Fryzjer opowiadacz z nowej powieści Pawła Sołtysa „Monolok” dołączył do galerii postaci warszawskiego Grochowa - jednej z bardziej eksploatowanych lokalizacji w polskiej literaturze ostatniego półwiecza. Grochów długo trzymał swoją odrębność i miał szczęście do pisarzy - powiedział PAP Sołtys.
- Czy kiedyś było fajniej? Czuję, że tak, a na pewno było inaczej. Zresztą mój bohater sam mówi, że kiedyś to wszystko wyglądało inaczej, stosunki sąsiedzkie, międzyludzkie. On chyba za tym tęskni - na przykład za kulturą opowiadania, takim zjawiskiem, że ludzie wzajemnie sobie opowiadają historie. Tego na pewno mamy coraz mniej, coraz więcej patrzymy w telefony, coraz więcej zajmujemy się obrazkami, a coraz mniej innymi ludźmi. A mój bohater jest, po pierwsze, miłośnikiem historii, a po drugie - gadanie to chyba lekarstwo na różne samotności, które moich bohaterów dręczą - mówił PAP Paweł Sołtys, pisarz, wokalista, lider projektu Pablopavo i Ludziki.
Pisarz zgadza się, że obecnie część leczniczych aspektów opowiadania, bycia wysłuchanym, zawłaszczyli psychoterapeuci. - Cóż, kiedyś to było za darmo. Kiedyś ludzie mieli się gdzie wygadać - był fryzjer, czasem krawiec, czasem miła sprzedawczyni z warzywniaka. Na większą skalę funkcjonowała też instytucja osiedlowych ławek, gdzie ludzie rozmawiali. Świat się bardzo zmienił. Opowiadaczy zresztą znalazłoby się w Warszawie wielu, ale jest też kryzys słuchania. Jak nie ma słuchaczy, to ci opowiadacze się po prostu marnują. Coraz gorzej siebie słuchamy i to nie tylko na poziomie koleżeńskim, sąsiedzkim, ale też w rodzinach - powiedział.
Bohater „Monoloka”, grochowski fryzjer, to obserwator świata, ciekawy ludzi łowca historii. - To porządny facet. Jest bardzo blisko ludzi, nie ocenia nikogo łatwo, ale też nie mitologizuje życia przestępców, widzi, że za fasadą opowieści o honorze jest zwyczajna przemoc. Ma też taki staroświecki stosunek do miłości, małżeństwa. Lubi nie tylko ludzi - pochyla się też nad braćmi mniejszymi, wszystkimi kotami, pieskami, gołębiami - one są ważnym elementem jego opowieści.
Urodził się w 1940 roku w Warszawie, jak sam mówi – „ani dobry rok, ani dobre miejsce”. Opowiada o miłości do żony, o relacji ze swoim mistrzem fryzjerskim, o przyjaźniach. W jego fotelu fryzjerskim zasiadali kieszonkowiec, robotnik, ale też inżynier, profesor - ludzie bardzo różni, z odmiennymi perspektywami patrzenia na świat. Ich opowieści to strumyczki łączące się w pamięci fryzjera w rzekę historii miasta i kraju. Słuchanie daje mu mądrość. Stary fryzjer ma też swoje przemyślenia o Powstaniu Warszawskim, o tym, jak powiedział Sołtys, „najradykalniejszym wydarzeniu i sporze w historii miasta”. - Każdy Warszawiak ma zdanie na ten temat. Ja chciałem pokazać ludzi, którzy w tym Powstaniu byli i bez wątpienia są bohaterami, choć sami siebie tak nie postrzegają. Bliska mi jest myśl, że młodzi ludzie, a zawłaszcza dzieci, powinni jednak zajmować się czymś innym niż walką z karabinem. Chciałem pokazać bohaterów narodowych od ludzkiej strony - mówił pisarz.
- Gdy mieszkałem na Grochowie, to też chodziłem do takiego fryzjera, niestety zapomniałem już jego imienia. Od niego być może zresztą wzięła się ta książka, choć oczywiście mój bohater w żaden sposób nim nie jest. Tamten mój fryzjer z Grochowa lubił sobie zrobić małą przerwę na zapleczu, wypił pięćdziesiątkę i wracał - wspominał Sołtys.
Grochów, dzielnica Warszawy długo pozostająca w cieniu legendarnej starej Pragi, późno włączony do miasta rejon, gdzie miała miejsce sławna bitwa powstania listopadowego, a potem długo nic się nie działo, od pewnego czasu stał się chyba najbardziej eksploatowaną literacko dzielnicą Warszawy. Od wierszy Tadeusza Borowskiego, gdzie na Skaryszewskiej „łzy płyną rynsztokiem”, opowiadania Marka Nowakowskiego, „Chamowa” Mirona Białoszewskiego, przez „Grochów” Andrzeja Stasiuka, „Rondo Wiatraczna” Marka Bieńczyka, „Kamionek” Marcina Wichy - legenda Grochowa narasta w ostatnich latach lawinowo, a fryzjer z „Monoloka” to kolejny literacki Grochowiak.
- Ta dzielnica ma trochę szczęście, że tylu pisarzy mieszkało tam przez część życia. Grochów też bardzo długo trzymał swoją odrębność. Warszawa bardzo intensywnie się gentryfikowała, dzielnice zaczynały się stawać coraz bardziej podobne do siebie, traciły odrębność, a Grochów długo pozostawał takim miasteczkiem w mieście, gdzie wszyscy się znali, a to jest bardzo dobry zaczyn dla literatury - plotki, opowieści, wspomnienia... To była taka prowincja wielkiego miasta, obrzeża, wręcz kresy. Grochów zresztą zmienił się radykalnie w ciągu ostatnich 15 lat, to jest już teraz inne miasto, niż to, które znałem. Bardzo lubiłem na przykład Astorię w grochowskim Universamie – na górze była sala balowa, a na dole był bar. Myślę, że połowa mojego pisania jest z tamtego baru. Oczywiście potem to przerabiam, zmieniam, zmyślam, ale z takich miejsc wyniosłem melodię tej opowieści - dodał Sołtys.
„Monolok” ukazał się nakładem wydawnictwa Czarne.
Agata Szwedowicz (PAP)
aszw/ miś/