Gordon Parks w swoim sydiu, późne lata 80. Fot. David Finn, CC BY-SA 4.0 <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0>, via Wikimedia Commons
Uczyniłem z aparatu narzędzie świadomości społecznej. Rozsądek podpowiadał, że muszę mieć zrozumienie, co jest dobre, a co złe, inaczej aparat stałby się wrogiem - mówił fotograf i reżyser Gordon Parks. Autor „Amerykańskiego gotyku. Waszyngton, 1942” i „Shafta” zmarł 7 marca 2006 r. w wieku 93 lat.
„Niekiedy, szczególnie na początku kariery, pozwalałem aparatowi, aby osądzał ludzi, zanim spróbuje ich zrozumieć. Znajdowałem usprawiedliwienie w nieprawdziwym powiedzeniu, że fotografia nigdy nie kłamie. Od tamtego czasu nauczyłem się, że to, kim jest człowiek, nie zawsze widać na jego twarzy. Zwykle istnieje głębsza prawda o nim ukryta w środku, często uwięziona przez nieustępliwego wroga — jego samego” - tłumaczył.
Jak przypominano w zapowiedzi poświęconej amerykańskiemu artyście wystawy „Gordon Parks: Aparat to moja broń”, która odbyła się w 2017 r. w warszawskiej Zachęcie, „zgłębiając temat, wchodząc w życie codzienne portretowanych ludzi, dotykał prawdy, którą następnie pokazywał w najważniejszym magazynie ilustrowanym świata. Drogę do kariery utorował sobie reportażem o przestępczości w Nowym Jorku. Mógł w naturalny sposób wejść do świata czarnych i pokazać białym ich największe problemy. Zawdzięczał to Royowi Strykerowi, człowiekowi, który uformował go jako fotografa, szefowi fotografów w pozarządowym projekcie Farm Security Administration (FSA). Stryker, udzielając Parksowi lekcji opowiadania historii za pomocą fotografii, zasugerował mu zainteresowanie się losami Elli Watson — sprzątaczki w budynku FSA”. Parks „z podobnym wyczuciem potrafił sportretować żebraczkę w Estoril w Portugalii, jak i contessę w Paryżu. Miał swoje ulubione, sprawdzone sposoby na kadrowanie, opowiadanie historii. Z pewnością odrobił lekcję modernizmu, co widać szczególnie w jego wczesnych pracach. Ale to nie styl fotografowania czy sposób kadrowania zapamiętujemy. W jego zdjęciach najważniejszą rolę gra człowiek”.
Do jego najsłynniejszych fotografii należy „Amerykański gotyk. Waszyngton, 1942”, tytułem i kompozycją nawiązujący do słynnego obrazu Granta Wooda. Reinterpretował go poprzez przedstawienie sprzątaczki Elli Watson stojącej z miotłą i mopem na tle amerykańskiej flagi. Stworzył dzieło na temat rasizmu, niesprawiedliwości i dyskryminacji. Stał się jednym z najważniejszych kronikarzy ruchu praw obywatelskich. Dokumentował przejawy codziennej, cichej przemocy - publicznego transportu, restauracji, toalet czy placów zabaw osobnych dla czarnych i białych Amerykanów. Ukazywał nędzę biednych dzielnic wielkich miast, drugą stronę „amerykańskiego snu”. Dobrze poznał zarówno niedostatek, jak i dyskryminację rasową, oglądał amerykańskie Południe rządzone prawem Jima Crowa, doświadczał rasizmu na własnej skórze. Fotografował - ocenił fotograf Eli Reed - to, co w życiu dobre, i to, co złe.
Najmłodszy z 15 rodzeństwa uczył się w szkole, w której czarni i biali uczniowie siedzieli w osobnych klasach. Wspominał, jak w wieku 11 lat został wrzucony do rzeki przez trzech białych osiłków. Po śmierci rodziców zmieniał miejsce zamieszkania, zmieniał dorywcze prace, które pozwalały mu związać koniec z końcem. Przygrywał na pianinie w domach publicznych, usługiwał jako kelner w pociągach. W 1942 r. dostał pracę w rządowej Farm Security Administration w Waszyngtonie i to tam wykonał zdjęcie sprzątającej korytarze rządowego gmachu Elli Watson, które przyniosło mu sławę.
Portretował najważniejsze osobistości świata polityki, sportu i kultury - Muhammada Alego, Martina Luthera Kinga, Malcolma X, Langstona Hughesa - na zlecenie magazynu „Life”. Pracę w tym piśmie zdobył dzięki fotograficzemu reportażowi o gangach Harlemu, publikował na jego łamach przez 20 lat. W 1971 r. wyreżyserował jeden z największych przebojów nurtu „blaxploitation” - jego „Shaft” okazał się przebojem komercyjnym, rok później fotograf i filmowiec nakręcił jego kontunuację pt. „Shaft's Big Score”. W 1976 r. wyreżyserował „Leadbelly”, biograficzny film o legendarnym bluesmanie Huddiem Leadbetterze, w latach 80. stworzył muzykę i libretto do „Martina”, baletowego hołdu dla Martina Luthera Kinga, wystawionego w 1989 r. w Waszyngtonie, a rok później pokazanego w amerykańskiej telewizji. O wadze jego dorobku filmowego i wpływie na późniejsze pokolenia reżyserów mówił Spike Lee, autor takich filmów jak „Rób, co należy” i „Malcolm X”, podkreślając, że Parks pracował w czasie, gdy „po prostu nie było czarnych reżyserów”.
Działał także na polu literatury - jego autobiograficzna powieść „The Learning Tree” trafiła do księgarń w 1963 r. Ma w dorobku tomy poezji, które ilustrował zdjęciami, a także wspomnieniowe „A Choice of Weapons”, „Voices in the Mirror” i „A Hungry Heart”. A także, oczywiście, książki fotograficzne - „A Harlem Family 1967”, „Glimpses Towards Infinity” czy „Arias of Silence”. Choć zmarł 20 lat temu, jego fotografie pozostają aktualne. W teledysku do piosenki „ELEMENT.” z 2017 r. sięgnął po nie Kendrick Lamar, komputerowo „ożywiając” słynne obrazy Parksa.
Także kuratorzy londyńskiej wystawy „We Shall Not Be Moved” wskazują na nowe życie, jakie wydarzenia polityczne w Stanach Zjednoczonych i rozwój sztucznej inteligencji nadały fotografiom z lat 50. i 60. „AI i platformy społecznościowe stanowią wielkie wyzwanie, zagrożenie dla prawdy - mówił w brytyjskim „Guardianie” Bryan Stevenson, adwokat i działacz na rzecz praw obywatelskich. - Myślę jednak, że aparat nadal może być bronią, jeśli znajdzie się w rękach kogoś, kto potrafi opowiadać za jego pośrednictwem poruszające historie. To właśnie widzę w pracy Gordona Parksa”. (PAP)