Edward Dwurnik w swojej pracowni. W tle obraz artysty pt. Jestem prezydentem, olej płótno, obraz powstawał od 18 czerwca do 30 lipca 1990 r. Fot. PAP/Andrzej Rybczyński
Dwurnik malował polską zwyczajność, często wstydliwą, czy nawet ordynarną. Mówił, że obrazami wystawił rodakom pomnik, i sobie też przy okazji - powiedziała PAP Małgorzata Czyńska, autorka książki „Dwurnik. Robotnik sztuki”. Od piątku można oglądać jego prace na wystawie „Edward Dwurnik. Duma i wstyd” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.
Wystawa „Edward Dwurnik. Duma i wstyd” prezentuje prace malarza od początku lat 70. do lat 90. Jej tytuł odnosi się do dwóch emocji, które można odnaleźć w malarstwie artysty. Edward Dwurnik uważał się za malarza społecznie zaangażowanego, którego interesowała wspólnota i bycie jej częścią, co starał się oddać w swoim malarstwie. W jego obrazach często pojawiają się sceny grupowe, będące portretem społeczeństwa, artysta nawiązuje w nich nieraz do malarstwa historycznego, na przykład Jana Matejki. W cyklach takich, jak m.in. „Sportowcy” z odrębnych indywidualnych scen tworzy szeroką panoramę społeczeństwa. W cyklu „Robotnicy” pokazał zbiorową tragedię lat 80., jaką był stan wojenny i społeczna polaryzacja. Oprócz retrospektywy, wystawa podejmuje temat doświadczenia awansu społecznego i głębokich przemian klasowych, które kształtowały Polskę w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat.
Na ekspozycji znajdują się także rzeźbo-obrazy Edwarda Dwurnika, nigdy wcześniej niepokazywane w Polsce. To sześć dużych rozmiarów, męskich głów, wykonanych z metalowej siatki i oklejonych płótnem, a następnie pomalowanych przez artystę. Jak powiedziała PAP Pola Dwurnik, córka malarza i prezeska Fundacji Edwarda Dwurnika, stworzył je na rezydencji artystycznej w Niemczech Zachodnich w 1984 roku, jako rodzaj „wyjścia” z obrazu w świat trójwymiarowy. Nie przedstawiają konkretnych osób. To portrety emocjonalne ludzi, którzy przeżywają znój, czy trud, wizerunki ciężkiego życia, frustracji, złości, gniewu, pijaństwa, zmęczenia i smutku.
Polska Agencja Prasowa: Widziała pani przedpremierowo ekspozycję w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Jak ją pani ocenia, jakie wywołała u pani emocje?
Małgorzata Czyńska: Dla mnie to emocjonalne szarpnięcie. Jestem tą wystawą bardzo poruszona. Być może w grę wchodzą dodatkowe emocje, bo dobrze znałam Edwarda. Spędziliśmy razem miesiące przygotowując książkę „Dwurnik. Robotnik sztuki”. Dla mnie prace prezentowane w MSN-e mają głęboko biograficzny rys. Wystawa skupia się na cyklach „Sportowcy” i „Robotnicy”, w których Dwurnik pokazywał życie w Polsce, nastroje, a więc też swoje życie i swoje nastroje. Mówił, że karmił się otoczeniem – peerelowską mizerią, niedolą i krzywdą. Opowiadał o tym tak: „Malowałem ich życie codzienne – jak rano wstawali, jechali do pracy, po pracy stali pod budką z piwem, jak się namawiali, kombinowali, stali w kolejce po salceson, jedli salceson, zakochiwali się, randkowali, pchali wózki z dziećmi, chcieli kupić pralkę czy auto…”. Malował tę zwyczajność, często wstydliwą, czy nawet ordynarną. Mówił, że obrazami wystawił rodakom pomnik, i sobie też przy okazji. „Propagandy w tym nigdy nie było, wszystko było do bólu szczere, tutejsze – podsumował - Stąd wyrasta mój bohater”. Wystawa „Duma i wstyd” doskonale pokazuje, skąd wyrastają malarz i jego bohater.
PAP: Dlaczego malował takich ludzi?
M.C.: W podaniu o stypendium w 1968 roku napisał: „Mieszkam w Międzylesiu, dojeżdżam do Akademii (Sztuk Pięknych - PAP) około godziny, obcuję z ludźmi dojeżdżającymi do pracy, jeżdżę po małych miasteczkach, interesują mnie przeciętni Polacy, uważam, że oni nie są przeciętni, ponieważ oni mnie wychowali, uważam, że znam ich sprawy, ubiór, zwyczaje, przekonania, żargon – kocham ich i mam radość wystawić im pomnik swoim malarstwem”. Malował to, co znał, co było jego. W tym jest wielka siła malarstwa Dwurnika.
Pochodził z prostej rodziny, chłopsko–robotniczej. Był pierwszą osobą z wyższym wykształceniem w rodzinie. Więc mamy tu szereg emocji i zjawisk, jak klasowy wstyd i awans społeczny. W książce „Dwurnik. Robotnik sztuki” jest zapis opowieści Edwarda o rodzinie, o dorastaniu w podwarszawskich miejscowościach, jest cała galeria postaci, opisów rozrywek, jak bójki i picie taniego wina. Powtarzał, że gdyby nie ten jego pęd do malowania, rysowania, to w tym środowisku pewnie by się zmarnował. Bliskim podobało się, może nawet imponowało, że Edek tak ładnie rysuje, więc miał przyzwolenie na naukę w tym kierunku. Ale z liceum plastycznego szybko wyleciał za bójki. Potem była trochę farsowa edukacja w liceum dla pracujących, gdzie znowu mógłby przepaść, ale pęd do malarstwa sprawił, że przygotowywał się do egzaminu do Akademii Sztuk Pięknych.
„Malowałem ich życie codzienne – jak rano wstawali, jechali do pracy, po pracy stali pod budką z piwem, jak się namawiali, kombinowali, stali w kolejce po salceson, jedli salceson, zakochiwali się, randkowali, pchali wózki z dziećmi, chcieli kupić pralkę czy auto…”.
Do egzaminu przystąpił w wielkim stresie, bo miał już wtedy przydział do wojska. Na szczęście zdał. W czasie studiów i potem obracał się w kręgu towarzyskim awangardowych artystów z pracowni Oskara Hansena, którzy wybierali sztukę konceptualną, performans czy nowe media. Byli wśród nich Teresa Gierzyńska, Zofia Kulik, Przemysław Kwiek. Edward świadomie pozostał przy malarstwie figuratywnym, przy tradycyjnym opowiadaniu. Widzę w tej wystawie szansę na nowe odczytanie Dwurnika, z tym prospołecznym rysem. Bo on był uważnym obserwatorem. We wspomnianym stypendium deklarował: „Nie tworzę legendy, jestem obiektywnym twardym realistą. Wielu ludzi rozpozna siebie w moich obrazach przy codziennej pracy, wypoczynku, zabawie, brudzie”.
PAP: Jak wyglądało życie artystyczne Edwarda Dwurnika? Był artystą uznanym, już za życia, sprzedawał obrazy, bywał na salonach.
M.C.: Żył z malarstwa i żył malarstwem. Szybko zaczął sprzedawać obrazy, ale wielki sukces finansowy i zainteresowanie mediów, to pewnie kwestia ostatnich dwudziestu lat życia Dwurnika. Wtedy stał się artystą celebrytą. Potrafił zresztą wspaniale grać tę rolę pod publiczkę. To w dużej mierze zaważyło na jego wizerunku, który często przysłaniał fakt, że to był bardzo wrażliwy człowiek, wybitny artysta.
PAP: Wydawać by się mogło, że jego obrazy mają propagandowy wydźwięk.
M.C.: Dwurnik reagował na rzeczywistość, był genialnym komentatorem. Ale nie są to prostu obrazki z życia w PRL-u, podczas stanu wojennego czy w epoce transformacji. Dla mnie ważne są tu emocje Dwurnika, dlatego zachęcam do poczytania jego wspomnień i refleksji również nad własnymi wyborami, postawą.
PAP: Jak można zdekodować tytułową dumę i wstyd? Wydaje się, że te emocje się wykluczają.
M.C.: My, Polacy mamy je w sobie. Dlatego obrazy Dwurnika nie tracą na aktualności, a wybrzmiewają na nowo w kontekście zwrotu ludowego, który nastąpił w ciągu ostatnich kilku lat w kulturze polskiej, m.in. za sprawą takich książek jak „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak. Zrobiliśmy jako społeczeństwo wielki coming out. Mówimy otwarcie o pochodzeniu. Przez długie lata dla wielu był to temat tabu. Rówieśnicy Edwarda Dwurnika, zdobywszy wykształcenie, zaliczywszy społeczny awans, często chcieli zapomnieć o korzeniach, wejść do nowej, „lepszej” klasy społecznej, jakby byli czystą kartą, a on jeszcze w swoich obrazach o tym awansie społecznym opowiadał i o korzeniach. Jego obrazy poruszają zagadnienia klasowości, ludowości, są reakcją na zmieniające się czasy i okoliczności życia w Polsce. Mówił o sobie, że jest lokalnym malarzem.
PAP: Najpierw był wstyd, teraz jest duma?
M.C.: Można to tak podsumować.
PAP: Co łączyło Dwurnika z Nikiforem?
M.C.: Miłość i zachwyt malarstwem Nikifora towarzyszyły mu od czasu studiów. Nikifor to jeden z jego mistrzów. Dużo wziął z jego widzenia i malowania.
PAP: Kopiował Nikifora czy się nim inspirował?
M.C.: Był nim głęboko zainspirowany. W późnych latach pozwalał sobie na artystyczną zabawę - kupował podróby prac Nikifora i domalowywał na nich swoje historie.
PAP: Co jest jego znakiem rozpoznawczym, pierwiastkiem, którego nie można pomylić z twórczością żadnego innego artysty?
M.C.: Dla mnie Dwurnik to wielki indywidualista, nie do pomylenia.
PAP: Wśród obrazów na wystawie wyróżniają się tulipany. To raczej odległa tematyka, od tego, o czym pani mówiła.
M.C.: Ta wystawa skupia się na „Sportowcach” i „Robotnikach”, ale Edward podejmował różne tematy, malował w ramach wielu serii, bo lubił malować właśnie cyklami. Jako bardzo dojrzały człowiek doszedł nawet do abstrakcji, choć długo się zażegnywała, że abstrakcji nie ruszy, że jest skazany na swojego bohatera. Tulipany, które w MSN-ie zamykają wystawę, pokazują właśnie moment odejścia Dwurnika od tego bohatera, od historii Polski, zanurzenia się w czystą przyjemność, zabawę. Podejmował potem ten motyw wielokrotnie, aż stał się mocno rozpoznawalny. Publiczność pokochała tulipany Dwurnika.
Rozmawiała Zuzanna Piwek
Wystawę „Edward Dwurnik. Duma i wstyd” można oglądać od 31 lipca br. do 28 lutego 2027 r. w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. (PAP)
zzp/ aszw/