Aktorka, Isabella Rossellini znana m.in. z filmów "Dzikość serca" czy "Blue Velvet" podczas wizyty w Polsce, 2002 r. Fot. PAP Jacek Turczyk
40 lat temu, 30 sierpnia 1986 r., na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Montrealu premierę miał „Blue Velvet” w reżyserii Davida Lyncha. „Anomalia”, „szaleństwo ukryte w normalności”, „jedyny w swoim rodzaju”, „obrzydliwy”, „musisz go obejrzeć” – pisali o nim krytycy filmowi.
Akcja filmu dzieje się w Lumberton – niewielkim amerykańskim miasteczku w Karolinie Północnej. Tom Beaumont (Jack Harvey), podlewając swój trawnik, dostaje zawału. W szpitalu odwiedza go syn – Jeffrey (Kyle MacLachlan). Podczas powrotu chłopak znajduje odcięte ludzkie ucho, które jako praworządny obywatel przekazuje detektywowi Williamsowi (George Dickerson). Jego córka Sandy opowiada Jeffreyowi o prowadzonym przez ojca śledztwie. W sprawę zamieszana jest Dorothy Vallens (Isabella Rossellini), tajemnicza piosenkarka z nocnego klubu. Zaintrygowany Jeffrey postanawia przeprowadzić własne śledztwo.
„Tajemnice stanowią sedno filmu Davida Lyncha »Blue Velvet« – najbardziej niepokojącego obrazu, jaki kiedykolwiek czerpał inspirację z życia w małym amerykańskim miasteczku” – recenzowała w 1986 r. Sheila Benson. „Szokujący, wizjonerski, zachwycająco opanowany – jego obrazy niewinności oraz mrocznej, bolesnej seksualności wbijają się prosto w naszą podświadomość, gdzie pozostają niczym bomby głębinowe” – oceniła krytyczka w „Los Angeles Times”.
Zdaniem Pauline Kael z „New Yorkera” tematem filmu jest „tajemnica i szaleństwo ukryte w normalności”, a „Blue Velvet” to „anomalia – dzieło genialnego naiwniaka”. „Kiedy wychodzisz z kina po obejrzeniu filmu Davida Lyncha, z całą pewnością wiesz, że widziałeś coś wyjątkowego” – pisała, dodając, że „przesycona erotyzmem atmosfera filmu sprawia, że ogląda się go niemal jak w transie, ale jego humor także stale się przebija”. „Film jest świadomie przesadzony i świadomie zabawny, a te dwa elementy współgrają ze sobą w oryginalny sposób” - czytamy w „New Yorkerze”.
Nie każdy jednak odbierał najnowszy film Lyncha tak entuzjastycznie. „To nie jest film dla każdego – podkreślał reżyser. - Niektórzy będą nim naprawdę zachwyceni, ale spotkaliśmy się też z wyjątkowo negatywnymi reakcjami. Mieliśmy przedpremierowy pokaz w Valley, który okazał się katastrofą. Ludzie uznali go za obrzydliwy i chory. I oczywiście taki jest, ale ma też swoją drugą stronę” – wspominał w rozmowie z krytykiem Davidem Chute'em.
Zdaniem Rogera Eberta dzieło Lyncha „przypomina faceta, który doprowadza cię do szału, sugerując przerażające wiadomości, a potem mówi: »Nieważne«”. „W tym filmie Rossellini musi wykonać zadania wymagające prawdziwej odwagi. W jednej ze scen zostaje publicznie upokorzona, gdy zostaje wyrzucona nago na trawnik przed domem detektywa policyjnego. W innych scenach musi odgrywać emocje, których – jak sądzę – większość aktorek wolałaby raczej nie doświadczać. Jest poniżana, policzkowana, upokarzana i rozbierana przed kamerą” – zaznaczył Ebert, podsumowując, że „kiedy prosi się aktorkę, by znosiła takie doświadczenia, należy dotrzymać umowy i obsadzić ją w ważnym filmie”.
„Blue Velvet” to czwarty pełnometrażowy film w dorobku Lyncha. Pierwszym była „Głowa do wycierania” (1977), niskobudżetowy czarno-biały horror nakręcony dzięki wsparciu Amerykańskiego Instytutu Filmowego. Drugi – „Człowiek słoń” (1980) - pokazał, że w Lynchu drzemie nieprzeciętny talent. Obraz otrzymał aż osiem nominacji do Oscara, w tym za reżyserię i najlepszy scenariusz adaptowany – obie dla Lyncha.
Trzecim była głośna i nieoszczędzona przez krytyków „Diuna” (1984), którą sam reżyser uznał za swoją porażkę. „Filmy powinny mieć moc – moc dobra i moc ciemności – żeby dostarczać widzom dreszczyku emocji i wstrząsać ich świadomością” – wyznał w rozmowie z magazynem „Film Comment” Lynch. Takim bez wątpienia jest nakręcony dwa lata później „Blue Velvet”.
„Lynch ma ten najbardziej nieuchwytny z artystycznych darów – zdolność do przenoszenia halucynogennych faktur i nastrojów świata snów na jasno oświetloną arenę fabuły i postaci” – ocenił w 1987 r. na łamach „Vanity Fair” amerykański scenarzysta Stephen Schiff, dodając, że filmy Lyncha to dzieła „typowo amerykańskiego wizjonera, najbardziej pewnego siebie i pomysłowego stylisty filmowego, jakiego ten kraj wydał od czasów Martina Scorsese”.
W podobnym tonie wypowiedziała się Janet Maslin z „York Timesa”. „Inni reżyserzy długo i ciężko pracują, by osiągnąć tę gorączkową perwersję, która tak naturalnie przychodzi Davidowi Lynchowi. Jego film »Blue Velvet« natychmiast stał się klasykiem” – napisała po amerykańskiej premierze krytyczka, podkreślając, że co prawda „perwersja jest jego główną cechą, ale »Blue Velvet« ma też beznamiętny humor i szczerość, która sprawia, że jego ekscentryczność jest jeszcze bardziej szalona”. „Jest jedyny w swoim rodzaju” – podsumowała w „New York Timesie” Maslin.
„»Blue Velvet« to niezwykła podróż w głąb umysłu Davida Lyncha, ale na tym się kończy – jest to raczej zbiór obrazów niż ich nagromadzenie. Lynch ma umysł na miarę Felliniego, ale jego wyobraźnia wyprzedza umiejętności. Po chaotycznej »Diunie« film ten pozwala Lynchowi wrócić na teren, który jest wyłącznie jego” – zauważył w „The Washington Post” scenarzysta Paul Attanasio.
Światowa premiera filmu odbyła się 30 sierpnia 1986 r. podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Montrealu. Wcześniej „Blue Velvet” prezentowano podczas pokazów w Stanach Zjednoczonych, gdzie do kin – choć w ograniczonej dystrybucji - trafił 19 września. Od samego początku wywołując skrajne reakcje. „Lubię warstwy, gdy wewnątrz jednej rzeczy można odnaleźć inną. Jak w »Człowieku słoniu«. Była tam zewnętrzna warstwa i była wewnętrzna, zupełnie inna. »Blue Velvet« też jest taki. Pokazuje piękną powierzchnię, ale gdy zajrzeć pod spód, robi się dziwniej i dziwniej” – tłumaczył po premierze Lynch. „Klimat jest dla mnie superważny, bo w nim się zawiera poczucie miejsca, zapachu i w ogóle całe odczucie filmu, więc musi być dokładnie jak trzeba. Dopiero wtedy film staje się realny” – zaznaczył.
Obraz przyniósł reżyserowi kolejną nominację do Oscara, został jednak odrzucony przez dyrektora festiwalu w Wenecji. „Z jednej strony Lynch stara się szokować, z drugiej nie obawia się dosłowności, która może wydać się naiwna, gdyby nie wynikała tak harmonijnie z tonacji całego filmu. (…) W gruncie rzeczy reżyser rzuca widzowi wciąż na nowo wyzwanie, każąc zapomnieć o nawyku wciąż metaforycznego odczytywania filmu. A jest to tym trudniejsze, że dosłowność nie oznacza bynajmniej jednoznaczności” – ocenił na łamach „Filmu” Andrzej Kołodyński.
„Film jest inteligentny i przemyślany, funkcjonuje zarówno na poziomie absolutnej rzeczywistości, jak i kompletnego koszmaru – recenzował w „Guardianie” angielski krytyk Derek Malcolm. - Myślę jednak, że jego prawdziwe znaczenie nie leży w żadnym ogólnym komentarzu, ale w serii konkretnych spostrzeżeń dotyczących naszych obaw o to, kim moglibyśmy się stać, gdyby znane nam ograniczenia zniknęły” – dodaje krytyk. „Niezależnie od wszystkiego musisz go obejrzeć” – podsumował Malcolm.
Pomimo upływu lat film Lyncha wciąż jest przypominany i nadal potrafi elektryzować. „Erotyczny, neurotyczny, euforyczny, a przy tym zawsze niewypowiedzianie pokręcony i dziwaczny – film »Blue Velvet« to obraz w pełni oddający klimat lat 80., oparty na schemacie noir z lat 40. – zagadkowa i niepowtarzalna mozaika stylów i skojarzeń. Z onirycznej, niepokojąco intensywnej wizji Ameryki z białymi płotkami wyłania się makabryczny dramat” – ocenił z okazji 30-lecia premiery filmu Peter Bradshaw z „Guardiana”.
„Moje myślenie bierze się raczej z inspiracji miejscami, które kiedyś odwiedziłem, i ludźmi, których kiedyś spotkałem. A czasami przychodzą mi do głowy pomysły i w ogóle nie wiem, skąd się one biorą. Siedzę sobie na krześle i pomysły same wpadają mi do głowy. I często nie są nawet z niczym powiązane. To bardzo przypomina chodzenie z wędką na ryby. Wyciągasz jakąś rybę i nie ma znaczenia, czy się podoba, czy nie – taka ci się trafiła, taką złowiłeś, i tak właśnie jest z moimi pomysłami” – opowiadał w 1986 r. Lynch.
„Blue Velvet” uznawane jest – obok „Mulholland Drive” (2001) i serialu „Miasteczko Twin Peaks” (1990–1991) – za jedno z najważniejszych dzieł w dorobku zmarłego w 2025 r. reżysera. „Tworzył formy, które wydawały się na samej krawędzi rozpadu, ale jakimś cudem nigdy się nie rozpadały. Przenosił na ekran obrazy całkowicie odmienne od wszystkiego, co ktokolwiek inny kiedykolwiek widział – czynił wszystko dziwnym, niesamowitym, odkrywczym i nowym. I był absolutnie bezkompromisowy, od początku do końca” – powiedział po śmierci Lyncha Scorsese.
Mateusz Wyderka (PAP)
mwd/ miś/