Akcja pomocy dla Węgrów w Polsce. Fot. PAP/CAF
5 listopada 1956 r. studenci krakowskich uczelni wyszli na ulice, by zademonstrować solidarność z walczącymi Węgrami. W wielu polskich miastach zbierano lekarstwa i krew dla ofiar sowieckiej interwencji.
Jesienią 1956 r. Węgrzy bacznie obserwowali rozwój wypadków w Polsce, a Polacy na Węgrzech. Obydwa kraje wychodziły właśnie ze stalinizmu. W Polsce symbolem tych przemian było objęcie władzy przez Władysława Gomułkę – zagorzałego komunistę, ale jednocześnie polityka, który na przekór dyktatowi Stalina miał pod koniec lat czterdziestych odwagę opowiadać się za własną – „polską drogą do socjalizmu”. Zapłacił za to oskarżeniem o „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne” i osadzeniem – bez wyroku sądowego – w willi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie pod Warszawą.
Gdy 21 października 1956 r. został wybrany na pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego PZPR, co oznaczało faktyczną władzę w Polsce, wielu Polaków uznało to za szansę na wyrwanie się spod kurateli Moskwy. W podobny sposób na wypadki nad Wisłą patrzono również na Węgrzech. Z tym większą uwagą, że w tym kraju też odbywał się podobny proces.
23 października 1956 roku pod pomnikiem generała Józefa Bema w Budapeszcie zgromadziły się tysiące ludzi. Manifestacja była wyrazem poparcia dla przemian Polskiego Października, ale i przejawem pewnej zazdrości o to, że Polakom udało się doprowadzić do zmian, na które Węgrzy wciąż czekali. Dwa dni wcześniej, 21 października, Władysław Gomułka został I sekretarzem KC PZPR, mimo sprzeciwu sowieckich władz. Jego wybór budził nadzieje na większą niezależność Polski od ZSRR.
Węgrzy mieli za sobą lata stalinowskich rządów Mátyása Rákosiego, represji politycznych i podporządkowania Moskwie. Po śmierci Stalina w 1953 roku premierem został Imre Nagy, który rozpoczął reformy i złagodził politykę władz. Dwa lata później odsunięto go jednak od stanowiska, a część zmian cofnięto. Niezadowolenie społeczne narastało, tym bardziej że wydarzenia w Polsce pokazały Węgrom, iż zmiany są możliwe.
22 października studenci budapeszteńskich uczelni sformułowali 16 postulatów. Domagali się między innymi wycofania wojsk sowieckich, wolnych wyborów i powrotu Nagya na stanowisko premiera. Następnego dnia przyłączyli się do manifestacji pod pomnikiem Bema. Tłum, początkowo liczący około 20 tysięcy osób, ruszył pod parlament, gdzie zebrało się już ponad 200 tysięcy demonstrantów.
Wieczorem obalono pomnik Stalina. Pod budynkiem radia, gdzie manifestanci domagali się ogłoszenia swoich postulatów, funkcjonariusze policji politycznej otworzyli ogień. Padli pierwsi zabici. Demonstranci zdobyli broń i rozpoczęły się walki. Pokojowy protest przerodził się w powstanie.
Nad ranem 24 października do Budapesztu wkroczyły sowieckie czołgi. Na ulicach powstawały barykady, a walki rozprzestrzeniały się na kolejne części kraju. Imre Nagy ponownie został premierem i zapowiedział reformy. 28 października ogłoszono zawieszenie broni, a do końca miesiąca wojska sowieckie wycofały się z Budapesztu, choć pozostały na Węgrzech. Wydawało się, że powstańcom udało się wymusić zmiany.
Jednak już 1 listopada na Węgry wkroczyły kolejne oddziały sowieckie. W odpowiedzi Nagy ogłosił neutralność kraju i wystąpienie z Układu Warszawskiego. Nad ranem 4 listopada wojska sowieckie rozpoczęły kolejny atak na Budapeszt. Powstanie zostało krwawo stłumione. Według węgierskich danych zginęło co najmniej 2500 osób, a około 200 tysięcy Węgrów opuściło kraj.
Losy Polski i Węgier potoczyły się jednak zupełnie inaczej. W Polsce Gomułkę witano entuzjastycznie. 24 października, podczas wiecu na warszawskim placu Defilad, tłum odśpiewał mu nawet »Sto lat«. Początkowo Gomułka godził się na część społecznych postulatów, a Polsce udało się uzyskać od Moskwy pewne ustępstwa. Tymczasem na Węgrzech, po stłumieniu powstania, władzę objął wspierany przez Sowietów János Kádár, którego rządy rozpoczęły się od brutalnych represji.
– Być może los Polski byłby o wiele gorszy, gdyby nie rozruchy na Węgrzech, które skłoniły Moskwę do powściągliwości – oceniał prof. Andrzej Friszke podczas konferencji poświęconej powstaniu węgierskiemu.
W Polsce wydarzeniom na Węgrzech przyglądano się jednak nie tylko z niepokojem o los powstańców, ale również z obawą, że sowiecka interwencja może się powtórzyć nad Wisłą. „Nastroje paniczne” – zapisał 2 listopada 1956 roku w swoim dzienniku pisarz Jan Józef Szczepański. Wspominał o radiowych apelach władz o zachowanie spokoju, wykupywaniu żywności i kolejkach przed sklepami.
Obawy nie powstrzymały jednak Polaków przed niesieniem pomocy Węgrom. Już 25 października Instytut Hematologii w Warszawie wysłał do Budapesztu pierwszą partię osocza dla rannych. Trzy dni później Polskie Radio nadało apel Węgierskiego Czerwonego Krzyża o oddawanie krwi. Przed stacjami krwiodawstwa zaczęły ustawiać się kolejki. Wielu ochotników zgłaszało się po raz pierwszy w życiu.
W Krakowie akcja ruszyła 28 października. Pierwszego dnia zgłosiło się około 150 osób, a już następnego chętnych było tak wielu, że przed południem wstrzymano przyjmowanie dawców i rozpoczęto zapisy na kolejne dni. Do połowy grudnia Polacy przekazali rannym Węgrom 795 litrów krwi. Akcja ta miała również znaczenie dla samej Polski. W kraju, w którym za oddawanie krwi przeważnie płacono, spontaniczna pomoc przyczyniła się do rozwoju honorowego krwiodawstwa. W 1958 roku rozpoczął działalność zorganizowany ruch honorowych dawców krwi PCK.
Pomoc nie ograniczała się do krwiodawstwa. Zbierano pieniądze, żywność, lekarstwa i odzież. W Krakowie działał Studencki Komitet Pomocy Węgrom, który zorganizował zbiórki, a następnie wysłał na Węgry konwój z darami. Podobne inicjatywy podejmowano w całym kraju, także w mniejszych miastach. Choćby w Zamościu powstał komitet kierowany przez lekarza Wiktora Maszka, który organizował zbiórki pieniędzy, żywności i krwi. Między 24 listopada a 10 grudnia zebrano tam dary o wartości 65 tys. zł oraz 9 tys. zł w gotówce.
Do kulminacyjnych momentów solidarności z Węgrami w Krakowie należała manifestacja z 5 listopada. Jeden z organizatorów tego wydarzenia 21-letni Stefan Bratkowski, wtedy działacz Studenckiego Komitetu Rewolucyjnego, a później znany dziennikarz i działacz opozycji, przygotował poprzedniej nocy odezwę. Apelował w niej o zachowanie spokoju i pokojowy charakter zgromadzenia.
Żeby zdążyć z wydrukowaniem kilku tysięcy egzemplarzy odezwy, redaktor naczelny „Gazety Krakowskiej” Mieczysław Kieta wstrzymał druk kierowanego przez siebie dziennika. Ulotki rozprowadzono po krakowskich uczelniach i akademikach, a od godziny szóstej rano rozgłośnia radiowa nadawała wezwania Bratkowskiego do udziału w marszu.
Spod AGH kilkutysięczny pochód ruszył w kierunku gmachu Wojewódzkiej Rady Narodowej przy ulicy Basztowej. Na czele marszu niesiono polskie i węgierskie flagi, przewiązane czarnym kirem. Pod siedzibą władz wojewódzkich do zgromadzonych przemówił Bolesław Drobner, I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR, który apelował o zachowanie spokoju.
W drodze powrotnej marsz zaczął jednak tracić swój milczący charakter. Na murach, tramwajach i samochodach demonstranci wypisywali kredą antysowieckie hasła. Część uczestników próbowała skierować się pod konsulat ZSRR przy ulicy Szopena, ale organizatorzy zdołali ich powstrzymać. Po powrocie pod AGH pochód zamienił się w burzliwy wiec. Ponownie pojawiły się wezwania do demonstracji przed konsulatem. Sytuacja stała się szczególnie napięta, gdy po drugiej stronie pojawiły się sowieckie ciężarówki wojskowe. Wówczas do zgromadzonych przemówił płk Tadeusz Cynkin, kierownik Studium Wojskowego UJ, cieszący się dużym autorytetem wśród studentów. Jego interwencja pomogła uspokoić demonstrantów i zapobiec konfrontacji.
Solidarność z Węgrami, którą mieszkańcy Krakowa wyrazili marszem milczenia, znalazła odbicie także w poezji. Zbigniew Herbert w wierszu „Węgrom” z 1956 roku pisał: Stoimy na granicy/wyciągamy ręce/i wielki sznur z powietrza/wiążemy bracia dla was/z krzyku załamanego/z zaciśniętych pięści/odlewa się dzwon i serce/milczące na trwogę.
O polskiej solidarności z Węgrami przypominają dziś pomniki i tablice pamiątkowe w wielu miastach. W Krakowie marsz z 5 listopada 1956 roku upamiętnia tablica przy ulicy Sławkowskiej 14, odsłonięta w 2016 roku.
Marta Panas-Goworska (PAP)
mpg/ jkrz/