Nick Lloyd opowiedział o jednej z najkrwawszych batalii w dziejach Europy nie tracąc z oczu losów pojedynczych żołnierzy i nie zapominając o wielkiej polityce, która cały ten mechanizm wprawiła w ruch. Jego książka „Zachodni front. Historia pierwszej wojny światowej” ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Znak Horyzont.
Mało było w dziejach takich konfliktów, które byłyby równie bezsensowne, co pierwsza wojna światowa. Niektórzy historycy opisując zmagania z lat 1914 – 1918 koncentrują się na narastającej różnicy interesów między poszczególnymi krajami, ale jednocześnie zapominają że ich elity żyły z sobą w symbiozie, a monarsze dwory często bywały z sobą skoligacone. Wojny nikt w gruncie (z wyjątkiem garstki wojskowych) nie chciał i nie potrzebował. A jednak gdy wybuchła, przemieniła się w krwawą rzeź, w którą Europa wciągnęła sporą część reszty świata, a jej skutki nawet po ponad stu latach wciąż są widoczne.
W zaplanowanej na trzy oddzielne tomy opracowaniu Nick Lloyd, brytyjski historyk wojskowości, pierwszą część poświęcił Frontowi Zachodniemu. W Polsce nawet wiele osób obeznanych z historią kojarzy te kilkuletnie zmagania tylko z kilkoma wytrychami takimi jak Verdun, Marna, Somma i Ypres. W odróżnieniu od Frontu Wschodniego, który na długo przedzielił wtedy ziemie polskie, to nie była „nasza” wojna. Polski rzeczywiście nie było wtedy na mapie, ale ginęli w niej – w różnych mundurach – polscy rekruci.
Nickowi Lloydowi udało się opisać zmagania na Froncie Zachodnim w taki sposób, że w centrum uwagi stanęli ci, którzy zazwyczaj bywali do tej pory bezimienni: przerażony widokiem niemieckiego generała belgijski cywil, czy szeregowiec z 1. Dywizji Australijskiej, który z drugiego końca świata trafił do okopów nad Sommą.
„Zajęliśmy miejsca na parterze teatru, w którym wystawiany jest ten wielki dramat i ogarnia nas fascynacja na myśl o straszliwej próbie, która nas czeka – notował wkrótce po przyjeździe. „Niebo wokół nas, w promieniu wielu mil, płonie, ziemia drży i się kołysze od eksplozji” – pisał w 1916 roku Arthur Thomas.
Niespełna dwa lata później nie zostało już w nim nic z tego zauroczenia. „Ciągły ostrzał artyleryjski, okropności, brud i smród, mam już dość tego przeklętego widowiska, to okrutne” – notował w tym samym diariuszu. 8 czerwca 1918 roku zginął rażony niemieckim pociskiem.
Między pierwszym i ostatnim wpisem australijskiego rekruta linia okopów na tym odcinku frontu przesunęła się o odległość, którą da się pokonać samochodem w trzy kwadranse. Do czasu gdy wojna wreszcie się skończyła, niewiele się pod tym względem zmieniło – zginęły tylko kolejne tysiące takich żołnierzy jak Arthur Thomas.
Nick Lloyd opowiadając w „Zachodnim Froncie” o codzienności śmierci, wyjaśnia powody dla których wojna z lat 1914-1918 nie przypominała ani poprzednich konfliktów zbrojnych, ani tego kolejnego. Zwraca przy tym uwagę na popełnione przez sztabowców błędy, ale też na fakt, że starły się z sobą w miarę wyrównane siły. W dodatku takie uzbrojone w podobny sposób, wyposażone w sprzęt który dawał przewagę w działaniach obronnych, ale nie pomagał w przełamaniu pozycji przeciwnika.
Na przekór stereotypowi, że Zachodni Front prawie zamarł na kilka lat (z wyjątkiem okupionych wielkimi stratami drobnych przesunięć), bo generałowie nie potrafili wyciągać wniosków, Nick Lloyd pokazuje jak szybko armie zaadaptowały się do nowych warunków. Jednym z pierwszych wniosków po stronie francuskiej była zmiana umundurowania. Żołnierze, którzy szli do boju (i ginęli) w rzucających się z daleka w oczy czerwonych kepi i spodniach tegoż koloru, dostali granatowe mundury, dzięki czemu nie byli już takim łatwym celem dla strzelców przeciwnika.
Zaletą opracowania Nicka Lloyda jest również uwaga, jaką zwraca na polityczne tło działań militarnych. Brytyjski historyk prowadzi czytelnika swojej książki od momentu, gdy dyplomaci szukali jeszcze sposobu na zażegnanie wojny do dnia, w którym była ona już nieunikniona.
Wyjaśnia również, jak doszło do różnych zbrodni i że za tymi popełnianymi przez Niemców w Belgii często stał strach, a nie dzikie barbarzyństwo.
Opowiada o tym, jak rycerskie gesty (pozostawienie pokonanemu belgijskiemu dowódcy oficerskiej szabli) z początku wojny szybko poszły w niepamięć.
Przedstawia nie tylko aktorów pierwszego planu, takich jak Ferdinand Foch i Joseph Joffre, ale też np. równie barwnego generała Charlesa Mangina, który w krytycznym momencie bitwy o Paryż odrzucił Niemców za Mozę, a dwa lata później odbił z rąk przeciwnika kluczowe forty pod Verdun.
Pokazuje również dowódców niemieckich – zarówno tych kompetentnych, jak i poddających się rutynie lub przegrywających z powodu pychy, a czasami z zazdrości przed sukcesem kolegi z korpusu generalskiego.
Opisuje na koniec, jak niemiecka machina państwowa (ale nie wojsko) przegrała w starciu z rewolucją. Taki właśnie epilog miał sprawić, że spora część Niemców nie chciała się pogodzić z warunkami narzuconymi im w Traktacie Wersalskim. W chwili zakończenia zmagań Zachodni Front wciąż przecież ciągnął się na terytorium Francji i Belgii, więc niemieccy żołnierze, a nawet wielu generałów ulegało iluzji, że wojna wcale nie została przegrana. Ta iluzja obok innych zdarzeń miała pchnąć Niemców do kolejnej wojny.
„Odpowiedzialnością za porażkę obarczano rzekomy haniebny sojusz tchórzliwych polityków, bolszewików oraz Żydów, którzy mieli systematycznie podkopywać potęgę armii i osłabiać wolę walki narodu. Stawiano retoryczne pytania: Czy nie przyjaciel nie wykrwawił się w daremnych przełamania linii frontu? Czy niemiecki żołnierz wciąż nie trwał na obcej ziemi?” – przypomina Nick Lloyd. I podkreśla, że na tak przygotowanym gruncie wyrosła legenda o ciosie w plecy, która wyniosła do władzy Hitlera. (PAP)
jkrz/
Nick Lloyd, Zachodni Front. Historia pierwszej wojny światowej. Wyd. Znak Horyzont, Kraków 2026