Prezes zarządu Fundacji PCPM Wojciech Wilk. Fot. PAP/Paweł Supernak
Polska nie istnieje w świadomości wielu mieszkańców Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej, a jeśli istnieje, to tylko jako obszar pomiędzy Niemcami a Rosją; poza Europą, USA, Kanadą, Koreą czy Japonią ludzie często mylą Poland z Holland - powiedział PAP Wojtek Wilk, prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej .
Dymisja pełnomocniczki rządu ds. wizerunku Polski Barbary Mróz-Gorgoń nie zamyka tematu promocji Polski za granicą. O tym, na czym można budować pozycję Polski na świecie, a tym samym wzmacniać jej wizerunek, PAP zapytała dra Wojtka Wilka, prezesa Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) i eksperta ONZ w zakresie zarządzania kryzysowego i koordynacji pomocy humanitarnej.
Dr Wilk ocenił, że jeśli chodzi o promocję Polski na świecie, polscy politycy nie doceniają soft power. Poza Zachodem, jak wskazał, świadomość o Polsce jest niewielka. Jego zdaniem, by wzmocnić wizerunek Polski, rząd powinien skupić się na trzech obszarach: rozwoju polskiego szkolnictwa za granicą, stworzeniu produktu, który kojarzyłby się z Polską, oraz specjalistycznej pomocy rozwojowej.
PAP: Czy Polska ma soft power?
Dr Wojtek Wilk: Gdy obserwuję polską politykę zagraniczną, to mam wrażenie, że skupia się ona głównie na tradycyjnych instrumentach budowania pozycji kraju: dyplomacji, także kulturalnej, kontaktach w UE, sojuszach, inwestycjach w obronność, itd. Polscy politycy nie doceniają „soft power”, więc w tę dziedzinę specjalnie się nie inwestuje. Tymczasem upraszczając nieco, gdyby Polska postawiła na soft power, ludzie na całym świecie nie tylko myśleliby o nas pozytywnie, ale i chcieliby, aby żyło im się tak jak Polakom, naśladowaliby polski model życia.
PAP: Soft power to szeroko rozumiane zdolności państwa do przekonywania obywateli innych krajów do swoich racji dzięki atrakcyjności kultury, języka, polityki czy wartości. Polska to zaniedbuje?
W.W.: Polska na pewno mogłaby jeszcze bardziej wzmocnić swoją pozycję w krajach Wschodniej Europy, dla których już dziś stała się punktem odniesienia. Białorusini, część Ukraińców - szczególnie ci mieszkający na wschodzie Ukrainy - czy np. Mołdawianie, chcieliby żyć tak, jak Polacy. Polska jest dla nich wzorem, choćby dlatego, że alternatywą pozostaje Rosja. Oczywiście musimy wziąć w nawias nacjonalizmy i zadry wynikające z trudnej historii dawnej Rzeczpospolitej. To osłabia nasze soft power. Uważam, że poza Europą Wschodnią naturalnym obszarem do wykorzystania polskiego soft power jest Gruzja, Armenia i państwa Azji Środkowej. Na przykład w Uzbekistanie, gdy powie się Polsza (Polska), wszyscy po czterdziestce odpowiadają prawie od razu „Czetyrie tankista i sobaka”, bo serial „Czterej pancerni i pies” był bardzo popularny w krajach dawnego ZSRR. A na bardziej poważnie, Polska jest też tam innym wzorcem państwa i życia niż Rosja, Chiny i Iran, warto więc go pokazywać.
Zupełnie inaczej powinien być sprofilowany polski soft power wobec krajów Europy Zachodniej, Środkowej oraz Korei, USA, Kanady czy Japonii. W tym wypadku chodzi o to, by przyciągnąć turystów, wysokiej rangi specjalistów czy inwestorów, wzmocnić wolę współpracy. To wszystko przekłada się bowiem na konkretne korzyści gospodarcze, a może nawet społeczne. W Afryce, Azji, znacznej części Ameryki Południowej polski soft power niestety na razie nie istnieje. Co więcej, nie próbujemy go nawet tam budować - nie ma na to ani funduszy, ani pomysłu. A właśnie tam są ogromne możliwości. Podam przykład Libanu, skąd niedawno wróciłem. W kraju tym mieszka spora grupa ludzi wykształconych w Rosji, mówiący po rosyjsku i mających rosyjski styl myślenia.
PAP: Rozumiem, że są miękką siłą Kremla na Bliskim Wschodzie?
W.W.: Dokładnie. Taki sposób budowania wpływów jest nazywany dyplomacją uniwersytecką. Polski rząd jej próbuje, starając się przyciągnąć zagranicznych studentów do polskich uczelni. Mamy w kraju dobry system nauczania i uniwersytety, które potrzebują studentów z zagranicy. W Kairze, Nairobi czy w innych stolicach są szkoły uczące według niemieckiego, francuskiego czy włoskiego systemu nauczania, które są prostą drogą na tamtejsze uniwersytety. Niestety w krajach leżących poza Europą nie ma takich szkół z polskim systemem nauczania, poza może ośrodkami, gdzie jest liczna Polonia. Stworzenie sieci takich prywatnych szkół w krajach globalnego Południa wzmocniłoby pozycję Polski, bo moglibyśmy budować kadry specjalistów i ludzi przychylnych Polsce dosłownie od dziecka.
PAP: Pomoc humanitarna i rozwojowa, w której specjalizuje się m.in. PCPM, Polska Misja Medyczny czy Polska Akcja Humanitarna to także soft power. W 2026 roku MSZ przeznaczył na to 28,36 mln złotych. Nie za mało?
W.W.: To innego rodzaju soft power. Tu liczą się budżety. Weźmy Sudan Południowy, gdzie zagraniczna pomoc jest kluczowa dla działania tego kraju. Gdybyśmy chcieli stworzyć ranking ambasadorów w Dżubie, na pierwszym miejscu byłby ambasador USA, na drugim przedstawiciel UE a na trzecim – ambasador Norwegii. Ten kraj wspiera Sudan Południowy od jego powstania, przeznacza spore środki na pomoc rozwojową i angażuje się w inicjatywy pokojowe. Podobnie ranking ten wyglądał kilka lat temu na Sri Lance. Dzięki polityce pomocowej nawet mały kraj może zbudować silną pozycję dyplomatyczną.
PAP: Norwegia jest bogatym krajem, więc może przeznaczyć prawie 6 mld dolarów rocznie na pomoc rozwojową.
W.W.: Owszem, nie mamy złóż ropy i gazu czy funduszu dla przyszłych pokoleń, ale polskie PKB jest dwukrotnie większe od norweskiego. Gdybyśmy chcieli, znaleźlibyśmy pieniądze na ten rodzaj soft power.
PAP: Wysiłki promocyjne różnych agencji i resortów mają być skoordynowane tak, aby stworzyć silną markę Polski na świecie. To pewnie zajmie długie lata…
W.W.: Moim zdaniem, przygotowując kampanię promocyjną Polski, należy odpowiedzieć sobie na trzy zasadnicze pytania. Po pierwsze, kto ma być jej odbiorcą? Po drugie, jaki efekt chcemy osiągnąć, co odbiorca ma pomyśleć lub zrobić? Czy zależy nam głównie na tym, by ludzie na świecie dobrze myśleli o Polsce i powtarzali, że „Chopin jest OK”? Czy priorytetem jest to, by zagraniczne firmy jeszcze więcej inwestowały w Polsce? Po trzecie, jaki ma być przekaz i sposób komunikowania go?
Kampania musi być zróżnicowana w zależności od adresata. Zakładam, że w Europie Wschodniej mamy inne cele niż na szeroko rozumianym Zachodzie, a jeszcze inne w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej, jeżeli w ogóle będziemy chcieli tam zaistnieć. Przekaz, cel i sposób realizacji kampanii może być inny dla mieszkańców Unii Europejskiej, a inny dla naszych wschodnich sąsiadów, dla których Polska jest pewnym punktem odniesienia, a jeszcze inny dla mieszkańców krajów poza Europą.
PAP: Jeździ pan często do krajów globalnego Południa. Co mówi się tam o Polsce? Jak jest postrzegana?
W.W.: Kiedy pytam o to, co myślą o Poland, wszyscy odpowiadają: „aaa, Holland!” I to nie jest dowcip. Taka jest rzeczywistość. Niestety Polska nie istnieje w świadomości wielu mieszkańców krajów Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej. A jeśli istnieje, to tylko jako obszar pomiędzy Niemcami a Rosją. Bierze się to poniekąd stąd, że nie ma towaru, produktu albo kategorii produktów, które kojarzyłyby się jednoznacznie z Polską. To jest nasza wielka słabość. Bez tego trudno będzie zbudować markę Polski.
Kiedy rozmawiamy o osiągnięciach Niemiec, przychodzą nam do głowy samochody czy towary przemysłowe – Mercedes, Audi, Siemens itd. Francja? Renault, szampany, sery. A Polska? Czy przychodzi nam do głowy cokolwiek? Jakaś marka, towar?
PAP: Kiedyś była to Polish vodka.
W.W.: Wódka nie jest towarem luksusowym ani tym bardziej prestiżowym. Ludzie spoza Europy zadają mi często pytanie: „Co produkuje Polska?”. Zawsze zastanawiam się, co mam odpowiedzieć. Meble? Beton?
PAP: Polska żywność jest znakomitej jakości, ale nikt jej nie promuje na świecie.
W.W.: Co ciekawe, widziałem mleko Mlekovity w supermarkecie w Lusace w Zambii. Przyznam, że zrobiło to na mnie wrażenie, bo trzeba się nie lada natrudzić, by eksportować mleko 7,5 tys. kilometrów na południe. Z kolei Oshee kupowałem w RPA. I to też było imponujące, bo komuś opłacało się przewieźć kontener z napojami spod Krakowa na kraniec Afryki.
Ale przechodząc do sedna, znacznie łatwiej byłoby wypromować Polskę za granicą, gdyby stworzono produkty z myślą o tym, by stały się rozpoznawalne i były kupowane na całym świecie. Niestety takich produktów nie ma.
PAP: W czym Polska mogłaby się wyspecjalizować, co wzmocniłoby jej pozycję na świecie? Myślę nie tylko o towarach, ale o jakieś szerzej rozumianej gałęzi soft power.
W.W.: Uważam, że Polska powinna się skupić na trzech obszarach. Pierwszy to szkolnictwo. O tym już rozmawialiśmy. Warto pomyśleć o zbudowaniu w wybranych krajach, ważnych dla nas z punktu widzenia polityki migracyjnej, sieci polskich szkół średnich. Przygotowywały one kompleksowo młodzież do studiów na uczelniach w Polsce. Szkoły to inwestycja w przyszłość, w kapitał ludzki. Ci najzdolniejsi po ukończeniu uniwersytetów w Warszawie, Krakowie, Gdańsku czy Wrocławiu zostaliby w Polsce, a ze względów demograficznych będziemy potrzebowali wykształconych, mówiących po polski migrantów. Pozostali, ci którzy nie trafiliby na polskie uniwersytety, byliby niejako „ambasadorami” Polski w swych krajach. Taką dyplomację edukacyjną uprawiają od dawna Niemcy, Francja czy Wielka Brytania.
O drugim obszarze też już rozmawialiśmy – chodzi o stworzenie i wypromowanie produktów czy towarów, które będą kojarzyły się z Polską.
Trzecią dziedziną mogłaby być specjalistyczna pomoc rozwojowa. Powinnyśmy znaleźć niszę, coś czego nie zagospodarowali jeszcze najwięksi gracze, a co kojarzyłoby się z Polskę. W taką działalność należałoby mocno zainwestować i na tym budować wizerunek kraju.
PAP: Co mogłoby to być?
W.W.: Na przykład szkolenie i wsparcie straży pożarnej i służby ratowniczej.
PAP: PCPM realizuje taki projekt w Kenii.
W.W.: Robią to też inne polskie organizacje, zaś MSZ przyznaje, że chce w tę specjalizację inwestować. Zagraniczne rządy bardzo dobrze odbierają tego typu działania. Działania strażaków, którzy niosą pomoc ofiarom różnego rodzaju katastrof, są bardzo medialne. Tego typu pomoc ma wielkie zasięgi, jeśli chodzi o liczbę odbiorców. I zwyczajni mieszkańcy bardzo to doceniają. Dzięki funduszom z MSZ PCPM stworzył pierwszą w Afryce grupę poszukiwawczo-ratowniczą, która ratuje ludzi spod gruzów. Ci ludzie są „obrandowani” Polską - na mundurach i sprzęcie noszą znaczki „Polska Pomoc”. Wykonują niesamowitą robotę – od stycznia do końca czerwca 2026 roku w samym tylko Nairobi zawaliło się 10 budynków, a oni uratowali spod gruzów 35 osób. Polska straż pożarna ma długą tradycję i znakomitą renomą na świecie dzięki szybkiemu czasowi reakcji, dobremu sprzętowi. Nasi strażacy znani są z odważnych akcji oraz wyspecjalizowanym grupom poszukiwawczo-ratowniczym. Mamy się czym dzielić.
Rozmawiał Jacek Pawlicki/ PAP
jap/ ugw/ ktl/