
Rock and roll naginał granice tego, co uchodziło za dopuszczalne. Pamiętam, kiedy nie było jeszcze rock and rolla! - powiedział PAP Dion DiMucci, jeden z pionierów rock and rolla, lider grupy Dion and the Belmonts, autor książki "The Rock and Roll Philosopher".
"Ta książka to zbiór życiowych lekcji" - powiedział PAP Dion DiMucci, prezentując do kamery okładkę swojej nowej książki. Jego "The Rock and Roll Philosopher" to opowieść nie tylko o rock and rollu - a 85-letni autor należy do jego pionierów - ale także o zagubieniu, uzależnieniu i duchowości.
"Słuchałem jego muzyki przez całe życie" - napisał we wstępie do książki Eric Clapton. Swoje wspomnienia związane z Dionem spisali także Paul Simon, Pete Townshend, Bruce Springsteen i Bob Dylan - rockowe legendy, artyści, którzy dorastali, słuchając piosenek Diona i jego grupy The Belmonts.
Twarz Diona widnieje na okładce legendarnej płyty The Beatles "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", między wizerunkiem aktora Tony'ego Curtisa i pisarza Terry'ego Southerna. Na podstawie jego bogatej i pełnej dramatycznych wydarzeń biografii w 2020 r. stworzono nawet muzyczny spektakl "The Wanderer: Based On The Life and Music of Dion" - opowiada on zarówno o jego drodze do sławy, jak i o uzależnieniach i ciemnej stronie gwiazdorstwa. Te same tematy piosenkarz porusza w swojej najnowszej książce, napisanej we współpracy z Adamem Jablinem (Dion jest także autorem "The Wanderer: Dion's Story" z 1988 r. oraz "Dion: The Wanderer Talks Truth" z 2011).
"Rock and roll naginał granice tego, co uchodziło za dopuszczalne. Gdy dorastałem, słuchało się eleganckich śpiewaków, jak Frank Sinatra, Jerry Vale czy Tony Bennett. Nie było jeszcze rock and rolla! Więc kiedy usłyszałem, jak Jimmy Reed śpiewa: »Skarbie, nie opuszczaj mnie/ bo jeśli odejdziesz, po prostu umrę« - a miałem wtedy jakieś 13 lat."
Choć został gwiazdą rock and rolla - w latach 50. nowej, żywiołowej muzyki, w której zakochała się amerykańska młodzież - wyrósł na gospel, bluesie i country, muzyce granej podczas wieczornych audycji radiowych. W ciągu swej długiej kariery grał doo-wop, rock and roll, folk, country i pieśni religijne. "Zawsze mówiłem, że jeśli weźmiesz bluesa i połączysz go z country, dostaniesz rock and roll" - tłumaczy.
Muzyka zapewniała ucieczkę od codziennych trosk, zazwyczaj finansowych. Gdy rodzice zaczynali się kłócić o pieniądze, ukojenie i spokój odnajdywał przed radiowym odbiornikiem. "Ojciec nigdy nie miał prawdziwej pracy, za to moja matka musiała mieć aż dwie, żeby związać koniec z końcem. Niektórzy mężczyźni starzeją się, ale nie dorastają. Dużo się kłócili. A ja... Kiedy usłyszałem Hanka Williamsa, przenosiłem się w jakieś inne miejsce, inny świat".
"Mężczyźni w mojej rodzinie byli policjantami, strażakami, elektrykami, robotnikami. Wszyscy moi wujowie wstawali o świcie, szli do pracy, harowali jak woły, trochę odkładali, żeby kiedyś zrobić remont mieszkania. Ja nie myślałem zbyt przyszłościowo, chciałem po prostu śpiewać. Biznesowa strona tego przedsięwzięcia zupełnie mnie nie interesowała. Gdybym był mądrzejszy, od razu otworzyłbym wytwórnię płytową albo wydawnictwo" - przyznaje.
Płyty Dion kupował w lokalnym sklepie muzycznym. Czasem, gdy nie było go stać, po prostu je kradł. "To były siedemdziesiątkiósemki, w końcu to był początek lat 50. Nauczyłem się grać na gitarze ze 40 piosenek Hanka Williamsa, takich jak »I Saw the Light« czy »Mansion on the Hill« i wielu pieśni gospel" - wspomina. - "Przeskok w rock and roll nie był dla mnie wielką zmianą. To potoczyło się naturalnie, jedno wypłynęło z drugiego. Nie miałem żadnych wątpliwości, czy grając rock and rolla, nie popełniam grzechu. Takie rozterki zdarzały się raczej na południu kraju, gdzie organizacje kościelne protestowały przeciwko tej muzyce. Dla mnie jedno nie wykluczało drugiego. Ale wielu uważało inaczej". Dion nie mieszkał na Południu, tylko w Nowym Jorku, na Bronksie, "włoskiej" dzielnicy, przy Belmont Avenue, od której nazwę wziął zespół, na którego czele stanął: Dion and the Belmonts.
Założył go z kolegami: Angelem D'Aleo, Carlem Mastrangelo i Fredem Milano. Śpiewali na rogach ulic piosenki, których słowa mówiły o miłości, temacie wstydliwym dla nastolatków z włoskiej dzielnicy. Tylko w piosence wolno było wyznawać miłość, być wrażliwym, mówić rzeczy, za które w zwykłych okolicznościach można się było narazić się na wyszydzenie.
"Martin Scorsese doskonale oddał ten klimat. Bronks był dość niebezpieczną dzielnicą. Sam należałem do gangu" - Dion rozpromienia się na samą myśl. "Nazywał się Fordham Baldies, na cześć bielika amerykańskiego (bald eagle - przyp. PAP). Byliśmy gangiem patriotów" - śmieje się sam z siebie. Okupowali teren dzielnicy w okolicy 187 ulicy i Crotona Avenue. W 1974 r. powieść opowiadającą o dorastających na Bronksie na początku lat 60. nastolatkach i tamtejszych młodzieżowych gangach napisał Richard Price, a w 1979 r. film "Włóczęgi" na jej podstawie nakręcił Philip Kaufman. Na ścieżce dźwiękowej znalazły się dwie piosenki Diona: "Runaround Sue" oraz - oczywiście - "The Wanderer".
Wczesne rockandrollowe piosenki mówiły o miłości, imprezach, samochodach. Nie niosły politycznych treści, nie wzywały do nieposłuszeństwa. Co więc wzbudzało tak gwałtowne reakcje części amerykańskiego społeczeństwa, że domagało się ono zakazania tej muzyki i potępiało jej gwiazdy? "Może chodziło o rytm?" - zastanawia się Dion. Wspomina stare piosenki: "Treasure of Love" Clyde'a McPhattera i grupy The Drifters, a także miłosne przeboje Elvisa Presleya.
Rock and roll - zauważa - "naginał granice tego, co uchodziło za dopuszczalne. Gdy dorastałem, słuchało się eleganckich śpiewaków, jak Frank Sinatra, Jerry Vale czy Tony Bennett. Nie było jeszcze rock and rolla! Więc kiedy usłyszałem, jak Jimmy Reed śpiewa: »Skarbie, nie opuszczaj mnie/ bo jeśli odejdziesz, po prostu umrę« - a miałem wtedy jakieś 13 lat - odjęło mi mowę. Potem dotarła do mnie pisenka Jimmy'ego Rogersa ze słowami: »Kochanie, przez ciebie odbija mi szajba«. Wybiegłem z domu na ulicę, by opowiedzieć wszystkim, co właśnie usłyszałem! Patrzyli na mnie jak na wariata. Musiałem przynieść gitarę, żeby zrozumieli, o co mi chodzi. To był początek długiej drogi, z której już nie zawróciłem. Z czasem zapragnąłem pisać własne piosenki, robić to, co robili Jimmy Reed i Hank Williams".
Najpopularniejszym młodym aktorem był wówczas James Dean. Za sprawą filmu "Buntownik bez powodu" (1955) stał się symbolem młodzieżowej rebelii przeciw pokoleniu rodziców. Dean i Marlon Brando byli idolami młodego pokolenia, a rock and roll był jego muzyką. "W moim sąsiedztwie był kościół. Za każdym razem, gdy spotykałem tamtejszego księdza, pytał mnie: »Dion, dlaczego buntować się bez powodu? Znajdź powód! Buntuj się w imię prawdy!«" - wspomina słowa duchownego z Bronksu.
"Oczywiście nie miałem wtedy pojęcia, o co mu chodziło. Tłumaczył, że jest różnica między sukcesem a spełnieniem, szczęściem. Wielu ludzi sukcesu jest bardzo nieszczęśliwych. Albo mówił: »Nie pomyl akceptacji z miłością. Bo jeśli je pomieszasz, będziesz w życiu poszukiwał akceptacji, a nie miłości«. Mówił mi nawet, że miłość to nie jest uczucie. Nikt mi jej nigdy nie zdefiniował. A on mi powtarzał, że to jest gest, ruch - wybierasz, że kogoś kochasz. Uczucie mija, a decyzja zapadła" - podkreśla różnicę.
"Wielu chłopaków uciekało na sam widok tego księdza. Tylko nie ja. Pytał mnie: »Dion, co czyni człowieka szczęśliwym? «. »Gdybym tylko dostał gitarę, samochód jak Ford Thunderbird - z czarnymi, skórzanymi siedzeniami i chromowanymi felgami, gdybym miał randkę z tą dziewczyną Susan, co przeprowadziła się z Vermont, gdybym napisał choć jeden przebój... Byłbym szczęśliwym gościem«. »Nie, Dion« - odpowiadał mi - »człowiekiem szczęśliwym jest człowiek szlachetny«. Nawet nie wiedziałem wtedy, co to znaczy. Wytłumaczył mi - dla duszy jest to tym samym, czym mięśnie są dla ciała. To odwaga, cierpliwość, pokora i inne takie sprawy. I ten facet uczył mnie na ulicy! Nie byłem religijny, od nastoletniości brałem narkotyki, byłem dość daleko od Kościoła. Ale czegoś poszukiwałem".
"Gdybym tylko dostał gitarę, samochód jak Ford Thunderbird - z czarnymi, skórzanymi siedzeniami i chromowanymi felgami, gdybym miał randkę z tą dziewczyną Susan, co przeprowadziła się z Vermont, gdybym napisał choć jeden przebój... Byłbym szczęśliwym gościem."
Doo-wop był romantyczną muzyką nowojorskich ulic. "Śpiewaliśmy na prywatkach, na rogach ulic, na korytarzach, gdzie tylko się dało. A w oficynach kamienic bywały nielicencjonowane lokale, w których urządzaliśmy imprezy. Uderzaliśmy rytmicznie w kartony, ja miałem gitarę. Każdy się włączał do gry. Nie mieliśmy sali prób ani studia nagraniowego, nie było nas stać nawet na instrumenty. Ja wymyślałem piosenki na poczekaniu". Właśnie tak, spontanicznie, zaaranżował "I Wonder Why", największy przebój grupy.
Dion miał 14 lat, gdy po raz pierwszy wystąpił na scenie, i tyle samo, gdy pierwszy raz spróbował heroiny. "Nałóg przejmował kontrolę stopniowo. W trasach koncertowych ratowałem się, czym się dało. Ktoś miał jakieś piguły, ktoś miał coś do palenia, zawsze był jakiś alkohol. Z czasem nałóg stawał się coraz potężniejszy, przytłaczał mnie. Zabiłby, gdybym się nie wyszarpał z jego szponów. A byli tacy, co nie potrafili się uwolnić. 27 lutego 1968 r. Frankie Lymon, mój przyjaciel i wokalista grupy Frankie Lymon and the Teenagers, przedawkował heroinę. Miał 25 lat. Przeraziło mnie to. Rozzłościło. Co za niepotrzebna strata. Nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Sam wpadłem na dobre w twarde narkotyki w 1959 r., po tym jak rozbił się ten samolot...". Choć największe sukcesy Diona przypadły na przełom lat 50. i 60., gdy po rozstaniu z The Belmonts cieszył się popularnością dzięki przebojom "The Wanderer", "Ruby Baby" czy "Runaround Sue", rock and rollowa tragedia z 1959 r. powraca w każdym z wywiadów, jakich udzielił, każdej z książek jakie napisał.
3 lutego 1959 r. niewielki jednosilnikowy samolot z Buddym Hollym, Ritchiem Valensem i znanym pod pseudonimem "The Big Bopper" J.P. Richardsonem na pokładzie rozbił się wkrótce po starcie, w drodze z Clear Lake, gdzie muzycy właśnie wystąpili, do Fargo, gdzie mieli zagrać następnego dnia. Dzień śmierci trzech gwiazd rock and rolla przeszedł do historii jako "dzień, w którym umarła muzyka", za sprawą przeboju Dona McLeana "American Pie". Katastrofa lotnicza i zimowa trasa koncertowa "Winter Dance Party" stały się częścią rockandrollowej mitologii.
Muzycy od 23 stycznia - kiedy rozpoczęli trasę - podróżowali między małymi miastami Środkowego Zachodu w autobusie bez ogrzewania, jeżdżąc po ośnieżonych drogach przy rekordowo minusowych temperaturach. Carl Bunch, perkusista grupy Holly'ego, trafił nawet w pewnym momencie do szpitala z odmrożonymi stopami. Poza Hollym, Valensem i "Big Bopperem" w trasie udział brali także Frankie Sardo oraz Dion and the Belmonts.
"Było tak zimno, że kiedy autobus wyzionął ducha w połowie drogi między jednym miasteczkiem a drugim, niektórzy muzycy wpadli w panikę. Byli pewni, że umrzemy. Ludzie tak umierają. Nie było żadnego sposobu, by wezwać pomoc, poza wyjściem na ośnieżoną drogę i machaniem rękami na każdy nadjeżdżający samochód. Zamarzlibyśmy, gdybyśmy zostali w autobusie. To dlatego Buddy Holly zdecydował, że wyczarteruje mały samolot, którym polecimy z Clear Lake w stanie Iowa do Fargo w Dakocie Północnej. Niecałe dwie godziny lotu. W samolocie były tylko cztery miejsca. Z przodu siedział pilot i Buddy, z tyłu były dwa siedzenia, o które rzuciliśmy z Ritchiem monetą. Wygrałem. Ale miejsce w samolocie kosztowało 36 dolarów, dokładnie tyle, ile rodzice płacili za mieszkanie. Kiedy usłyszałem, że chodzi o taką kwotę, zrezygnowałem. Zdecydowałem się jechać dalej autobusem, razem z chłopakami z The Belmonts. Oddałem miejsce Ritchiemu. A my ruszyliśmy w całonocną drogę do Fargo" - wspomina Dion, gdy pytam o tę historyczną trasę.
O katastrofie i śmierci przyjaciół dowiedzieli się, gdy dotarli do hotelu w Fargo. Komunikat nadawała telewizja. "Nie wiedziałem, jak opanować to, co czułem. Nie było wtedy czegoś takiego jak pomoc psychologiczna, brałem więc heroinę. Od 1959 do 1968 r. i śmierci Frankiego Lymona. Nie potrafiłem sobie poradzić. Aż do czasu, kiedy poszedłem na spotkanie na temat duchowego i cielesnego leczenia. Od ponad 50 lat jestem czysty i trzeźwy".
Rzut monetą, który zadecydował o tym, kto znalazł się w samolocie, przeszedł do popkulturowej legendy. Według powtarzanej przez dekady wersji wydarzeń zakład z Valensem przegrał Tommy Allsup, gitarzysta z grupy Holly'ego. Waylon Jennings natomiast - basista zespołu, a w przyszłości gwiazda muzyki country - swoje miejsce oddał choremu na grypę "Big Bopperowi". W autobiografii Jennings wspominał ostatnią rozmowę z Buddym Hollym, współpracownikiem i przyjacielem. "Mam nadzieję, że wasz autobus zamarznie" - przekomarzał się z nim Holly na wieść, że kumpel oddał swoje miejsce. "A ja, że wasz samolot spadnie" - odparł Jennings. Słowa, których miał sobie nie wybaczyć.
Dla Diona nagła śmierć Holly'ego, Valensa i Richardsona była wstrząsem, skłaniała do zadawania ważnych pytań: "kim właściwie jestem, dokąd zmierzam, po co tu jestem? Dlaczego mnie los oszczędził?". "Starasz się odnaleźć jakikolwiek sens. Trzech twoich przyjaciół, z którymi spędziłeś właśnie dwa tygodnie w trasie w jednym autobusie i z którymi grałeś co wieczór, z którymi naprawdę się zżyłeś... po prostu ich nie ma, zginęli. Moja ówczesna dziewczyna, która jest dziś moją żoną, mówiła mi, że byłem w kompletnym szoku. Całymi tygodniami siedziałem w pokoju i grałem ich piosenki - w kółko »Rave On«, »Donnę« i przeboje »Big Boppera«. Trzymałem się ich w ten sposób, mogłem być blisko. Wiele mnie nauczyli, byli świetnymi muzykami, przyjaciółmi, braćmi. Bardzo mi ich brakuje. Wciąż pamiętam spędzone z nimi dni w tym autobusie".
Książka "Dion: The Rock and Roll Philosopher. Conversations on Life, Recovery, Faith and Music" ukazała się nakładem wydawnictwa Lyons Press. (PAP)
Piotr Jagielski
pj/ miś/ aszw/