pomocy przy realizacji „Lotnej” - w filmie znalazła się scena szarży kawalerii polskiej na czołgi w 1939 roku. „To sytuacja nieprawdziwa, choć przeszła do legendy. Dziadek nie chciał brać w tym udziału, uważał, że to niegodne przedwojennego oficera” – wyjaśnił Cezary Harasimowicz.
Major Adam Królikiewicz został pochowany na krakowskim Cmentarzu Salwatorskim. Podczas pogrzebu za jego trumną poprowadzono osiodłanego konia.
Paweł Tomczyk (PAP)