Budynek Banku Polskiego przy Placu Bankowym w Warszawie. Fot. domena publiczna
163 lata temu w Warszawie doszło do brawurowego napadu na bank. Nie była to jednak zwykła kradzież, lecz akcja przeprowadzona na rzecz Powstania Styczniowego.
Rankiem 9 czerwca 1863 roku do gmachu Kasy Głównej Królestwa Polskiego przy Placu Bankowym wszedł młody mężczyzna. Był to student Aleksander Waszkowski.
Kronikarz powstania i przyszły sekretarz Rządu Narodowego Józef Kajetan Janowski opisywał go jako „młodzieńca gorącego patriotyzmu, silnej woli i nieugiętego charakteru”, a także „skłonnego do poświęcenia i ofiary dla ukochanej ojczyzny”.
Mający w chwili napadu na warszawski bank zaledwie 23 lata Waszkowski dał się już poznać kilka miesięcy wcześniej z brawury i zimnej krwi. Przebrany za carskiego urzędnika wyniósł z Biura Pomiarów Komisji Przychodów i Skarbu mapy, które służyły potem powstańczym dowódcom. Co ciekawe, obie akcje zostały przeprowadzone prawie po sąsiedzku. W dawnym Biurze Pomiarów mieszczą się dziś biura Urzędy Miasta Stołecznego Warszawa.
W obrabowaniu Kasy Głównej Królestwa Polskiego pomogli kasjer Stanisław Janowski oraz główny kontroler Stanisław Hebda. Dali się do tego przedsięwzięcia przekonać podrobionym przez Waszkowskiego dokumentem, z którego wynikało, że działa on na polecenie powstańczego rządu. Najwyraźniej jednak nie kierowali się wyłącznie pobudkami patriotycznymi, bo każdy z nich miał za pomoc w rabunku dostać po 3600 rubli. Waszkowski obiecał im też pomoc w ucieczce za granicę.
W plany wtajemniczono ponadto trzech woźnych: Sebastiana Pielińskiego, Mateusza Tyszkowskiego i Jana Kołtunowskiego, dla których przewidziano łącznie 8 tysięcy rubli. W pewnym momencie pojawił się również kolejny uczestnik, znany tylko z nazwiska „geometra Czarnecki”. Był to pracownik banku, który – jak relacjonowano – zażądał 30 tysięcy rubli i miał zaszantażować organizatorów: albo będzie uczestniczył w operacji i pomoże w wynoszeniu kosztowności, albo doniesie o całym planie władzom carskim.
Ostatecznie o umówionej porze przed drzwiami skarbca razem z Waszkowskim właśnie Czarnecki. Janowski, który był zaufanym pracownikiem, miał nawet dostęp do zapasowych kluczy, przygotował ich replikę dla włamywaczy. Jednak przy otwieraniu kłódki złamał się klucz i „Waszkowski musiał się starać o pilniki”. Dopiero po ich zdobyciu udało się dostać do skarbca.
Wtedy Waszkowski ze wspólnikiem mogli już zacząć wynosić „worki z pieniędzmi i papierami”. Nie zważając na ryzyko kilka razy przeszli przez bankowy dziedziniec do podstawionej dorożki. Gdy się zorientowali, że już więcej w niej nie dadzą rady upakować, a w otwartym skarbcu wciąż było sporo gotówki postanowili odjechać z łupem. Chcieli po resztę przyjechać jeszcze tego samego dnia, ale ten śmiały plan wziął w łeb, bo rządzący Warszawą Rosjanie w końcu się zorientowali że ktoś im sprawił przykrą niespodziankę.
Łup Waszkowskiego i tak robił wrażenie. Z banku wyniesiono ponad czterdzieści tysięcy rubli w złotych monetach, czterysta siedemdziesiąt tysięcy rubli w banknotach i ponad trzy miliony w listach zastawnych Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego.
Prof. Stefan Kieniewicz, autor pomnikowej syntezy dziejów Powstania Styczniowego, wyjaśnia jednak, że z listów zastawnych rabusie nie mieli żadnych korzyści. Owszem, cieszyły się one doskonałą reputacją na giełdzie berlińskiej i miały zawsze bardzo mocny kurs, ale Waszkowski nie mógł liczyć na ich spieniężenie, bo były skrupulatnie numerowane i katalogowane. Spis skradzionych listów zastawnych ukazał się zaledwie kilka dni po napadzie w specjalnym dodatku do „Dziennika Powszechnego”. Od tego momentu te papiery nie miały już dla Waszkowskiego żadnej wartości, bo każdy kto by je odkupił ryzykował oskarżeniem o paserstwo.
Władze rosyjskie od razu po wszczęciu śledztwa zorientowały się, że w obrabowaniu banku musieli brać udział jego pracownicy. Wzmocniono kontrolę w urzędach finansowych, a atmosfera nieufności szybko objęła środowisko warszawskich urzędników i pracowników administracji.
Wiadomość o napadzie zrobiła w Warszawie duże wrażenie. Po ulicach krążył dowcip, że Królestwo Polskie ma „Komisję bez przychodów i bez skarbu”.
14 czerwca całość zdobytych środków przekazano powstańczemu Rządowi Narodowemu. Powołany w tych dniach na przewodniczącego Karol Majewski deklarował, że środki mają zostać przeznaczone na zakup broni i tworzenie nowych struktur, zgodnie z zasadą, iż „fundusze w kraju dla kraju tylko, dla jego wyswobodzenia służyć powinny”.
Jakie zaś były dalsze losy „narodowych włamywaczy”? Stanisław Janowski wraz z rodziną natychmiast wyjechał do Paryża, gdzie wspierał środowiska emigracyjne. Podobnie postąpił Stanisław Hebda, który również działał na rzecz ojczyzny za granicą i nawet został pochowany na cmentarzu Montmartre w jednym grobie z Janowskim. Dwóch z trzech woźnych także odnalazło się we Francji. Trzeci z nich, „Kołtunowski miał jechać razem z kolegami, lecz się spóźnił na pociąg” – zapisał Józef Kajetan Janowski. W oficjalnym dekrecie wydanym przez Rząd wspominano go uroczyście jako „dobrze zasłużonego ojczyźnie” i tego, który „wolał sobie życie odebrać, niż dostać się w ręce Moskali”.
Nie mniej dramatycznie potoczyły się losy pozostałych uczestników akcji. Czarnecki wpadł przez nieostrożność. Jechał z żoną powozem, gdy pod Częstochową zatrzymał ich rosyjski patrol. W trakcie przeszukania odnaleziono u nich znaczną sumę pieniędzy. Na nic się zdały przekonywania, że to z panieńskiego posagu. Obydwoje aresztowano i osadzono w Cytadeli.
Waszkowski po rozbiciu głównych struktur powstańczych został ostatnim naczelnikiem Warszawy. Na to stanowisko powołał go sam Romuald Traugutt i był to w opinii Janowskiego „wybór szczęśliwy i trafny”. Funkcję tę sprawował przez rok od grudnia 1863 roku i w praktyce podtrzymywał działalność konspiracyjnej administracji w mieście. Choć zdawał sobie sprawę, że los powstania jest już przesądzony, nadal wydawał rozkazy i odezwy, starając się stworzyć wrażenie, że podziemne władze wciąż działają. Sam zaś prowadził życie w ciągłym ukryciu. Nie posiadał stałego miejsca zamieszkania, nocował między innymi w zabudowaniach młyna na Solcu, a dni spędzał snując się po Warszawie.
Mimo zagrożenia nie zdecydował się na opuszczenie miasta. Został zatrzymany przypadkowo 19 grudnia 1864 roku na ulicy Elektoralnej. Osadzono go w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej, a następnie skazano na śmierć. Wyrok wykonano 17 lutego 1865 roku na stokach Cytadeli. Razem z Waszkowskim stracono innego powstańca, naczelnika działającej przy Rządzie Narodowym Straży Zbrojnej, Emanuela Szafarczyka. Była to ostatnia publiczna egzekucja uczestników Powstania Styczniowego przeprowadzona w Warszawie. (PAP)
Marta Panas-Goworska
mpg/