Zdjęcie z dnia 12 marca 2011 roku pokazuje płonące domy i statki ułożone pośród wód powodziowych wywołanych przez tsunami w masie gruzów w mieście Kisenuma, prefektura Miyagi. PAP/EPA/STR JAPAN
Natura uderzyła w północno-wschodnie wybrzeże Japonii z niewyobrażalną siłą 11 marca 2011 r. o 14:46. Wstrząs o magnitudzie 9, tsunami wdzierające się 10 km w głąb lądu i awaria elektrowni atomowej w Fukushimie stworzyły splot zdarzeń określany mianem „sotei-gai” – wykraczający poza wszelkie przewidywania. Bilans ofiar wciąż jest otwarty.
To było najdłuższe sześć minut w historii współczesnej Japonii. Wstrząs był tak potężny, że przesunął oś Ziemi. Jednak to nie drgania okazały się najgorsze. Kilkadziesiąt minut później w wybrzeże regionu Tohoku uderzyły fale tsunami, przekraczające na otwartym morzu 10 metrów wysokości, a w wąskich zatokach spiętrzające się nawet na 40 m. Żywioł zmiótł całe miasteczka w prefekturach Iwate, Miyagi i Fukushima w północno-wschodniej części wyspy Honsiu.
Pierwsza fala, choć groźna, nie sforsowała jeszcze kluczowych zabezpieczeń elektrowni Fukushima Daiichi. Dopiero kolejne przypieczętowały los siłowni. Woda przelała się przez wały ochronne, zalewając nisko położone generatory awaryjne i rozdzielnie elektryczne. Bez zasilania i chłodzenia rozpoczęła się agonia reaktorów nr 1, 2 i 3, prowadząc do stopienia ich rdzeni i emisji substancji promieniotwórczych.
Po upływie półtorej dekady japońskie instytucje wciąż nie zamknęły bilansu ofiar tamtych dni. Dane Narodowej Agencji Policyjnej (NPA) mówią o śmierci – głównie przez utonięcie – ponad 15,9 tys. osób. Do tej liczby dochodzi kategoria „shinsai kanrenshi” – ponad 3,7 tys. zgonów pośrednich związanych z katastrofą, w tym chorób lub wycieńczenia w wyniku wieloletniej ewakuacji lub samobójstw wywołanych utratą dorobku.
Najbardziej bolesna pozostaje jednak liczba zaginionych. Według najnowszych danych, cytowanych przez nadawcę publicznego NHK, los 2519 osób wciąż pozostaje nieznany. Dla ich rodzin żałoba nie może się dopełnić. Dlatego policjanci i wolontariusze od lat co miesiąc przeczesują plaże, szukając choćby fragmentu kości, by oddać go bliskim, co pozwoli im na przeprowadzenie pochówku. W japońskiej kulturze buddyjskiej ma to fundamentalne znaczenie dla spokoju ducha zmarłych i ich rodzin.
Region Tohoku to dziś świat kontrastu. Zniszczone miasta odbudowano, wznosząc gigantyczne betonowe wały przeciwpowodziowe, które na zawsze odcięły widok na morze. Jednak mimo nowej infrastruktury, w wielu miejscach jest pusto. Do zrewitalizowanych miasteczek, takich jak Futaba czy Namie, wracają głównie seniorzy. Młodzi ułożyli sobie życie gdzie indziej, bojąc się „niewidzialnego wroga” – promieniowania.
Kontrast ten najlepiej widać w samej Fukushimie Daiichi. Z zewnątrz teren wygląda na uporządkowany, trwa proces uwalniania do oceanu oczyszczonej wody z systemów chłodzenia, a pracownicy poruszają się swobodnie. Jednak we wnętrzu reaktorów wciąż zalega ok. 880 ton stopionego paliwa jądrowego zmieszanego z gruzem. Operator siłowni, firma TEPCO, przyznaje, że technologia pozwalająca na bezpieczne usunięcie tego materiału wciąż jest w fazie testów, a dotychczas wydobyto niespełna 1 gram radioaktywnych odpadów. Promieniowanie wewnątrz jest tak silne, że niszczy elektronikę wprowadzanych robotów, czyniąc wnętrze bloków jedną z najbardziej niedostępnych stref na Ziemi.
Kolejna rocznica jest zatem nie tylko momentem zadumy, ale i przypomnieniem o wyzwaniu, z którym Japonia będzie się zmagać przez następne dekady.
Krzysztof Pawliszak (PAP)
krp/ ap/