Gdynia, luty 1997 r. Z okazji 71. rocznicy Gdyni,w Muzeum Miasta Gdyni zorganizowano wystawę "Obrazki z gdynskiego letniska", która prazentuje miasto jako modne przed wojną letnisko i uzdrowisko. Fot. PAP/CAF Stefan Kraszewski
Gdynianie narzekają na władzę, ale nie na Gdynię. Ją chwalą za wszystko, również bardzo dobre relacje międzyludzkie - powiedziała w rozmowie z PAP reportażystka Aleksandra Boćkowska. Autorka książki „Gdynia. Pierwsza w Polsce" dodała, że mieszkańcy bardzo kochają swoje miasto.
PAP: Jaka jest Gdynia i jej mieszkańcy?
Aleksandra Boćkowska: Trudno powiedzieć w kilku zdaniach. Na pewno jest jednocześnie otwarta i zamknięta. Znam wiele historii ludzi, którzy wyjechali za granicę do krajów postrzeganych jako bardzo otwarte, a potem dziwili się, że nikt ich nie zaprasza do domu. Ja przyjechałam do Gdyni z Warszawy, poznałam grono przyjaciół i to jest fantastyczne. Jednocześnie pracując nad książką, miałam wrażenie, że fakt, że jestem z zewnątrz, buduje dystans. Jakbym próbowała wydrzeć miastu jakieś tajemnice.
PAP: Czyli trochę jak w małej osadzie, gdzie wszyscy spoglądają na obcego przez żaluzje?
A.B.: Może nie aż tak, bo to przecież duże miasto, ale coś w tym jest. Pisałam książkę w czasach, gdy prezydentem już od ćwierć wieku był Wojciech Szczurek. Często zdarzało się, że moi rozmówcy się bali.
PAP: Czego się bali?
A.B.: Nie chcieli podpaść władzy samorządowej, zwłaszcza przy tematach współczesnych.
PAP: Zwykli mieszkańcy czy urzędnicy?
A.B.: Mieszkańcy, czasem byli urzędnicy. To duże miasto, ale bardzo wiele zależy od urzędu. Kiedy zaczęła się konstytuować lokalna opozycja, działacze początkowo spotykali się po piwnicach u dziadków, bo prywatni przedsiębiorcy obawiali się wynająć im przestrzeń. Z czasem to zaczęło się kruszyć, im było bliżej do wyborów, tym mieli łatwiej. Co ciekawe, po wyborach przegranych przez prezydenta i jego ugrupowanie Samorządność Wojciecha Szczurka, kilka osób przekazało mi wiadomość, że teraz już chętnie porozmawiają. Gdy w lutym ubiegłego roku ukazała się moja książka, ktoś z rozmówców zapytał, czy jest zgodna z oficjalną historią miasta. Zdumiało mnie to pytanie, odparłam coś o własnych badaniach, o historii. Usłyszałam: „I pani się nie boi? Przecież pan prezydent może wrócić”. Do tej pory jestem trochę zszokowana.

Gdynia, 1999 r. Prezydent Gdyni Wojciech Szczurek prezentuje ufundowaną przez siebie nagrodę (autorstwa artysty Kazimierza Kalkowskiego), która przyznana była za najlepszy debiut aktorski podczas XXIV Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Fot. PAP/Stefan Kraszewski
PAP: W książce cytuje pani sprzedawczynię z Hali Targowej, która powiedziała, że „w Gdyni przyjemnie się stoi w korku, bo kierowcy sąsiednich samochodów podają sobie wodę”.
A.B.: Raczej nie dzieje się to masowo, ale możliwe, że coś takiego jej się przytrafiło. Gdynianie narzekają na władzę, ale nie na Gdynię. Ją chwalą za wszystko, również bardzo dobre relacje międzyludzkie. Bardzo kochają swoje miasto.
PAP: Skąd ta miłość?
A.B.: Wielu mieszkańców miało w rodzinach budowniczych Gdyni. Oglądanie zdjęć sprzed stu lat — kiedy nie było tu nic, a dziś jest całe miasto — robi ogromne wrażenie. Nawet jeśli ktoś nie ma rodzinnych wspomnień sprzed wojny, to Gdynia dorastała na jego oczach. To relacja niemal rodzinna: możesz znać wady swojej matki czy partnera, ale nie chcesz, by ktoś obcy je wypominał.

Gdynia, 2024 r. Kamienica Franciszka Wegnera przy ul. Świętojańskiej 89. Fot. PAP/Jerzy Ochoński
PAP: Co najbardziej wyróżnia Gdynian na tle mieszkańców innych miast?
A.B.: Lokalny patriotyzm — naprawdę niezwykle silny. Początkowo myślałam, że to efekt propagandy, bo od 1990 roku władze miejskie bardzo dbały o PR miasta, na zewnątrz, ale też wśród mieszkańców.
Jednak w PRL, kiedy Gdynia straciła symboliczne znaczenie, a początkowo uznawano ją wręcz za sanacyjny złóg, mieszkańcy nie tracili dumy.
Gdy po wojnie forsowano pomysł przyłączenia Gdyni do Gdańska, partyjni urzędnicy z Gdyni mówili, że to się nie uda, bo mieszkańcy są zbyt przywiązani do swojego miasta.
Podczas wydarzeń Grudnia ’70, zanim nastąpiła czwartkowa masakra (17 grudnia wojsko strzelało do robotników idących do pracy; w tym dniu zginęło w Gdyni 18 młodych mężczyzn – PAP), robotnicy przeszli w pokojowym pochodzie do Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Gdy ktoś z demonstrantów próbował przewrócić zaparkowany samochód, jeden z przywódców strajku strofował go: „Nie rusz! Właściciel auta może idzie z nami. To taki sam Polak i Gdynianin”. Przewodniczący MRN apelował „Nie niszczcie miasta. To polskie miasto”
Swoją drogą, choć wydaje mi się, że mieszkańcy Gdyni są w pierwszej kolejności Gdyniankami i Gdynianami, a dopiero w drugiej Polkami i Polakami, to polskość jest ważnym elementem tożsamości.

Gdynia, grudzień 1970 r. Milicyjne transportery opancerzone na skrzyżowaniu ulic Władysława IV oraz Żwirki i Wigury. Fot. PAP/Archiwum Edmund Pepliński
PAP: Jak Gdynia radzi sobie w cieniu Gdańska i Sopotu?
A.B.: Granica w Kolibkach, gdzie przed wojną zaczynała się Gdynia i Polska, wciąż istnieje w mentalności. Trójmiasto funkcjonuje wspólnie, ludzie pracują w Gdańsku, mieszkają w Gdyni albo odwrotnie, ale animozje wciąż istnieją. U podstaw leży dawna granica państwowa, z czasem pojawiła się, nazwijmy to, rywalizacja między kibicami drużyn piłkarskich – Lechii Gdańsk i Arki Gdynia, a w ostatnich dekadach spór podsycały władze samorządowe obu miast.
Gdynia w latach 90. rozwijała się bardzo szybko – była miastem w dużej mierze prywatnym, co pomogło jej łagodniej przejść transformację, mimo utraty potężnych miejsc pracy, jak Polskie Linie Oceaniczne czy stocznia w dawnym kształcie. Franciszka Cegielska, słynna prezydentka Gdyni z lat 90., żartowała „Szybkie miasto Gdynia, wolne miasto Gdańsk”.

Gdynia, 1998 r. Majowy weekend przyciągnął nad morze tłumy turystów. Fot. PAP/CAF Stefan Kraszewski
PAP: Czy przyjezdnemu łatwo zostać Gdynianinem?
A.B.: To możliwe, ale nie dzieje się automatycznie. Ja nie próbuję na razie zostać Gdynianką. Ciągle tu mieszkam, przyglądam się i czerpię z dóbr, ale odpowiada mi stan zawieszenia. Mam jednak koleżanki, które przyjechały, zameldowały się i po prostu stały się Gdyniankami. Chyba nikt nie wypomina im, że ich dziadkowie nie budowali miasta.
PAP: Słyszała pani, że ktoś spoza Gdyni nie powinien o niej pisać?
A.B.: Czytałam o tym już w publikacjach z 1945 roku. Ile razy to słyszałam, to nawet nie zliczę. Tyle, że nie wydaje mi się, żeby to było specyficznie gdyńskie. Jako reporterka dość często odwiedzam różne miasta i prawdę mówiąc nie przypominam sobie, żeby gdzieś witano mnie z entuzjazmem, że nareszcie ktoś z Warszawy powie, jak jest. W Gdyni wiele osób otworzyło przede mną drzwi do domów, ale tylko niektórzy wpuścili do kuchni. Częściej przyjmowali w jadalni.
PAP: Jak wygląda niepocztówkowa Gdynia?
A.B.: Różnie.
To co zaskakuje, to fakt, jak bardzo chaotyczna jest poza modernistycznym śródmieściem. Zarazem bardzo swojska.
Zdziwiłam się, że wciąż są miejsca, gdzie nie ma asfaltu, czasem kanalizacji i dzieje się to kilka kilometrów od Świętojańskiej.
Wciąż dziwi mnie komunikacja miejska. Czytałam wcześniej, że jest nowoczesna, a na miejscu okazywało się, że w weekend trzeba czekać pół godziny na autobus, a do niektórych prestiżowych dzielnic — jak Kamienna Góra czy Działki Leśne — jeździ jeden autobus kilka razy dziennie. To są piękne, drogie okolice, ale wymuszają całkowicie uzależnione od samochodu. Ostatnio w szpitalnej poczekalni słyszałam, jak starsza pani mówi, że czekała na autobus godzinę. Poprzedni uciekł i następny jechał dopiero po godzinie!
Pisarz Grzegorz Piątek, odbierając Literacką Nagrodę Gdynia za książkę „Gdynia obiecana” powiedział, że szczęśliwe miasto to takie, w którym najlepiej żyje się najsłabszym. Mnie się wydaje, że w Gdyni najsłabszym żyje się niewygodnie.
PAP: Gdzie dziś bije serce miasta?
A.B.: Na pewno na Bulwarze — to najbardziej gdyńskie miejsce, pełne ludzi niezależnie od pogody. Poza tym niestety najłatwiej spotkać znajomych w centrach handlowych. Ulica Świętojańska wciąż działa jako ulica spotkań, ale z niejasnych powodów zamiera około godz. 18. Wielu mieszkańców twierdzi, że chodzi o parkowanie – w centrach handlowych jest darmowe, w mieście trzeba płacić. Ale obawiam się, że przyczyn jest więcej.

Gdynia, 2025 r. Majowy weekend na Bulwarze Nadmorskim im. Feliksa Nowowiejskiego, najpopularniejszym trakcie spacerowym w Gdyni. Fot. PAP/Jerzy Ochoński
PAP: Co najbardziej zaskoczyło panią w rozmowach z mieszkańcami?
A.B.: Przede wszystkim to niesamowite przywiązanie do miasta, niemal romantyczne. Po premierze książki bałam się reakcji Gdynian. Rzeczywiście były różne. Niektórzy byli oburzeni, twierdzili, że jestem w Gdyni za krótko, by coś zrozumieć, że napisałam książkę zbyt powierzchownie. Najbardziej zdumiał mnie jednak zarzut, że cały mój research miał na celu udowodnienie, że Gdynia jest zwykłym miastem – a przecież jest niezwykła.
Z drugiej strony wiele osób pisało do mnie lub podchodziło na spotkaniach, by podziękować, bo odnaleźli się w książce. Być może moja diagnoza, że Gdynianie są zmęczeni wyjątkowością, była trafna. Co ciekawe, w Gdyni często słyszę o swojej książce: „ta krytyczna”. Czytelnicy w innych miastach uważają, że napisałam list miłosny do Gdyni.
Aleksandra Boćkowska – dziennikarka, redaktorka, reporterka. Współpracuje m.in. z „Dwutygodnikiem”, „Wysokimi Obcasami Extra” i „Vogue”. Autorka książek „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL”, „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL”, „Można wybierać. 4 czerwca 1989”, „Gdynia. Pierwsza w Polsce” oraz zbioru rozmów „To wszystko nie robi się samo”. Członkini Unii Literackiej. Prowadzi stronę www.aleksandrabockowska.com.
Rozmawiał Piotr Mirowicz (PAP)