Zdjęcie archiwalne zaprezentowane w trakcie uroczystych obchodów 83. rocznicy wybuchu II wojny światowej na rynku we Frampolu. Fot. PAP/Wojtek Jargiło
13 września 1939 r. samoloty Luftwaffe zbombardowały Frampol. Do dziś trwa spór o to, dlaczego właśnie ta niewielka miejscowość znalazła się na niemieckim celowniku.
Frampol leży na południu Lubelszczyzny, około 20 km na wschód od Janowa Lubelskiego i kilkanaście kilometrów na północ od Biłgoraja. W 1939 r. formalnie nie był miastem – prawa miejskie utracił w 1869 r. i odzyskał dopiero w 1993 r. Liczył ponad trzy tysiące mieszkańców, niemal połowę stanowili Żydzi. Nie było tu obiektów wojskowych ani linii kolejowej. Charakterystyczny był natomiast układ miejscowości. W centrum znajdował się rozległy, niemal kwadratowy rynek, od którego odchodziły regularnie wytyczone ulice. Zabudowa była w większości niska i drewniana.
We wrześniu 1939 r. wojna szybko dotarła także tutaj. 9 września niemiecki samolot rozpoznawczy sfotografował Frampol z powietrza. Miejscowość była też wcześniej atakowana przez niemieckie lotnictwo, dlatego mieszkańcy zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Część z nich opuszczała zabudowania i chroniła się w ziemnych schronach na obrzeżach Frampola. Młodzi mieszkańcy pełnili dyżury w punkcie obserwacyjnym; umówiony sygnał trąbki ostrzegał straż pożarną, która alarmowała ludność.
13 września około godz. 15.30 z punktu obserwacyjnego ponownie rozległ się sygnał trąbki. Wkrótce nad Frampolem pojawiły się niemieckie bombowce. Tomasz Panfil z Instytutu Pamięci Narodowej podaje, że było ich od dziewięciu do dwunastu i prawdopodobnie były to maszyny typu Heinkel He 111. Jerzy Czerwiński, jeden z dyżurnych punktu obserwacyjnego i świadek nalotu, wspominał: „Zobaczyliśmy je wszystkie, w takim samym szyku czterech trójek, tylko jakoś lecące niżej i szerzej między sobą rozstawione”.
Nalot trwał kilka minut. Według Panfila zrzucono około 20 bomb burzących i zapalających. Jedna z pierwszych trafiła w wieżę kościoła. Drewniana zabudowa szybko zajęła się ogniem.
Skalę zniszczeń oceniano później różnie – w zależności od opracowania na około 60-90 proc. zabudowy. Jeszcze przed wkroczeniem Wehrmachtu miejscowe władze sporządziły ewidencję strat, w której szkody zgłosiło ponad 170 mieszkańców. W większości przetrwały budynki murowane – kościół, szkoła i nieliczne kamienice. Ocalała też wschodnia pierzeja rynku.
Ofiar było stosunkowo niewiele, choć także ich liczba różni się w opracowaniach. Panfil podaje, że zginęło prawdopodobnie sześć osób, w tym dwóch żołnierzy. Inne opracowanie IPN mówi o czterech zabitych mieszkańcach i czterech żołnierzach. Ryszard Jasiński, regionalista i autor książki „Frampol i okolice”, szacował liczbę zabitych na nie więcej niż dziesięć osób.
Pięć dni po bombardowaniu, 18 września, Niemcy ponownie sfotografowali Frampol z powietrza. Zdjęcia wykonane 9 i 18 września pozwalały porównać wygląd miejscowości przed głównym nalotem i po nim. Zdaniem Panfila drugie zdjęcie mogło służyć analizie efektów ataku, skali zniszczeń i skuteczności zastosowanej metody bombardowania.
Po wojnie te fotografie stały się jednym z argumentów na rzecz tezy, że Frampol posłużył Luftwaffe jako poligon doświadczalny. Niemiecki pisarz Wolfgang Schreyer w książce „Augen am Himmel. Eine Piratenchronik”, wydanej po polsku w 1970 r. jako „Oczy na niebie. Kronika piractwa”, pisał: „Frampol został wybrany jako eksperymentalny obiekt, ponieważ bombowce, latające przy małej prędkości, nie były zagrożone przez ogień przeciwlotniczy”. Według tej interpretacji regularny plan miejscowości ułatwiał pilotom orientację, a później ocenę skuteczności bombardowania. Frampol nie miał też obrony przeciwlotniczej. Podobne wyjaśnienie przedstawił brytyjski historyk Norman Davies w książce „Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo”.
Nie jest to jednak jedyna interpretacja nalotu z 13 września. Tego dnia przez Frampol prowadził ważny szlak transportowy polskich wojsk, a w miejscowości znajdowały się pojedyncze pododdziały oraz tabory 6. Dywizji Piechoty Armii „Kraków”. Chorąży Franciszek Furman z 16. pułku piechoty wspominał: „Spowodowało to zarówno nasze straty, jak i wielki pożar w miejscowości Frampol, co znacznie opóźniło dalszy marsz”. Nalot mógł więc służyć spowolnieniu polskich oddziałów i dezorganizacji ich ruchu.
Oba wyjaśnienia nie muszą się zresztą wykluczać. Obecność polskich wojsk i taborów dawała Niemcom cel wojskowy, a regularny układ Frampola oraz brak obrony przeciwlotniczej mogły jednocześnie sprzyjać sprawdzaniu skuteczności bombardowania. Jeśli nalot rzeczywiście miał również charakter doświadczalny, mógł służyć ocenie celności zrzutu oraz skutków użycia bomb burzących i zapalających.
Nalot trzeba też widzieć w kontekście obowiązującego wówczas prawa wojennego. Artykuł 25 regulaminu do IV konwencji haskiej z 1907 r. zakazywał atakowania lub bombardowania niebronionych miast, wsi, domów mieszkalnych i budowli. Obecność polskich żołnierzy i taborów sprawia jednak, że ocena statusu Frampola w świetle tego przepisu nie jest jednoznaczna. Niemcy deklarowali przy tym, że będą przestrzegać prawa międzynarodowego. W odezwie wydanej 1 września 1939 r. naczelny dowódca niemieckich wojsk lądowych Walther von Brauchitsch zapewniał: „Siły zbrojne nie widzą w ludności cywilnej swego wroga, wszystkie postanowienia prawa międzynarodowego będą szanowane”.
Jednym z patronów frampolskiego kościoła, którego wieżę trafiła bomba, jest św. Jan Nepomucen. Według tradycji czeski duchowny poniósł śmierć, ponieważ odmówił ujawnienia tego, co usłyszał podczas spowiedzi. Dlatego stał się symbolem dyskrecji i wierności sekretowi spowiedzi. W przypadku Frampola nabiera to przewrotnego znaczenia. Do dziś nie ma pewności, czy dowództwo Luftwaffe potraktował miejscowość przede wszystkim jako cel wojskowy, jako obiekt doświadczalny, czy wykorzystało obie okoliczności. Frampola przed zniszczeniem Nepomucen nie uchronił, ale tajemnicy dochował. (PAP)
Marta Panas-Goworska
Mpg/