Polska po 1989 roku

27.10.2016

Prof. Dudek: Po 25 latach od wyborów w 1991 r. wiele ówczesnych problemów jest wciąż aktualnych

Inauguracyjne posiedzenie Sejmu I kadencji z udziałem prezydenta Lecha Wałęsy. 25.11.1991. Fot. PAP/I. Radkiewicz Inauguracyjne posiedzenie Sejmu I kadencji z udziałem prezydenta Lecha Wałęsy. 25.11.1991. Fot. PAP/I. Radkiewicz

Po 25 latach od wyborów w 1991 r. wiele dyskutowanych wówczas spraw jest wciąż aktualnych, bo są istotne dla naszego życia społecznego – mówi prof. Antoni Dudek z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. 27 października 1991 r. odbyły się pierwsze w powojennej Polsce wolne wybory parlamentarne.

PAP: Polska była pierwszym krajem Europy Środkowo-Wschodniej, w którym przeprowadzono częściowo wolne wybory 4 czerwca 1989 r., a zarazem ostatnim, w którym doprowadzono do w pełni wolnych wyborów parlamentarnych. Według wielu opinii było to zbyt późno.

Prof. Antoni Dudek: Z całą pewnością stało się bardzo źle, że wybory przeprowadzono tak późno. Zdecydowała o tym sytuacja ukształtowana po wyborach czerwcowych 1989 r., które zaowocowały podziałem władzy pomiędzy kontrolowany przez Solidarność rząd koalicyjny Tadeusza Mazowieckiego oraz prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Powodem dla którego wybory nie odbyły się wiosną 1990 r. była obawa rządu Mazowieckiego, że mogą one zdestabilizować sytuację w okresie wprowadzania ostrego programu zmian ekonomicznych.

W tym okresie w obozie solidarnościowym wybuchła tak zwana wojna na górze. Jedną z osi konfliktu były zarzuty wobec Mazowieckiego, iż spowalnia zmiany ustrojowe. Odpowiedzią rządu było przeprowadzenie wyborów samorządowych w maju 1990 r. W trakcie wojny na górze pojawiła się koncepcja wyboru nowego prezydenta. Jaruzelskiego słusznie uznano za symbol starego reżimu. Natychmiast jednak pojawił się problem sposobu obsadzenia tego urzędu. Ostatecznie skłócone elity solidarnościowe zdecydowały, że odbędą się wybory powszechne.

Moim zdaniem była to decyzja fatalna, ponieważ do budowanego już wówczas systemu parlamentarno-gabinetowego wprowadzono urząd prezydencki o silnym mandacie. Skutkowało to później konfliktami kolejnych prezydentów z rządami o odmiennej orientacji, a nawet pamiętną szorstką  przyjaźnią Millera i Kwaśniewskiego.

Decyzja o wyborach prezydenckich jesienią 1990 r. przesunęła zarządzenie wyborów parlamentarnych. Wybrany w nich Lech Wałęsa nie był specjalnie zainteresowany szybkim przeprowadzeniem wyborów parlamentarnych, ponieważ miał on silniejszą legitymizację społeczną i pozycję niż wybrany w wyborach w 1989 roku Sejm kontraktowy. Pozwalało mu to narzucać własne koncepcje polityczne, takie jak wybór Jana Krzysztofa Bieleckiego na premiera, który miał wprawdzie wotum zaufania ze strony Sejmu, ale w praktyce stał na czele rządu prezydenckiego. Jednak i w parlamencie nie spieszono się z kończeniem kadencji, bo większość posłów miała świadomość, że będzie to kres ich kariery politycznej.

Ponadto Wałęsa uwikłał się z Sejmem w konflikt o ordynację wyborczą. Wiosną 1991 r. trwał zapomniany dziś wielotygodniowy spór z parlamentem, podczas którego prezydent dwukrotnie wetował uchwaloną ordynację. Po przełamaniu drugiego z wet ordynację uchwalono dopiero w czerwcu 1991 r., co oznaczało, że wybory odbędą się dopiero wakacjach, w końcu października. Na skutek splotu tych wszystkich czynników Polska znalazła się w ogonie krajów postkomunistycznych.

Decyzja o wyborach prezydenckich jesienią 1990 r. przesunęła zarządzenie wyborów parlamentarnych. Wybrany w nich Lech Wałęsa nie był specjalnie zainteresowany szybkim przeprowadzeniem wyborów parlamentarnych, ponieważ miał on silniejszą legitymizację społeczną i pozycję niż wybrany w wyborach w 1989 roku Sejm kontraktowy.

PAP: Czy przyjęta ordynacja była efektem wielkiej niepewności panującej na scenie politycznej?

Prof. Antoni Dudek: Była efektem naiwnego myślenia zakładającego, że należy nisko ustawić próg wyborczy, tak aby jak najwięcej sił politycznych mogło zaistnieć w Sejmie. Był to klasyczny przejaw dziecięcej choroby młodej demokracji. Ordynacja nie przewidywała ogólnopolskiego progu wyborczego i kreowała bardzo duże okręgi wyborcze. Dało to możliwość bardzo łatwego znalezienia się w Sejmie.

Wynik wyborów był rekordowy jeśli chodzi o rozdrobnienie parlamentu. Znalazły się w nim aż 24 ugrupowania. Wśród nich było 10 reprezentowanych przez zaledwie jednego posła. Formalnym zwycięzcą była Unia Demokratyczna, która zdobyła tylko 62 mandaty. Tuż za nią z 60 mandatami znalazł Sojusz Lewicy Demokratycznej. Dalej były takie partie jak Konfederacja Polski Niepodległej, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, Porozumienie Centrum i Polskie Stronnictwo Ludowe Waldemara Pawlaka, mające po około 50 posłów.

Ten podział mandatów zaowocował permanentnym kryzysem rządowym. Sejm w trakcie niespełna dwuletniej kadencji wyłonił dwa rządy – całkowicie mniejszościowy rząd premiera Jana Olszewskiego oraz formalnie większościowy, siedmiopartyjny rząd Hanny Suchockiej. Także ten rząd bardzo szybko stracił swoją większość, ponieważ koalicję opuściło Porozumienie Ludowe, a Solidarność – popierająca utworzenie tego gabinetu - poparła wotum nieufności, które zaowocowało nowymi wyborami w 1993 r., już według nowej ordynacji.

PAP: Jakie były główne tematy kampanii wyborczej latem 1991 r.?

Prof. Antoni Dudek: Z dzisiejszej perspektywy ta kampania była zjawiskiem niebywałym. Wciąż pamiętam ówczesne programy telewizyjne komitetów wyborczych. W trakcie trwających godzinę audycji występowało ponad 20 ugrupowań, które zarejestrowały się w całej Polsce. Dodajmy, że w co najmniej jednym okręgu listy zarejestrowało 111 komitetów. Każdy komitet miał więc dwie i pół minuty na przedstawienie programu. Każdy kto był w stanie obejrzeć całość programu stykał się z m.in. trzema partiami ekologicznymi, kilkoma partiami chłopskimi, paroma partiami nacjonalistycznymi oraz kilkoma socjalistycznymi i socjaldemokratycznymi. Tworzyło to wielki chaos przyczyniający się do bardzo niskiej frekwencji na poziomie 43 procent.

Głównym tematem kampanii była gospodarka. Był to drugi rok wprowadzania bolesnego planu Balcerowicza. Wszystkie partie, poza Unią Demokratyczną, prześcigały się w tym, która z nich jest bardziej antyliberalna gospodarczo. Ważnym elementem była również sprawa zaostrzenia ustawy aborcyjnej. Obowiązywała wówczas pochodząca jeszcze z 1956 r. ustawa dająca prawo przerwania ciąży „na życzenie”. Wybrany wówczas Sejm po ostrym konflikcie społecznym uchwalił w 1993 r. ustawę obowiązującą do dziś. Dyskusja wokół aborcji sprawiała również, że pojawiał się temat miejsca Kościoła w życiu publicznym. Część ugrupowań twierdziła, że rola Kościoła jest zbyt duża, inne zaś twierdziły, że życie społeczne w Polsce musi opierać się na wartościach chrześcijańskich.

Pamiętajmy również, że dyskutowano na tematy ustrojowe. Zakładano, że ten Sejm będzie konstytuantą, która uchwali nową ustawę zasadniczą, mającą zastąpić stalinowską konstytucję z 1952 r. Jak wiemy tak się nie stało, ponieważ podzielony Sejm był w stanie uchwalić tylko tzw. małą konstytucję w 1992 r. Różne partie przedstawiały skrajnie odmienne rozwiązania: od systemu prezydenckiego przez parlamentarno-gabinetowy, aż po ekscentryczne pomysły przywrócenia konstytucji kwietniowej z 1935 r.

Każdy komitet miał więc dwie i pół minuty na przedstawienie programu. Każdy kto był w stanie obejrzeć całość programu stykał się z m.in. trzema partiami ekologicznymi, kilkoma partiami chłopskimi, paroma partiami nacjonalistycznymi oraz kilkoma socjalistycznymi i socjaldemokratycznymi. Tworzyło to wielki chaos przyczyniający się do bardzo niskiej frekwencji na poziomie 43 procent.

PAP: Mała konstytucja była mocno krytykowana za wzmocnienie władzy prezydenta...

Prof. Antoni Dudek: Ta krytyka pojawiła się dopiero w trakcie jej obowiązywania. Wbrew pozorom mała konstytucja nie wzmocniła ustrojowej roli prezydenta, ograniczając np. jego prawo do rozwiązania parlamentu. Wyeksponowano w niej natomiast rolę prezydenta w powoływaniu szefów trzech resortów  – spraw wewnętrznych, obrony i spraw zagranicznych. Wałęsa metodą naciągania zapisów małej konstytucji uczynił z prawa opiniowania przywilej nominowania kandydatów. Było to już jednak po wyborach 1993 r.

PAP: Ciągły impas sprawiał, że otwierało się większe pole do działań obozu prezydenckiego. Mimo to wyłoniony został rząd Jana Olszewskiego. Czy była to klęska Lecha Wałęsy?

Prof. Antoni Dudek: Było klęską, bo Wałęsa rzeczywiście nie chciał Olszewskiego na stanowisku premiera. Warto przypomnieć, że początkowo zgłosił własną kandydaturę na szefa rządu i dopiero wówczas wytłumaczono mu, że takie rozwiązanie jest niezgodne z konstytucją. Wtedy stwierdził, że premierem powinien pozostać Bielecki. Problem polegał na tym, że Kongres Liberalno-Demokratyczny miał tylko 37 posłów. W tym samym czasie rozpoczęła się ostra rozgrywka pomiędzy prezydentem a krótkotrwałą koalicją, tak zwaną „piątką”, którą budował Jarosław Kaczyński. Był to pierwszy etap konfliktu pomiędzy liderem Porozumienia Centrum a Lechem Wałęsą.

To Kaczyński dążył do nominowania Jana Olszewskiego na premiera. Kilka tygodni trwały liczne zawirowania, takie jak powierzenie misji tworzenia rządu liderowi UD Bronisławowi Geremkowi, który jednak nie był w stanie zbudować większościowej koalicji. Ostatecznie to właśnie Kaczyńskiemu udało się zbudować chybotliwą większość. Kluczem była zgoda PSL Waldemara Pawlaka, które nie weszło do rządu, ale poparło jego powołanie w zamian za utrzymanie wpływów ludowców w różnych ministerstwach. W efekcie Jarosław Kaczyński doprowadził do powstania rządu Jana Olszewskiego. Dysponował on jednak twardym poparciem zaledwie około 130 posłów z Porozumienia Centrum, ZChN, Porozumienia Ludowego, Solidarności i kilku mniejszych partii. Było więc mu daleko do większości sejmowej 231 posłów. Wiosną 1992 r. toczyły się więc rozmowy o poszerzeniu koalicji, między innymi o Unię Demokratyczną i KLD lub alternatywnie o KPN, które jednak nie przynosiły żadnych efektów, co zresztą doprowadziło do sporu między Olszewskim i Kaczyńskim. Po pięciu miesiącach rząd został odwołany po słynnej „nocnej zmianie” i wielu wcześniejszych konfliktach z Lechem Wałęsą.

PAP: Sejm został rozwiązany w 1993 r. Czy zdawano sobie sprawę, że jest to otwarcie drogi do rządów partii postkomunistycznych?

Prof. Antoni Dudek: Pamiętajmy, że Sejm był bardzo podzielony, ale zdecydowaną większość jego składu stanowiły ugrupowania nurtu solidarnościowego lub szeroko pojętej opozycji antykomunistycznej. Wszystkie te partie w maju 1993 r. uchwaliły nową ordynację wyborczą, której podstawowe zasady obowiązują do dziś. Wprowadziła 5 proc. próg wyborczy dla partii i 8 proc. dla koalicji oraz zmniejszyła okręgi wyborcze. Nowy system wyborczy premiował najsilniejsze formacje. Posłowie mieli tego świadomość, niemniej jednak, gdy rozpoczęło się tworzenie koalicji wyborczych okazało się, że cały obóz solidarnościowy jest nieprawdopodobnie skłócony, a jego dawni liderzy niezdolni do budowania porozumień. W efekcie w wyborach jesienią 1993 r. przepadło 36 proc. głosów, ponieważ padły na ugrupowania, które nie przekroczyły progów wyborczych.

Na drugim biegunie znalazł się SLD, który uzyskując niewiele ponad 20 proc. głosów zdobył blisko 40 proc. mandatów. Podobnie było z Polskim Stronnictwem Ludowym, które uzyskując 15 proc. głosów dysponowało prawie 30 proc. mandatów. Nigdy później nie doszło do aż tak głębokiego zdeformowania woli wyborców wskutek krótkowzroczności partyjnych liderów.

Część dyskutowanych wówczas spraw, takich jak np. kształt prywatyzacji jest wciąż aktualna. Wprawdzie wówczas gospodarka była znacznie bardziej upaństwowiona niż obecnie, ale spór o zakres i sposoby prywatyzacji toczy się do dziś. Podobnie jest ze sprawą dopuszczalności aborcji, roli Kościoła czy zmian ustrojowych, które i wtedy i dziś rozpalają spory. Można powiedzieć, że wówczas rozwiązał się „wór” z wieloma problemami, które wciąż powracają.

PAP: Czy spory z lat 1991-1993 zdeterminowały cały spór polityczny lat dziewięćdziesiątych i po części wciąż wpływają na kształt polskiej sceny politycznej?

Prof. Antoni Dudek: Z całą pewnością tak. Był to Sejm, w którym rozgorzał spór o kształt odradzającego się po rządach komunistycznych państwa polskiego. Część dyskutowanych wówczas spraw, takich jak np. kształt prywatyzacji jest wciąż aktualna. Wprawdzie wówczas gospodarka była znacznie bardziej upaństwowiona niż obecnie, ale spór o zakres i sposoby prywatyzacji toczy się do dziś. Podobnie jest ze sprawą dopuszczalności aborcji, roli Kościoła czy zmian ustrojowych, które i wtedy i dziś rozpalają spory. Można powiedzieć, że wówczas rozwiązał się „wór” z wieloma problemami, które wciąż powracają.

Tym, co najbardziej nas odróżnia od tamtej epoki, jest profesjonalizacja polityki. Świetnie to widać, gdy się obejrzy np. spoty z tamtej kampanii wyborczej, czy też obrazki z wybranego wówczas parlamentu. Przypomnę, że to w tamtym Sejmie zaistniała m.in. Polska Partia Przyjaciół Piwa, która zresztą zaraz po wyborach rozpadła się na tzw. „małe piwo” i „duże piwo”. Dziś taka partia raczej nie znalazłaby się w sejmie. Polityka w ciągu dwudziestu pięciu lat stała się dużo bardziej profesjonalna, ale wiele tematów nią rządzących pozostało, bo są wciąż istotne dla naszego życia społecznego.

Rozmawiał Michał Szukała (PAP)

szuk/ mjs/ ls/

Wszelkie materiały (w szczególności depesze agencyjne, zdjęcia, grafiki, filmy) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Materiały te mogą być wykorzystywane wyłącznie na postawie stosownych umów licencyjnych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, bez ważnej umowy licencyjnej jest zabronione.
Do góry

Walka
o niepodległość
1914-1918

II Rzeczpospolita

II Wojna
Światowa

PRL