Kamienne wały w Górach Izerskich w okolicach Kopańca. Fot. domena publiczna
Przez lata przypisywano je Celtom, joannitom i Walończykom. Dziś wiadomo, że kamienne wały w Górach Izerskich są śladem wielowiekowej pracy osadników. Ale gdy naukowcy rozwiązali zagadkę ich pochodzenia, unikatowy krajobraz kulturowy znika. Dr Paweł Duma z Uniwersytetu Wrocławskiego opowiedział o tym PAP.
Kamienne wały ciągnące się przez lasy Gór Izerskich rozbudzają od dziesięcioleci wyobraźnię mieszkańców i badaczy. Jedne mają zaledwie kilkadziesiąt centymetrów wysokości, inne dochodzą do czterech, a nawet pięciu metrów. Przez lata przypisywano je Celtom, Walończykom, joannitom, a nawet kosmitom. Badania zespołu z udziałem dr. Pawła Dumy i pod kierunkiem prof. Jerzego Piekalskiego pokazały jednak, że ich historia jest zupełnie inna – i znacznie ciekawsza. Dziś archeolodzy ostrzegają, że ten wyjątkowy krajobraz może zniknąć, zanim doczeka się skutecznej ochrony.
PAP: Zacznijmy od teraźniejszości. W Górach Izerskich znajduje się wyjątkowy zabytek, który nie jest objęty skuteczną ochroną i z roku na rok znika. Jak poważny jest to problem?
Dr Paweł Duma *: To rzeczywiście paradoks. Mamy do czynienia z jednym z najlepiej zachowanych reliktów dawnego krajobrazu rolniczego w Sudetach, a jednocześnie nie jest on chroniony odpowiednio do swojej wartości. Kamienie są wykorzystywane do budowy ogrodzeń, utwardzania dróg czy innych prac gospodarczych. Dla wielu osób to po prostu łatwo dostępny materiał. Tymczasem wartością tych wałów nie są same kamienie, ale układ, który tworzą.
PAP: Co właściwie widzi archeolog, patrząc na taki wał?
P.D.: Na pewno nie stertę kamieni. Ja widzę dawną granicę pola, ślad pracy ludzi, którzy przez stulecia przekształcali ten krajobraz. Widzę też relacje między gospodarstwami, sposób organizacji przestrzeni, a pośrednio także warunki życia dawnych mieszkańców. To zapis historii, którego nie znajdziemy w kronikach.
PAP: Czyli rozbierając wały, tracimy coś więcej niż kamienie?
P.D.: Tak. Tracimy źródło historyczne. W archeologii najważniejszy jest kontekst. Jeżeli rozbieramy takie konstrukcje, bezpowrotnie niszczymy informacje, których później nie da się już odtworzyć. Dlatego trzeba patrzeć na nie jak na element krajobrazu kulturowego, a nie skład materiału budowlanego.
PAP: Przez dziesięciolecia nie było jednak wiadomo, skąd te wały się wzięły.
P.D.: I właśnie dlatego narosło wokół nich tyle legend.
PAP: Zacznijmy od Celtów…
P.D.: To chyba najbardziej rozpowszechniona hipoteza, ale nie znajdujemy żadnych dowodów, które mogłyby ją potwierdzić. Osadnictwo celtyckie na Dolnym Śląsku koncentrowało się przede wszystkim na terenach nizinnych. Góry Izerskie nie były miejscem zakładania stałych osad. Gdyby Celtowie rzeczywiście zbudowali te wały, znaleźlibyśmy również inne ślady ich obecności. A takich nie ma.
PAP: Wskazywano także na Walończyków i joannitów.
P.D.: Żadna z tych teorii nie wytrzymuje konfrontacji z wynikami badań. Walończycy pozostawiali po sobie ślady działalności górniczej – wyrobiska, hałdy czy zapadliska. Tutaj ich nie ma lub jest ich niewiele. Z kolei hipoteza o joannitach również nie znajduje potwierdzenia. Gdyby wały miały charakter obronny lub administracyjny, tworzyłyby zupełnie inny układ. Tymczasem one przebiegają zgodnie z dawnym podziałem pól. To logika krajobrazu rolniczego, a nie militarnego.
PAP: Czyli możemy wszystkie te teorie wyrzucić do kosza, chyba że będziemy wierzyć w ingerencję kosmitów.
P.D.: Mnie także bawi ta kosmiczna interpretacja historii, ale bądźmy poważni. Zweryfikowaliśmy wszystkie tezy, stawiane przez różne środowiska badaczy, nie tylko naukowców, i w pewnym momencie zrozumieliśmy, że odpowiedź od początku znajdowała się w samym krajobrazie. Trzeba było tylko przestać patrzeć na pojedyncze wały i zobaczyć całość.
PAP: Skoro nie Celtowie, nie joannici i nie Walończycy, to kto zbudował te kamienne wały?
P.D.: Odpowiedź prowadzi do zwykłych ludzi. Żeby ją zrozumieć, trzeba cofnąć się do drugiej połowy XVII wieku. Po wojnie trzydziestoletniej okolica wyjątkowo uniknęła dewastującej depopulacji i liczba mieszkańców na tych terenach zaczęła rosnąć. A jako że najlepsze ziemie były już zajęte, więc kolejne pokolenia musiały szukać miejsca tam, gdzie wcześniej nikt nie chciał gospodarować – na kamienistych stokach Gór Izerskich.
PAP: Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, że ktoś dobrowolnie zakładał gospodarstwo w takim miejscu.
P.D.: I właśnie to jest najczęstszy błąd w myśleniu. Patrzymy na te góry z perspektywy współczesności i wydaje nam się, że skoro teren jest trudny, to ktoś musiał wybrać go z własnej woli. Tymczasem tamtejsi ludzie nie mieli wyboru: ziemi na niżej położonych terenach już brakowało, więc jeżeli chcieli utrzymać rodzinę, musieli zagospodarować to, co zostało.
PAP: Z czym się mierzyli?
P.D.: Z bardzo trudnymi warunkami. Gleby były płytkie i kamieniste, okres wegetacji roślin krótki, a plony niewielkie. Najlepsze grunty były już zajęte, więc nowi osadnicy zagospodarowywali to, co wcześniej uznawano za mało przydatne do uprawy. Każdy skrawek ziemi miał ogromną wartość, dlatego zanim można było cokolwiek zasiać, trzeba było mozolnie usuwać z pola kamienie. Ci ludzie wegetowali na granicy przeżycia. Każdy dodatkowy zagon, każda wiązka siana mogły decydować o tym, czy rodzina przetrwa kolejną zimę. Nie mogli sobie pozwolić na marnowanie nawet niewielkiego fragmentu pola.
PAP: I właśnie wtedy zaczyna się historia kamiennych wałów. Na kiedy można ją datować?
P.D.: Wszystko wskazuje na to, że proces ten rozpoczął się w drugiej połowie XVII wieku, kiedy zaczęto intensywniej zagospodarowywać wyżej położone partie Gór Izerskich. Wały nie powstały jednak w ciągu kilku czy kilkunastu lat. Tworzyły się stopniowo, przez kolejne pokolenia. Każdej wiosny gospodarze zbierali z pól kamienie wypychane ku powierzchni przez mróz i odkładali je na granicach swoich działek. Z roku na rok wały stawały się coraz większe. To nie było jednorazowe przedsięwzięcie budowlane, ale efekt wieloletniej, mozolnej pracy wpisanej w rytm życia gospodarstwa.
Wyobraźmy sobie gospodarza, który każdej wiosny wychodzi na pole. Zamarzająca zimą woda stopniowo wypycha kamienie ku powierzchni. Trzeba je zebrać, bo inaczej nie da się orać ani siać. Największe głazy usuwa od razu, później dochodzą kolejne. Nie zrzuca ich jednak na środek pola, bo straciłby cenną ziemię. Odkłada je na granicy działki. Rok później robi to znowu. Potem jego syn. Później wnuk. I tak przez stulecia.
PAP: Czyli wały nie powstały podczas jednego wielkiego przedsięwzięcia?
P.D.: Przeciwnie, to efekt codziennej, powtarzanej przez pokolenia pracy. W czasie badań znajdowaliśmy wały dopiero zaczęte, inne niedokończone i takie, które osiągnęły nawet cztery–pięć metrów wysokości. To pokazuje, że nie budowano ich według jednego planu. Rosły stopniowo wraz z kolejnymi pokoleniami gospodarzy.
PAP: Dlaczego układano kamienie właśnie w wały? Przecież łatwiej byłoby usypać jedną hałdę.
P.D.: Tylko że wtedy traciłoby się ziemię. A tutaj liczył się dosłownie każdy metr kwadratowy. Najbardziej racjonalnym rozwiązaniem było odkładanie kamieni na granicy pola. Dzięki temu nie zmniejszała się powierzchnia upraw. To bardzo proste wyjaśnienie, ale właśnie ono najlepiej tłumaczy ten krajobraz.
PAP: W badaniach pojawiają się także inne elementy wiążące się z murami – rampy i tak zwane izby. Czym one są?
P.D.: Kamienne wały to tylko część tego, co zachowało się w terenie. Natrafiliśmy również w rejonie Chromca i Kopańca na konstrukcje wolnostojące, nieraz w granicach lasów, które, jak sądzę, służyły do załadunku drewna na wozy.
Jeszcze bardziej zagadkowe są tak zwane izby. Występują w różnych rozmiarach. To zarówno niewielkie kamienne konstrukcje, o wysokości około metra i szerokości kilkudziesięciu centymetrów, jak i większe o szerokości dwóch i długości 4 m. Nie wiemy jeszcze, do czego dokładnie służyły. Te większe mogły być letnim chronieniem dla pasterzy. Jedna z hipotez zakłada, że mniejsze mogły pełnić funkcję niewielkich chłodnych schowków lub spiżarni, w których przechowywano żywność. Na razie jednak traktujemy to wyłącznie jako hipotezę wymagającą dalszych badań.
PAP: Czyli nawet po rozwiązaniu zagadki wałów ten krajobraz nadal skrywa tajemnice?
P.D.: Tak. Im lepiej go poznajemy, tym więcej pojawia się nowych pytań. I to jest chyba najciekawsze w archeologii.
PAP: W którym momencie zrozumieliście, że patrzycie nie na tajemnicze mury, ale na dawny krajobraz rolniczy?
P.D.: Przełom nastąpił wtedy, kiedy przestaliśmy analizować pojedyncze wały, a zaczęliśmy patrzeć na cały krajobraz. Dopiero wtedy okazało się, że wszystkie elementy układają się w spójny system dawnych pól, granic i gospodarstw. To był moment, w którym wcześniejsze hipotezy po prostu przestały się bronić.
PAP: Z tego, co wiem, pomogły wam w tym nowoczesne technologie.
M.D.: Oczywiście, ale warto podkreślić, że technologia jest tylko narzędziem. System LiDAR pozwolił zobaczyć teren tak, jak nie da się go zobaczyć z poziomu piechura. Dzięki skanowaniu laserowemu mogliśmy niejako „usunąć” las i odczytać dawną rzeźbę terenu. To jednak nie komputer rozwiązał zagadkę. Kluczowa była interpretacja tych danych i zestawienie ich z badaniami terenowymi oraz źródłami historycznymi oraz kartograficznymi.
PAP: Co zobaczyliście?
P.D.: Przede wszystkim skalę zjawiska: w lesie widzimy pojedyncze odcinki wałów, natomiast na modelach terenu nagle ukazuje się cały układ dawnych pól, dróg i siedlisk. To tak, jakby z pojedynczych puzzli nagle ułożyć cały obraz.
PAP: Czy można powiedzieć, że archeologia coraz częściej bada nie pojedyncze zabytki, lecz całe krajobrazy?
P.D.: Zdecydowanie. Dzisiaj interesuje nas nie tylko to, gdzie stał dom albo przebiegała droga, ale również to, jak funkcjonowała cała przestrzeń. Wały są tylko jednym z elementów tej opowieści. Dopiero razem z dawnymi drogami, siedliskami, granicami pól czy tarasami uprawnymi pozwalają odtworzyć sposób życia ludzi sprzed kilkuset lat.
PAP: Czy po rozwiązaniu zagadki kamiennych wałów można powiedzieć, że sprawa jest zamknięta?
P.D.: Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że odpowiedzieliśmy na jedno pytanie, ale pojawiło się wiele następnych. Wiemy już, skąd wzięły się wały, nadal jednak chcielibyśmy dokładniej poznać historię poszczególnych gospodarstw, tempo kolonizacji tych terenów czy zmiany własności ziemi. Tego archeologia sama nie wyjaśni.
PAP: Potrzebni są historycy, którzy wspomogą was w pracy.
P.D.: Tak, zdecydowanie potrzebujemy kogoś, kto – podobnie jak my – wciągnie się w tę pracę, w tę historię. Wbrew temu, co się mówi, zachowało się bardzo dużo źródeł pisanych – map, ksiąg gruntowych, dokumentów gospodarczych, akt własności i inwentarzy. Problem polega na tym, że większość z nich nigdy nie była analizowana pod kątem historii tych wałów i całego krajobrazu. Bez naukowców, którzy mają kompetencje w tym zakresie, większe, niż mogą mieć „prości archeolodzy”, niczego więcej nie odkryjemy. Choć nie ukrywam, że przydatny byłby jakiś grant naukowy, który pomógłby nam pójść dalej.
PAP: Czy istnieje dokument, który wprost opisuje budowę tych, nie ukrywajmy, wciąż tajemniczych dla opinii publicznej, murów?
P.D.: Nie. I nie spodziewałbym się nagłego „wytrysku” takiego źródła. Dla ludzi żyjących w XVII czy XVIII wieku usuwanie kamieni z pól było zwyczajną codzienną pracą. Nikt nie pisał kronik o zbieraniu kamieni. Natomiast źródła pośrednie mogą powiedzieć nam bardzo wiele – kiedy zakładano kolejne gospodarstwa, jak dzielono ziemię, jak wyglądały powinności mieszkańców czy w jaki sposób użytkowano poszczególne grunty.
PAP: Myśli pan, że odpowiedzi nadal znajdują się w archiwach?
P.D.: Jestem o tym przekonany. Problem nie polega na braku materiałów, lecz – już o tym mówiłem - na braku ludzi, którzy mogliby je opracować. Wiele dokumentów zapisano dawną niemiecką kursywą, czyli kurentą. Ich odczytanie wymaga specjalistycznej wiedzy. Dlatego tak bardzo potrzebujemy historyków zajmujących się nowożytnym Śląskiem. Dopiero połączenie badań archeologicznych z analizą źródeł pisanych pozwoli naprawdę odtworzyć historię tych miejsc.
PAP: Rozwiązaliście zagadkę kamiennych wałów. Paradoks polega na tym, że właśnie teraz mogą one zniknąć.
P.D.: I to jest dla mnie najbardziej niepokojące. Przez ponad trzysta lat te konstrukcje przetrwały niemal bez większych zmian. Zmieniały się granice państw, mieszkańcy, sposób użytkowania tych terenów, a wały nadal pozostawały częścią krajobrazu. Dzisiaj znikają znacznie szybciej.
PAP: Dlaczego?
P.D.: Bo wciąż nie są postrzegane jako zabytek. Dla wielu osób to po prostu kamienie, które można wykorzystać do budowy ogrodzenia czy utwardzenia drogi. Tymczasem wartością nie jest pojedynczy głaz, lecz cały układ dawnych pól zachowany w terenie. Jeżeli zaczniemy go rozbierać, utracimy źródło wiedzy o historii tego miejsca już żadne zespoły naukowców niczego więcej się o nich nie dowiedzą.
PAP: Czy rozwiązaniem byłby wpis do rejestru zabytków?
P.D.: To z pewnością ułatwiłoby ochronę, ale nie rozwiązałoby wszystkich problemów. Mówimy o bardzo rozległym krajobrazie obejmującym wiele działek i różnych form własności. Potrzebne jest nie tylko narzędzie prawne, ale także świadomość, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym.
PAP: Co dziś jest największym wyzwaniem: pieniądze czy ludzie?
P.D.: Jedno i drugie, ale gdybym miał wskazać coś ważniejszego, powiedziałbym: ludzie. Archeologia wykonała ogromny krok naprzód, jednak teraz potrzebujemy specjalistów z innych dziedzin. Historyków potrafiących pracować z dawnymi dokumentami, geografów, konserwatorów, specjalistów od dawnych map. To powinien być projekt interdyscyplinarny.
Znów będę się powtarzał: zachowało się wiele dokumentów, ale wymagają one żmudnej analizy. To nie jest praca na kilka miesięcy, w dodatku trzeba umieć czytać dawne rękopisy, znać historię gospodarczą Śląska i potrafić zestawić informacje z archiwów z wynikami badań terenowych. Jeśli tego nie zrobimy, możemy znaleźć się w paradoksalnej sytuacji: choć udało nam się wyjaśnić jedną z największych zagadek archeologicznych Gór Izerskich, to jednocześnie dopuścimy do zniszczenia samego zabytku. Może za kilkadziesiąt lat pozostaną publikacje naukowe i modele komputerowe, ale krajobrazu, który przez stulecia tworzyli zwykli ludzie, nie da się już odtworzyć.
PAP: To brzmi jak apel…
P.D.: Bo trochę nim jest. Archeologia nie polega wyłącznie na odkrywaniu przeszłości. Równie ważne jest zachowanie jej śladów dla następnych pokoleń. Dzisiaj wiemy już, czym są kamienne wały w Górach Izerskich. Teraz od nas zależy, czy za kilkadziesiąt lat nadal będzie można je zobaczyć.
Rozmawiała: Mira Suchodolska (PAP)
* Dr Paweł Duma to archeolog, adiunkt w Zakładzie Archeologii Historycznej Instytutu Archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Specjalizuje się w archeologii późnego średniowiecza i czasów nowożytnych oraz badaniach krajobrazu kulturowego. Był wykonawcą projektu Narodowego Centrum Nauki, w którym m.in. z wykorzystaniem technologii LiDAR wyjaśniono genezę kamiennych wałów w Kopańcu jako reliktów dawnego krajobrazu rolniczego. Jest redaktorem naczelnym rocznika „Śląskie Sprawozdania Archeologiczne”.
mir/ dki/