Attila Csihar, wokalista norweskiego zespołu Mayhem, na Open-Air-Festival w Wacken w Niemczech, 6 sierpnia 2011 r. Fot. EPA/FRISO GENTSCH Strona: PAP/EPA.
Kontrkultura nastolatków z norweskiej prowincji stała się jednym z najmocniejszych elementów tożsamości i zagranicznego wizerunku kraju. 33 lata temu wyglądało jednak, że black metal, który kilka lat wcześniej wyszedł z piwnicy, zniknie wraz z popełnioną wewnątrz swojej społeczności zbrodnią.
10 sierpnia 1993 roku wszystko wskazywało na to, że norweski black metal właśnie się skończył. Varg Vikernes, twórca jednoosobowego projektu Burzum, zabił Oeysteina „Euronymousa” Aarsetha, gitarzystę legendarnej już wówczas grupy Mayhem. Obaj rywalizowali o to, kto jest najważniejszym kreatorem i liderem powstałej w Norwegii subkultury. 20-letni Vikernes zdecydował rozstrzygnąć spór, zadając nożem 23 ciosy.
Norweska scena muzyczna spóźniła się na wybuch punk rocka pod koniec lat 70. Gdy Londyn dominowany był przez Sex Pistols, a Kalifornia przez Bad Religion, Oslo dopiero powoli oswajało się z pierwszymi miliardami dolarów z ledwie co odkrytych złóż ropy naftowej i gazu ziemnego.
Kontrkulturowy przełom miał przyjść w 1984 wraz założeniem Mayhem. W nowobogackim, uporządkowanym kraju ekstremalny metal pozwalał nastolatkom wyrazić sprzeciw wobec utartego przez pokolenia rolniczo-mieszczańskiego modelu życia.
W kraju bez prywatnych rozgłośni radiowych trudno było znaleźć nową muzykę.
Młodzi Norwegowie stworzyli więc własny świat. Ich muzyka miała brzmieć surowiej, szybciej i groźniej niż granie spod znaku Def Leppard, Iron Maiden czy ACDC, którzy zdążyli już wejść do głównego nurtu.
– Dla wielu punk był już stary. Młodzi Norwegowie, zwłaszcza z małych miejscowości na głębokiej prowincji, chcieli wyjść poza dotychczasowe ramy swoich społeczności. Mieli stać się outsiderami i bardzo poważnie podchodzili do tej roli – powiedział PAP Thomas Alkaerr, współtwórca dokumentalnego cyklu NRK „Helvete” i kurator wystawy o black metalu w Bibliotece Narodowej w Oslo.
Pisali listy, wymieniali kasety demo i fanziny, własnoręcznie z przywiezionych z zagranicy czasopism wycinali zdjęcia i składali wydawnictwa. Norweska kontrkultura otrzymała własny mundur: czerń, ćwieki i corpse paint, czyli biało-czarny makijaż nadający twarzy wygląd zwłok.
– Przede wszystkim jednak szukali inspiracji dla powstających jak grzyby po deszczu zespołów i znaleźli je w norweskiej tradycji. Na okładki swoich płyt wybierali lasy, drewniane chaty i góry. Przy pisaniu tekstów sięgali po pogańskie sagi, trolle, mroczny narodowy romantyzm oraz wyobrażenie kraju wolnego od chrześcijaństwa. Scenerię opuszczonych fabryki i skomercjalizowaną kulturę Hollywood zostawiali zespołom deathmetalowym z USA i Szwecji – mówi Alkaerr.
Centrum tego świata stał się należący do Oeysteina „Euronymousa” Aarsetha sklep muzyczny Helvete (pol. Piekło). Ze swojej piwnicy wokalista Mayhem stworzył wspólnotę z własną hierarchią, językiem. Jej członkowie testowali swoją kontrkulturową i antykościelną autentyczność. Jednym z tego przejawów było podpalenie pochodzącego z XII wieku drewnianego kościoła Fantoft. Później w zgliszcza zamieniły się kolejne świątynie. W udzielonym w 1993 roku lokalnej gazecie wywiadzie jeden z liderów środowiska blackmetalowego Varg Vikernes opowiadał o satanistycznym podziemiu, którego celem miało być zniszczenie chrześcijańskich świątyń.
– Norwescy fani black metalu mówili wtedy: „wszyscy śpiewają o paleniu kościołów - my to naprawdę robimy”. Z czasem stało się to „dramatyczną strategią marketingową” – ocenia norweski dziennikarz.
Narastająca radykalizacja przeniosła się do wnętrza środowiska. Pochodzący z Oslo Aarseth i mieszkający w Bergen Vikernes, wcześniej przyjaciele i współpracownicy, zaczęli rywalizować. 10 sierpnia miało się rozstrzygnąć, kto będzie rozdającym karty w norweskim black metalu. Do Oslo Vikernesa, który nie miał prawa jazdy, zawiózł „Blackthorn”, gitarzysta zespołu Thorns.
Za morderstwo i akty wandalizmu w 1994 roku Vikernes dostał maksymalny wówczas wyrok - 21 lat więzienia. „Blackthorn” za współudział 8 lat pozbawienia wolności.
– Po tym zdarzeniu black metal w Norwegii się załamał. Pozostała pustka. Muzycy i członkowie subkultury znaleźli się na czarnej liście, a „zwykli” Norwegowie nie chcieli mieć z black metalem nic wspólnego. Przez mniej więcej pięć lat nic się nie działo – mówi Alkaerr.
Scena jednak nie umarła. Muzycy nadal ćwiczyli, nagrywali i zdobywali słuchaczy, tyle że za granicą. Pochodzący z prowincjonalnego Notodden Emperor i jemu podobne zespoły rosły w siłę, sprzedając dziesiątki tysięcy płyt w Niemczech, Francji, Polsce, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Ameryce Południowej. Z początkiem nowego milenium słuchanie black metalu z powrotem zaczęło być w Norwegii modne. Muzyka trafiła do komercyjnych już rozgłośni radiowych i telewizji. W 1999 roku norweskiego odpowiednika Grammy otrzymał black metalowy The Covenant, a na gali jako gwiazda zagrał Dimmu Borgir.
Dziś dawny underground napędza norweską kulturę masową i promocję kraju. Dziesiątki festiwali jak Inferno w Oslo, Beyond the Gates w Bergen oraz Midgardsblot w Horten ściągają publiczność z całego świata.
– Robimy największą imprezę metalową w północnej Europie – z dumą podkreśla w rozmowie z PAP Lars Baade z festiwalu Tons Of Rock, którego organizatorzy na tegoroczną edycję sprzedali 150 tys. biletów.
Black metalu stał się we współczesnej Norwegii czymś znacznie większym niż tylko przejawem kontrkultury. Fani mrocznych brzmień zaczęli odwiedzać kraj pochodzenia swojej ulubionej muzyki jako turyści.
– To „blackpackerzy”. Odwiedzają dawny lokal Helvete, blok w dzielnicy Toeyen, gdzie zginął „Euronymous”, czy miejsca związane z podpaleniami. Mogą wejść do piwnicy sklepu Neseblod (pol. Krew Z Nosa), w którym spotykali się legendarni założyciele norweskiej sceny. Dla pochodzących z całego świata ludzi, którzy czują bardzo silną więź z norweskim black metalem, to pielgrzymka – stwierdza Thomas Alkaerr.
Oryginalne drzwi do sklepu Piekło pokazano na wystawie Biblioteki Narodowej niczym relikwie. Muzeum Edvarda Muncha przygotowało projekt artystyczny z grupą Satyricon, publiczni nadawcy produkują filmy dokumentalne o historii gatunku. Za warstwę muzyczną norweskich eliminacji do Konkursu Piosenki Eurowizji odpowiada były perkusista i od lat związany ze sceną rockową i metalową Tarjei Stroem.
– Black metal sprzedaje już nie tylko płyty i bilety. Sprzedaje Norwegię: jej lasy, zimno, góry, mrok, jej mity i legendy. Niewygodna subkultura nie została schowana w piwnicy. Oczyszczono ją ze zbrodniczej dosłowności, ale zachowano muzykę, estetykę i mit. Jest przykładem, że można promować kraj nie tylko przez stworzoną przez elity i dla elit kulturę – podkreśla Alkaerr.
W 2023 roku historyk Teodor Thyvold publicznie upomniał się o uznanie black metalu za norweskie dziedzictwo kulturowe. Zaapelowała o to w mediach również Cecilie Kaehler z Norweskiej Rady Kultury, podkreślając, że skoro norweski strój narodowy bunad mógł trafić na listę dziedzictwa UNESCO jako znak przynależności do wspólnoty, to może tam również jako taka trafić blackmetalowa estetyka.
– Norweski black metal prawdopodobnie nigdy nie był większy niż obecnie. To więcej niż muzyka. Dla dziesiątek tysięcy w Norwegii i milionów na świecie stał się w swojej nowej odsłonie nieszkodzącą nikomu drogą życia – ocenia Thomas Alkaerr.
Z Oslo Mieszko Czarnecki (PAP)