Produkcja filmu "Lawa" w reżyserii Tadeusza Konwickiego. Artur Żmijewski i Tadeusz Konwicki. Fot. PAP/CAF - Witold Rozmysłowicz
Kontakt z twórczością Tadeusza Konwickiego nie może być nijaki, to jest zawsze starcie. Całe polskie kino wiele mu zawdzięcza – powiedział PAP historyk filmu i krytyk prof. Tadeusz Lubelski. W poniedziałek mija setna rocznica urodzin wybitnego artysty.
PAP: Na ile interdyscyplinarny pana zdaniem powinien być dobry reżyser?
Prof. Tadeusz Lubelski: Reżyser organizuje wyobraźnię widzów. Musi więc znać się na swoim społeczeństwie. Ale - inaczej niż na przykład dziennikarz, który powinien znać się trochę na wszystkim - dobry reżyser ma jakąś swoją specjalność. Skoro pan mówi o interdyscyplinarności, to w Polskiej Szkole Filmowej mieliśmy z czymś takim do czynienia. Gros największych reżyserów, z Andrzejem Wajdą, Jerzym Kawalerowiczem i Wojciechem Hasem na czele, związanych było z malarstwem.
Andrzejowi Munkowi bliska była muzyka. Słuchał, znał się na niej, z powodzeniem mógłby zostać krytykiem muzycznym. Z kolei Kazimierzowi Kutzowi i Tadeuszowi Konwickiemu bliższa była literatura. Konwicki reżyserem stał się w drugiej kolejności, przede wszystkim był pisarzem. I muszę powiedzieć, że ta jego podwójność, taka - jak to nazwałem kiedyś – „dwutworzywowość”, że ktoś jest wybitnym pisarzem i równocześnie wybitnym reżyserem, a jedno i drugie wyrasta z jednego twórczego pnia, to rzadkość w skali światowej.
PAP: Zaczynał bodaj od jeszcze czegoś innego – reportażu…
T.L.: To był incydent. Swoją twórczość zaczynał jednak od opowiadania. Reportaż to nie był jego gatunek. Jesienią 1945 roku Konwicki pojawił się w Krakowie i zaczął studiować polonistykę. Dzięki pomocy Wilhelma Macha - Konwicki nigdy mu jej nie zapomniał - dostał się pod skrzydła Karola Kuryluka, lewicowca, przedwojennego redaktora lwowskich „Sygnałów”, który objął redakcję nowo utworzonego tygodnika literackiego „Odrodzenia”. Konwicki został tam redaktorem technicznym, co dało mu możliwość otarcia się o towarzystwo literatów.
Liderem tego środowiska został Tadeusz Borowski, który właśnie zadebiutował znakomitymi opowiadaniami oświęcimskimi i założył czasopismo „Nurt”. W tej redakcji był także przyszły autor „Kolumbów” Roman Bratny – pisarz może nie wybitny, ale na pewno ważny. W czasie przypadkowego spotkania w stołówce Bratny odezwał się do Konwickiego: „A może byście, kolego, dali coś z prozy?”.
Zaskoczony Konwicki nie zdobył się na odmowę, choć dotąd żadnej prozy nie pisał. No a skoro słowo się rzekło, usiadł i przez weekend napisał swoje debiutanckie opowiadanie „Kapral Koziołek i ja”, które ukazało się we wspomnianym „Nurcie”. W tym opowiadaniu widać w zalążku całego przyszłego Konwickiego – życie w oddziale partyzanckim, wykonanie wyroku śmierci, młodzieńcze doświadczenia i marzenia o przyszłości. Toteż Konwicki zaczynał jako nowelista. Niedługo później napisał swoją pierwszą powieść „Rojsty”, zatrzymaną jednak przez cenzurę i opublikowaną dopiero w 1956 roku. Jego gatunkiem stała się powieść.
PAP: Poprzez którą wszedł do świata filmu.
T.L.: Poniekąd tak. Konwicki przede wszystkim był pisarzem, ale jednocześnie stał się także pełnoprawnym i wybitnym filmowcem. Jako literat w pewnym momencie doszedł do socrealizmu, czego nigdy się nie wypierał, choć później trudno było mu to u siebie zaakceptować. Chciał zacząć od nowa, od czegoś zupełnie innego. W międzyczasie znalazł się w środowisku filmowym, w którym czuł się bardzo dobrze, zaprzyjaźnił się z Jerzym Kawalerowiczem, kierownikiem artystycznym Zespołu Filmowego „Kadr”. Konwicki także tam trafił, jako kierownik literacki. W ten sposób udało mu się nakręcić „Ostatni dzień lata” (1958) i zadebiutować jako reżyser.
PAP: O „Kadr” jeszcze zapytam, ale jeśli już jesteśmy przy „Ostatnim dniu lata” – pisał pan, że wśród filmów zaliczanych zwyczajowo do Szkoły Polskiej był jeden jedyny, który słusznie uchodzi za utwór wobec Nowej Fali prekursorski - to właśnie „Ostatni dzień lata”, debiut filmowy Konwickiego. Czy zatem możemy powiedzieć, że Konwicki jako reżyser wyprzedził swoją epokę?
T.L.: Możemy tak powiedzieć, to jest właściwe określenie. Konwicki zaczął realizować „Ostatni dzień lata” w 1957 r., czyli dwa lata przed słynnym festiwalem w Cannes, kiedy to po ukazaniu się na nim dwóch wielkich, bardzo różnych filmów ogłoszono powstanie Nowej Fali. Mowa tu o filmie François Truffaut pod nieszczęśliwym, ale już przyjętym polskim tytułem „400 batów” i „Hiroshima, moja miłość” Alaina Resnais. Tak zaczęła się Nowa Fala.
„Ostatni dzień lata” to głęboki film o rozpoczęciu życia od nowa. To opowieść o poranionej przez doświadczenia ostatniej wojny parze bohaterów. Konwicki zrobił ten film w sposób, w jaki pisarz kontaktuje się ze swoim czytelnikiem, bardzo osobiście. To było niezwykłe i zarazem prekursorskie. Nie bez powodu dostał nagrodę na Festiwalu Filmowym w Wenecji.
PAP: Wracając do „Kadru”. Rola Konwickiego w rozwijaniu polskiego kina, kiedy był kierownikiem literackim w „Kadrze”, wydaje się nie do przecenienia.
T.L.: Jakiś czas temu wziąłem udział w konferencji o idei zespołów filmowych, podczas której przedstawiłem referat pt. „Tadeusz Konwicki jako kierownik literacki Zespołu Filmowego »Kadr«”. Biorący w niej udział Grzegorz Królikiewicz skomentował mój występ szyderczo, mówiąc, że wygłosiłem laurkę. Rzeczywiście wygłosiłem laurkę, bo Konwicki z funkcji kierownika literackiego wywiązywał się wzorowo i całe polskie kino wiele mu zawdzięcza.
Od roku 1956 do 1968, przez 12 lat istnienia Zespołu Filmowego „Kadr”, w którym powstały najważniejsze filmy Polskiej Szkoły Filmowej, kierownikiem literackim Zespołu był Konwicki. Stał się kimś w rodzaju organizatora twórczości filmowej. Ponieważ świetnie znał literaturę, jako wewnętrzny recenzent Iskier czytał powieści przed ich wydaniem i mógł tym samym odkrywać prozę dla filmowców.
Stąd wziął się m.in. „Kanał”. Konwicki, zaprzyjaźniony z Jerzym Stefanem Stawińskim, zachęcił go do napisania opowiadania o swoich przeżyciach z okresu Powstania Warszawskiego. Ostatecznie materiał trafił do Andrzeja Wajdy; wcześniej zaproponowano go Andrzejowi Munkowi, który jednak stwierdził, że nie da się tego zrobić, skoro nie da się filmować w kanałach. Wajda możliwość nakręcenia tego filmu zawdzięczał właśnie Konwickiemu.
Po latach Wajda powiedział mi, że Konwicki był dla nich wszystkich kimś w rodzaju guru, choć byli równolatkami. Stał się także literackim mentorem dla o kilka lat starszego Jerzego Kawalerowicza.
Przemysław Kaniecki odkrył, że wybitny film Kawalerowicza „Pociąg”, napisany wg scenariusza nieco już zapomnianego, ale niezłego dramaturga Jerzego Lutowskiego, w rzeczywistości został literacko przepracowany przez Konwickiego. Po latach zapytany przez Kanieckiego, czy to prawda, Konwicki potwierdził. Obecnie nie bardzo się o tym mówi, bo w czołówce nie ma jego nazwiska.
PAP: Muszę przyznać, że nie wiedziałem, ale jakoś mnie to nie zaskakuje.
T.L.: Prawda?
PAP: Jaki wpływ na jego twórczość miały pochodzenie i wojenne doświadczenia? Walka w szeregach AK, udział w akcji „Burza”, operacji „Ostra Brama”, walka z Sowietami…
T.L.: Konwicki pochodził z Wileńszczyzny, terenu określanego dzisiaj mianem Kresów północno-wschodnich, dziś niepoprawnym politycznie. Dla ludzi, którzy wychowali się tam i nie mogli później na nie wrócić, były to ziemie utracone. Wiem, co mówię, bo moi rodzice pochodzili ze Lwowa, byli bardzo związani z tamtymi terenami i ciężko przeżywali ich utratę. Konwicki urodził się pod Wilnem i to był jego świat, którego utrata głęboko w nim tkwiła.
Równie ważny dla ukształtowania jego osobowości był fakt, że jako 18-latek przystąpił do walczącej z Sowietami partyzantki. Po kilku miesiącach, w nowej rzeczywistości, stało się to bardzo niebezpiecznym elementem życiorysu. Czytając jego prozę, zwłaszcza „Sennik współczesny”, widać, jak trudne, z takim bagażem doświadczeń, było dla niego zaadaptowanie się do nowej rzeczywistości.
Moja ulubiona powieść Konwickiego – „Nic albo nic” - składa się z dwóch części. Najpierw przedstawia szczęśliwy okres życia, fazę wzajemnego rozumienia się ludzi i nadziei na całkowitą odmianę świata po wojnie. To właśnie czas walki w partyzantce. Bohater drugiej części, współczesnej, to człowiek, który nie wie, co robić ze swoim życiem, i błąka się po świecie. Proszę zwrócić uwagę – odwrotnie niż w biografii rzeczywistej. Najpierw przecież Konwicki przeżył trudny wojenny czas, z którego ledwo uszedł z życiem, potem zaś przyszła faza wspaniałego pisarza warszawskiego, reżysera, kierownika literackiego „Kadru”. Przeobrażone doświadczenie własnego życia to stały temat twórczości Konwickiego.
Właściwie każdy jego film o tym opowiada – metaforycznie „Ostatni dzień lata” i „Salto” (1965), najbardziej bezpośrednio – „Zaduszki” (1961), a w sposób najoryginalniejszy, szalony narracyjnie - mój ukochany film polski „Jak daleko stąd, jak blisko” (1971).
PAP: Uprzedził pan moje kolejne pytanie dotyczące Konwickiego jako autora kina bardzo osobistego i interpretatora cudzej literatury.
T.L.: Do filmów, które wymieniłem, trzeba dodać dwie adaptacje, czyli „Dolinę Issy” (1982) wg Czesława Miłosza i „Lawę” (1989) wg „Dziadów” Adama Mickiewicza. Nie są one tylko interpretacją cudzej literatury, one także zostały nakręcone przez Konwickiego w sposób bardzo osobisty, w pierwszej osobie.
PAP: Który z nich powinien obejrzeć dzisiejszy widz, by możliwie najpełniej zrozumieć Konwickiego?
T.L.: Uważam, że jego szczytem artystycznym był film „Jak daleko stąd, jak blisko”, a zaraz obok wcześniejsze „Salto”. Ten pierwszy Konwicki zrealizował zresztą bezpośrednio po napisaniu i wydaniu powieści „Nic albo nic”, której przeczytanie także zdecydowanie polecam. Niczego nie ujmując jego innym wybitnym dziełom. Jeżeli jednak ktoś chce się odnaleźć i zadomowić w świecie Tadeusza Konwickiego, to warto od nich zacząć.
PAP: Kiedy umawialiśmy się na wywiad powiedział pan, że Konwicki jest panu bardzo bliski, ważny.
T.L.: Tak, to mój ukochany artysta.
PAP: Dlaczego warto czytać i oglądać Konwickiego?
T.L.: Dlatego że w sposób niepowtarzalny artystycznie dzieli się z nami swoim doświadczeniem. Dzieli się, oddziałując na nas, swoich odbiorców, nie tylko psychicznie, czy jak się czasem górnolotnie mówi – duchowo, ale jednocześnie także fizycznie. Rozmaicie się takie oddziaływanie określa – od delikatnych „motyli w brzuchu”, po brutalne „wywalanie bebechów”, zawsze wiąże się to z gorączką. Kontakt z twórczością Konwickiego nie może być nijaki, to jest zawsze starcie.
Rozmawiał Mateusz Wyderka (PAP)
mwd/ miś/