Prezydent Ignacy Mościcki /NAC
4 listopada 1926 r. ukazało się rozporządzenie prezydenta Ignacego Mościckiego, przewidujące surowe kary m.in. za zniewagę władz. Ten tzw. dekret prasowy wywołał powszechne protesty. Nie tylko wśród dziennikarzy został przyjęty jako chęć zakneblowania mediów.
Po zamachu majowym sanacja nie dysponowała większością głosów w Sejmie, ale przyjęta w sierpniu 1926 r. nowelizacja Konstytucji dawała prezydentowi prawo do wydawania rozporządzeń z mocą ustawy. Ignacy Mościcki, który został prezydentem w zastępstwie Józefa Piłsudskiego, 4 listopada 1926 r. podpisał rozporządzenie o karach za rozpowszechnianie nieprawdziwych wiadomości oraz o karach za zniewagę władz i ich przedstawicieli.
Zgodnie z rozporządzeniem kary – grzywny do kilku tysięcy złotych lub aresztu - groziły m.in. za „świadome rozpowszechnianie nieprawdziwej lub przekręconej wiadomości o niebezpieczeństwie grożącemu Polsce w stosunkach wewnętrznych lub zewnętrznych, która mogłaby wyrządzić szkodę interesom Polski lub wywołać niepokój publiczny”.
Prezydenckie rozporządzenie zakładało też karanie rozpowszechniania nieprawdziwych informacji dotyczących działalności władz państwowych oraz ich przedstawicieli. Stosowanie tego przepisu rozciągnięto na prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu, premiera, ministrów, a także zawodowych sędziów, urzędników państwowych i dowódców oddziałów wojskowych.
Kary miały grozić również za znieważenie władz państwowych. Dodatkową – oprócz grzywny lub aresztu miała być konfiskata wydrukowanych materiałów i co istotne: nawet wniesienie odwołania do sądu nie wstrzymywało egzekucji grzywny.
Krytycy tych zapisów argumentowali, że są one dużo bardziej restrykcyjne nawet od tych, które obowiązywały w czasach zaborów.
Znaczne kontrowersje wzbudziły zapisy o tym, kto i w jaki sposób ponosi odpowiedzialność za złamanie postanowień omawianego rozporządzenia? Oprócz autora lub autorów ponosić ją mieli także redaktor odpowiedzialny, redaktor oraz kierownik działu czasopisma, przy czym dotyczyło to periodyków. Jeżeli zaś artykuł był anonimowy lub podpisany pseudonimem wszystkie wymienione powyżej osoby miały obowiązek wskazania w ciągu siedmiu dni zamieszkałego w Polsce w momencie ukazania się druku autora.
W przypadku innych druków do odpowiedzialności mieli być pociągani nakładca i wydawca lub zarządzający drukarnią o ile w ciągu siedmiu dni nie wskażą autora oraz rozpowszechniający druk, o ile nie wskaże zlokalizowanego w Polsce zakładu tłoczącego druk. Bulwersujący był również fakt, iż przykładowo za wszelkie grzywny i opłaty nałożone na skazanego autora bądź redaktora odpowiadać mieli solidarnie nakładca, właściciel czasopisma oraz właściciel lub dzierżawca drukarni. Regulacja ta wzorowana była na austriackiej ustawie prasowej z 1922 roku.
Do momentu wyegzekwowania grzywny lub aresztu możliwe było odpowiednio zawieszenie czasopisma lub wstrzymanie działalności drukarni. Jeżeli zaś dane czasopismo dopuściłoby się przestępstwa trzykrotnie groziło mu zawieszenie na czas od 14 dni do trzech miesięcy. Odpowiednie decyzje i orzeczenia nie podlegały zaskarżeniu. Przewidziano również kary grzywny oraz aresztu za kontynuowanie wydawania zawieszonej gazety (grzywna od 200 do 5000 zł, areszt: 1-6 tygodni).
Prof. Andrzej Garlicki w biografii Józefa Piłsudskiego wskazał, że przepisy prezydenckiego rozporządzenia dawały rządowi prawie nieograniczone możliwości represjonowania prasy opozycyjnej, a zatem tłumienia krytyki rządu. Było to możliwe tym bardziej, że orzekanie na podstawie tak sformułowanych przepisów rozporządzenia mogło mieć w dużej mierze charakter uznaniowy. Środek ciężkości w kwestii decyzji został zaś przesunięty od sądów w kierunku organów administracyjnych.
Rozporządzenie prezydenta Mościckiego wywołało powszechne oburzenie tak w kręgach prasy, która cieszyła się do tej pory znaczną swobodą, jak i wśród antysanacyjnej opozycji. Pod złożonym 13 listopada w Sejmie wnioskiem o uchylenie rozporządzenia podpisali się przedstawiciele większości ugrupowań.
W efekcie sanacja, jak się miało okazać chwilowo, odpuściła. Piłsudski w trakcie rozmowy z marszałkiem Sejmu Maciejem Ratajem powiedział nawet, że nie ma nic przeciwko uchyleniu dekretu „skoro jest głupi”. Zadeklarował, że rząd (Piłsudski był akurat w tym momencie premierem) nie miał z tym rozporządzeniem nic wspólnego i winę zrzucił na ministra sprawiedliwości Aleksandra Meysztowicza.
Rząd deklarował jednocześnie chęć spowodowania, by rozporządzenie nie weszło w życie poprzez brak przedstawienia go w wymaganym terminie do zatwierdzenia przez Sejm. Zgodnie z ówczesnym systemem prawnym wydane przez prezydenta rozporządzenia traciły moc prawną, jeżeli nie zostałyby złożone Sejmowi „w ciągu 14 dni po najbliższem posiedzeniu Sejmu”, a zatem w przypadku otwarcia posiedzenia Sejmu 13 listopada terminem na to byłby 27 listopada.
Zakulisowo sanacja przygotowywała już jednak akcję, która miała utemperować krytyków. Na sejmowej sesji 16 listopada mieli się pojawić bojówkarze i w razie niekorzystnego dla piłsudczyków rozwoju sytuacji, rzucić w stronę poselskich ław „bomby” ze śmierdzącym ładunkiem.
Równocześnie rząd rozpowszechniał opinię, zgodnie z którą uchylenie dekretu traktowane byłoby jak zniewaga. Prosanacyjna prasa atakowała tych, którzy rzekomo przeszkadzają Piłsudskiemu w budowaniu silnej Polski. Taka presja częściowo odniosła skutek, bo liczba zwolenników uchylenia dekretu zaczęła się zmniejszać. Dotyczyło to m.in. Klubu Pracy i Stronnictwa Chłopskiego.
Kwestią sporną na tamtym etapie było to, czy w zgodzie z Konstytucją Sejm miał prawo zająć się sprawą uchylenia dekretu, który nie został złożony w Sejmie, jak i nie upłynął jeszcze termin, w którym rząd powinien był to uczynić? Dla uzyskania wyjaśnienia marszałek Rataj skierował zapytanie w tej sprawie do Komisji Konstytucyjnej. Po jej przeanalizowaniu Komisja stwierdziła, że co prawda Sejmowi przysługuje prawo do uchylenia rozporządzenia na mocy uchwały dopiero po przedstawieniu rozporządzenia, ale może to też zrobić w każdym momencie przy pomocy ustawy na podstawie artykułu 10 i 35 Konstytucji.
Do samego Sejmu sprawa rozporządzenia Ignacego Mościckiego powróciła 10 grudnia 1926 r. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom rząd przedstawił jednak wcześniej dekret do zatwierdzenia. Wobec takiego obrotu spraw poseł Herman Lieberman przedstawił projekt ustawy uchylającej rozporządzenie oraz jej uzasadnienie. Jego wystąpienie zostało później uznane przez Macieja Rataja za doskonałe pod względem oratorskim. 11 grudnia ustawa została przez Sejm przyjęta jednomyślnie.
W czasie wystąpienia Liebermana jeden z prosanacyjnych posłów wykrzyknął, iż „jutro będzie nowy dekret”. Rzeczywiście, nowa wersja rozporządzenia została przeforsowana w 1927 r. Jakby na ironię zaczynała się od słów „prasa jest wolna”.
Herbert Gnaś (PAP)
Hg/ jkrz/