Szczyt K2, drugi najwyższy szczyt na świecie (8611 m n.p.m.), uchodzący za jeden z najtrudniejszych do zdobycia ośmiotysięczników. Fot. PAP/EPA
40 lat temu - 3 sierpnia 1986 roku - Przemysław Piasecki, Wojciech Wróż i Słowak Peter Bożik zdobyli drugi co do wysokości ośmiotysięcznik globu K2 (8611 m) w Karakorum drogą „Magic Line”, bez użycia tlenu i częściowo w stylu alpejskim. Do tej pory wyczyn tej trójki został powtórzony tylko raz.
W nocnym zejściu, mimo korzystania z lin poręczowych założonych na klasycznej drodze Żebrem Abruzzów przez wspinających się tam wcześniej Austriaków, zginął Wróż.
Wyprawa wytyczyła nową drogę na południowo-zachodnim filarze K2, ekstremalnie trudną, która była kolejnym polskim wkładem w rozwój i historię światowego himalaizmu. Do tej pory powtórzył ją tylko w 2004 roku zespół z Katalonii.
- Nie przewiduję żadnego świętowania, ale oczywiście wyprawa pozostała w mojej pamięci. Patrząc z perspektywy czasu, była to najtrudniejsza ekspedycja, w której uczestniczyłem. Droga „Magic Line” okazała się bardzo wymagająca. Duże trudności techniczne, głównie skalne, pokonywaliśmy aż do wysokości 8500 m. Nie bez znaczenia był fakt, że stanowiliśmy niewielką, siedmioosobową wyprawę. Pierwsze w historii przejście „Magic Line” byłoby wielkim sukcesem, gdyby nie śmierć Wojtka - powiedział PAP Piasecki.
Kierownikiem ekspedycji był Janusz Majer, który należał w latach 70. i 80. ubiegłego stulecia do czołówki polskich wspinaczy. Dokonał - razem z Tadeuszem Karolczakiem i Ryszardem Pawłowskim - pierwszego polskiego przejścia ponadkilometrowej drogi na „El Capitan” w Yosemite w Kalifornii w 1980 r.
W kameralnej ekspedycji na K2 brały udział także trzy czołowe himalaistki: Anna Czerwińska, Krystyna Palmowska i Dobrosława Miodowicz-Wolf. Ta ostatnia uznała, że wyznaczona linia jest zbyt trudna i postanowiła zdobyć szczyt normalną drogą. Zginęła na niej z wyczerpania, przy załamaniu pogody, 10 sierpnia. Próba odnalezienia jej przez Austriaka Michaela Messnera i Piaseckiego, który jeszcze nie odpoczął na dobre w bazie po ataku szczytowym, zakończyła się niepowodzeniem na wysokości 7100 m. Dopiero po roku na jej ciało natrafiła wyprawa japońska na wysokości 7150 m, czyli bardzo blisko miejsca, do którego dotarł polsko-austriacki zespół ratowniczy.
Lato 1986 było pod K2 tragiczne. W okresie od 21 czerwca do 10 sierpnia zginęło 13 osób. Poza Miodowicz-Wolf, życie stracił inny polski znakomity wspinacz - Tadeusz Piotrowski, który stanął na wierzchołku z Jerzym Kukuczką 10 lipca i w tym dniu, podczas zejścia spadł w przepaść. Z kolei wcześniej - 23 czerwca - K2 zdobyła, jako uczestniczka francusko-polskiej ekspedycji, Wanda Rutkiewicz i uczyniła to jako pierwsza osoba z Polski.
- Nie patrzę na wszystkie wypadki tamtego lata jak na jakieś fatum. Było ich wtedy, niestety, dużo, ale przyczyna każdego była inna: nieprzygotowanie, brak aklimatyzacji, załamanie pogody, ktoś przeliczył swoje siły. Inna śmierć to przypadek - tragarz wyprawy koreańskiej został trafiony spadającym kamieniem - tłumaczył Piasecki.
Jak przyznał, tak naprawdę nie wie, co stało się z pochodzącym z Poznania, tak jak on, doświadczonym Wróżem.
- Schodziliśmy nocą, korzystając z poręczowych lin założonych przez Austriaków na drodze klasycznej. Teoretycznie nic nie powinno się wydarzyć. Poruszaliśmy się w odległości około 40 metrów od siebie. Wojtek zniknął gdzieś pod serakiem, na wysokości ok. 8200 m. Nie mogę i nie chcę spekulować, co się stało. Spadł w przepaść, nie odnaleźliśmy jego ciała - powiedział.
Piaseckiemu i Bożikowi, mimo tragicznego wypadku, zmęczenia i potężnej burzy śnieżnej, udało się bezpieczne zejść do bazy.
Drugi zespół, jak napisał Majer w książce „Góry w cieniu życia”, gdy dowiedział się o zaginięciu kolegi, postanowił, po dwóch nocach spędzonych powyżej 8000 m, że nie będzie kontynuować wspinaczki.
- I to nas uratowało, bo następnego dnia nadciągnęła potężna burza. Odwrót okazał się drogą przez mękę. Wciąż mam ciarki na to wspomnienie - zaznaczył Majer.
Pochodzący z Poznania Piasecki przypomniał decydujące momenty ataku szczytowego, który zakończył się zdobyciem K2 nową drogą 3 sierpnia.
- W ataku szczytowym od 7400 m działaliśmy w stylu alpejskim w dwóch zespołach - prowadząca trójka: Piasecki, Wróż i Bożik oraz Palmowska, Czerwińska i Majer (doszli do 8100 m - PAP) jako zespół wspierający. Postanowiliśmy biwakować w ścianie, bez zakładania kolejnych obozów. To zdecydowało o zdobyciu K2. Gdybyśmy działali klasycznie, mogłoby zabraknąć czasu i pogody. Tak jak większość zespołów nie dysponowaliśmy wówczas żadnymi informacjami pogodowymi. Po prostu patrzyliśmy w niebo i wspinaliśmy się albo nie - podkreślił.
Uczestnik wielu zimowych przejść w Tatrach, Alpach i Himalajach, zdobywca (z Leszkiem Cichym) filara południowego Yalung Kang, członek jesiennej wyprawy na południową ścianę Lhotse w 1989 r., na której zginął Kukuczka, podkreślił wielką determinację całego zespołu na K2.
- Byliśmy zdeterminowani jak... każda polska wyprawa w tamtym czasie, która na „himalajskie trudności” napotykała już na poziomie nizin, czyli organizacji i finansowania ekspedycji realizowanych w PRL-u. Mieliśmy świadomość, że to może być nasz jedyny i ostatni wyjazd, nie tylko pod K2, ale w ogóle w góry wysokie. Zresztą pod K2 nigdy już nie pojechałem. Pamiętam, jak występowaliśmy kiedyś o zgodę na wylot do USA, na wspinanie się w Yosemite w Kalifornii. Dostaliśmy odpowiedź od sekretarza PZPR w Poznaniu, że w Polsce też są góry i nie ma potrzeby lecieć do Stanów Zjednoczonych. Takie realia wpływały na naszą determinację i stanowiły solidną motywację sportową - zauważył.
Piasecki, który w 1986 roku był także zimą na wyprawie na Kanczendzongę (na szczycie stanęli Kukuczka i Krzysztof Wielicki), i wycofał się z akcji szczytowej na wysokości 7900 m, by ratować Andrzeja Czoka, który ostatecznie zmarł na obrzęk płuc, podkreślił, że polscy alpiniści nauczyli się korzystać z możliwości, jakie nieopatrznie stwarzał system w PRL.
- To była np. możliwość pracy zarobkowej studentów. W zamyśle dotyczyło to wykonywania prostych prac, a szybko zostało wykorzystane przez nas - środowisko wspinaczy, do prac wysokościowych z użyciem technik alpinistycznych. Wielu z nas, mimo ukończonych studiów wyższych, porzucało nisko płatną pracę w wyuczonym zawodzie na rzecz pracy na wysokościach przy klubach wspinaczkowych czy specjalnie zakładanych spółdzielniach. Żeby wyjechać w góry, trzeba było wykazać się dużą przedsiębiorczością, a nie tylko umiejętnością wspinania. Władza, żądna jakichkolwiek sukcesów, zazwyczaj nie blokowała wyjazdów w góry najwyższe, choć zdarzało się i tak jak z Yosemite. Wsparcie było niewielkie - dotacje ministerstwa dla PZA były śmiesznie niskie w porównaniu do innych dyscyplin sportu. Odnosiliśmy jednak światowe sukcesy, pisano o nas w zachodniej prasie... - dodał.
Zdobywca najtrudniejszego technicznie ośmiotysięcznika docenia wysiłek włożony w sukces wyprawy przez Czerwińską, Palmowską i Miodowicz-Wolf. Alpinistki uznały, że trudności „Magic Line” przekraczają ich możliwości i wybrały rolę zespołu wspierającego.
- Gdy dotarliśmy do bazy i dziewczyny oceniły drogę, a potem weszły na przełęcz Negrotto na ponad 6300 m, stwierdziły, że wezmą na siebie rolę zespołu wspierającego, którego zadaniem było dostarczanie brakujących lin poręczowych i wyposażenia obozów. Nasz zespół męski, wspinający się szybciej, miał wytyczać drogę i ubezpieczać ją linami poręczowymi. Zespół żeński wypełniał niełatwe zadanie w miarę swoich możliwości, ale z pełnym poświęceniem. Wniósł znaczny wkład w sukces wyprawy - podkreślił himalaista.
Olga Miriam Przybyłowicz (PAP)
olga/ sab/ pp/ cegl/