Warszawa 1969 r. Fot. PAP/Tadeusz Zagoździński
Subkultury nie zniknęły, ale zmieniły formę. Dawny bunt ustąpił miejsca estetyce i konsumpcji. – Młodzi potrzebują jednak wartości, busoli, poczucia sensu. Bez ich buntu nie ma przyszłości – powiedział PAP prof. Mirosław Pęczak.
PAP: Panie profesorze, kiedy myślimy o początkach polskich subkultur młodzieżowych, zwykle zaczynamy od hipisów przełomu lat 60. i 70. Wcześniej niczego nie było?
Dr hab. Mirosław Pęczak, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, kulturoznawca, badacz kultury popularnej i subkultur: Historia polskich subkultur młodzieżowych nie zaczyna się od hipisów. Jej korzenie sięgają dwudziestolecia międzywojennego. Mieliśmy wtedy choćby apaszów, czyli młodą część półświatka kryminalnego. Trochę tego klimatu można później odnaleźć w piosenkach popularyzowanych przez Stanisława Grzesiuka.
Natomiast pierwsza prawdziwa erupcja nowoczesnej subkultury młodzieżowej nastąpiła na początku lat 50. wraz z bikiniarzami. Łączyła ich fascynacja amerykańską kulturą masową, przede wszystkim muzyką i filmem, oraz potrzeba autoekspresji poza oficjalnymi instytucjami. Bikiniarze mieli swoich naturalnych przeciwników – chuliganów. Ten podział później powracał: pod koniec lat 60. mieliśmy już hipisów i gitowców, reprezentujących zupełnie inne systemy wartości.
PAP: I właśnie to chyba odróżnia dawne subkultury od dzisiejszych mód. Nie wystarczyło się ubrać. Trzeba było się opowiedzieć po którejś stronie.
"(...) pierwsza prawdziwa erupcja nowoczesnej subkultury młodzieżowej nastąpiła na początku lat 50. wraz z bikiniarzami."
M.P.: Tak. Subkultura oznaczała pewien rodzaj lojalności. Przynależność wiązała się z określonym sposobem życia, gustem, zachowaniem, a często również z systemem wartości.
Później zaczęło się to zmieniać. Angielski socjolog David Muggleton używa pojęcia „postsubkultury”. Według niego ostatnią klasyczną subkulturą był punk. Potem pojawiły się zbiorowości, które nie były już budowane na rygorystycznej ideologii i trwałej lojalności grupowej – coraz ważniejsza stawała się estetyka. Można było dzisiaj wybrać jeden styl, a jutro zupełnie inny.
PAP: Czyli rano rap, po południu anime, wieczorem techno, a następnego dnia zupełnie inny ciuch i inna muzyka. To jeszcze subkultura czy garderoba tożsamości, z której wyciągamy to, na co akurat mamy ochotę?
M.P.: To właśnie jest charakterystyczne dla postsubkultur: nie wymagają podporządkowania ani trwałych relacji. Możemy swobodnie wybierać styl.
PAP: Tyle że dzisiaj nawet tej garderoby nie wybieramy sami. Algorytm podsuwa gotową estetykę, a biznes natychmiast dorabia do niej ubrania, gadżety i muzykę. Czy zamiast subkultur mamy już mikronisze konsumenckie?
M.P.: W dużym stopniu tak. Różne style, które pozornie pojawiają się ni stąd, ni zowąd, bardzo szybko okazują się zgodne z interesem biznesu.
Ale nie powiedziałbym, że ideologiczna subkulturowość została pogrzebana. Ona raczej zmieniła miejsca, w których się ujawnia. Dzisiaj znowu obserwujemy zbiorowości, dla których poglądy polityczne czy społeczne są bardzo istotnym elementem tożsamości.
PAP: Czyli ideologia wraca?
M.P.: Moim zdaniem tak. Dobrym przykładem jest młodzieżowa manosfera. To bardzo zróżnicowane środowisko – są tam incele, czyli mężczyźni przekonani, że mimo chęci nie są w stanie nawiązać relacji z kobietami, ale są też choćby miłośnicy siłowni. Łączy ich pewien sposób myślenia o relacjach między kobietami i mężczyznami, często niechęć do kobiet, a także prawicowa lub ultraprawicowa orientacja polityczna.
Z drugiej strony istnieją środowiska odwołujące się do tradycji anarchistycznej, podkreślające indywidualizm, swobody i niechęć do ograniczania wolności. Dlatego od polityki nie da się w rozmowie o współczesnych subkulturach całkowicie uciec.
PAP: Dawny bunt wymagał jednak wyjścia z domu. Hipisi ruszali w drogę, punkowcy spotykali się na koncertach, były squaty, ulice, własne miejsca w mieście. Dzisiaj młody człowiek może znaleźć swoją grupę na Discordzie i nie wychodzić z pokoju. Internet nie zamienił buntu w coś czysto wirtualnego?
M.P.: Niekoniecznie. Badania kolegów z Uniwersytetu SWPS nad aktywnością w mediach społecznościowych pokazały, że aktywność internetowa wcale nie musi zamykać aktywności w świecie realnym. Przeciwnie – może ją wzmacniać.
Sieć jest miejscem komunikacji, budowania wspólnego kodu czy organizowania się, ale to nie oznacza automatycznie rezygnacji z działania w rzeczywistości.
PAP: Kapitalizm nauczył się jednak pożerać bunt. Irokez, glany czy podarte spodnie przestały kogokolwiek szokować, bo chwilę później można je kupić w galerii handlowej.
M.P.: Komercjalizacja rzeczywiście bardzo wiele zmieniła. Ale nie zawsze jest tak, że biznes dopiero przejmuje jakąś autentyczną subkulturę. Czasem element komercyjny jest obecny niemal od początku.
Dobrym przykładem jest hip-hop. Często idealizujemy jego początki, tymczasem hiphopowcy wcale nie brzydzili się komercją – w amerykańskich teledyskach bardzo wcześnie pojawiały się symbole materialnego sukcesu: samochody czy złote łańcuchy.
PAP: A dzisiejsze mikroświaty z TikToka? Zostawią po sobie coś trwałego?
M.P.: Dla mnie fenomenem dzisiejszych czasów jest K-pop. Jest tak plastikowy, że bardziej chyba już być nie może. To właściwie fabryka wykonawców, w której wszystko jest bardzo precyzyjnie poukładane.
Bardziej przypomina to wojsko niż spontaniczną twórczość młodzieżową. I jest przeciwieństwem tego, co działo się w młodzieżowej muzyce amerykańskiej i europejskiej lat 60. i 70., gdzie liczyły się spontaniczność i swobodna gra wyobraźni.
PAP: Ale gdzie są ci młodzi, którzy naprawdę potrafią zatrząść światem? Punkowcy krzyczeli „No Future”, hipisi rzucili wyzwanie mieszczańskiemu porządkowi. Dzisiaj mam czasem wrażenie, że algorytm zdąży sprzedać młodym bunt, zanim oni sami zorientują się, że się buntują.
M.P.: Przede wszystkim zmieniła się demografia. W latach 60. młodych ludzi było bardzo dużo, a dzisiaj społeczeństwa Europy i Ameryki Północnej wyraźnie się starzeją. Zmieniły się też stosunki między pokoleniami. Starsi często nie rozumieją młodych, młodzi nadal tworzą własny kod kulturowy, ale nie mamy już tak ostrego konfliktu pokoleniowego jak w latach 60.
PAP: Może młodzi zwyczajnie nie mają się przeciw komu buntować? Rodzice już nie każą ścinać włosów ani wyrzucać glanów. Przeciwnie – wożą dzieci na koncerty i troszczą się o nie czasem aż do przesady.
M.P.: W dużej mierze tak to wygląda, przynajmniej w klasie średniej i klasach wyższych. Młodzi bywają traktowani przez rodziców jak cenne diamenty, które trzeba chronić. Ta troska może wręcz prowadzić do pewnego ubezwłasnowolnienia.
Oczywiście nie wolno tego generalizować, bo społeczeństwo jest nierówne. Ale generalnie relacja między pokoleniami nie przypomina już typowego konfliktu z lat 60.
PAP: Wróćmy do „No Future” punkowców, którzy, zamiast schować się pod kołdrę, zrobili z braku przyszłości sztandar.
M.P.: Tak, ale angielski punk miał bardzo konkretne podłoże społeczne. To byli przede wszystkim młodzi ludzie wywodzący się z klasy pracującej. „No Future” oznaczało brak perspektyw dla tych, którzy ze względu na swoje położenie społeczne rzeczywiście ich nie mieli.
Jednak pamiętam wywiad, który na początku lat 80. angielski dziennikarz przeprowadził ze Skandalem, wokalistą Dezertera. Pytał go o różnicę między punkami angielskimi i polskimi. Skandal odpowiedział mniej więcej tak, że chciałby być takim angielskim punkiem, który mówi „no future”, ale mimo że pochodzi z klasy robotniczej, może sobie na bardzo dużo pozwolić. A prawdziwe „No Future” mamy tutaj, w Polsce. To był 1982 rok, naprawdę ponure czasy, kiedy to hasło miało u nas absolutne uzasadnienie.
PAP: To czego trzeba, żeby dzisiejsi młodzi się naprawdę zbuntowali i zaczęli być widoczni w debacie publicznej, a nie tylko w grupach na Discordzie czy tiktokowych rolkach? Wojny? Kryzysu? Poczucia, że skończyła się wygodna przyszłość, którą obiecywali im rodzice?
M.P.: Musiałoby pojawić się coś podobnego do warunków, które towarzyszyły narodzinom kontrkultury amerykańskiej i europejskiej. W Stanach Zjednoczonych bardzo ważna była wojna w Wietnamie i perspektywa poboru do wojska. W Europie młodzi widzieli sprzeczność między deklarowanym porządkiem demokratycznym a rzeczywistymi możliwościami korzystania z demokracji.
We Francji przed majem 1968 roku dochodziły do tego bardzo konkretne problemy: przepełnione akademiki, trudne warunki studiowania, zablokowane kanały awansu. Przez długi czas młodzi Francuzi z klasy średniej nie myśleli o żadnym buncie. A potem nagle wszystko się zmieniło i protest wylał się na ulice Paryża.
Dzisiaj podobnym zapalnikiem mógłby być poważny dyskomfort ekonomiczny, szczególnie gdyby dotknął młodych ludzi, którzy dotąd żyli stosunkowo dobrze i mają skalę porównawczą. Jeżeli uświadomią sobie, że pogorszenie sytuacji może dotknąć również ich, naturalnym odruchem będzie obrona.
PAP: Sam strach przed biedą wystarczy, żeby powstała kontrkultura?
M.P.: Myślę, że potrzebne jest jeszcze coś, co nazwałbym głodem wartości. Nie można bez przerwy żyć komercyjnym plastikiem, zdawać się wyłącznie na pusty hedonizm. Człowiek potrzebuje jakiejś racjonalizacji własnego życia, busoli, poczucia, że to, co robi, ma sens.
Jeżeli młodzi ludzie naprawdę poczują, że czegoś takiego im brakuje, być może zobaczymy powtórkę tego, co zdarzało się kiedyś, chociaż na pewno nie będzie wyglądała tak samo.
Zresztą już dzisiaj widać pewne zalążki. Jest szeroko rozumiany aktywizm miejski. Młodzi angażują się w sprawy, które z perspektywy wielkiej polityki mogą wydawać się drobne, choćby w prawa miejskich zwierząt. Ale właśnie z takich działań mogą rodzić się nowe formy wspólnotowości.
PAP: Czyli jest jeszcze nadzieja, że młodzi naprawdę się wkurzą?
M.P.: Nie traćmy nadziei. Może młodzi wreszcie się zbuntują. Bo bez buntu młodych nie ma przyszłości.
Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)
mir/ kcz/