Historyk Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, prof. Grzegorz Motyka. Fot. PAP/Radek Pietruszka
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nie wykonał dotychczas żadnego gestu, który można byłoby uznać za symboliczny ukłon wobec wrażliwości historycznej polskiego społeczeństwa – ocenił we wtorek w rozmowie w Studio PAP prof. Grzegorz Motyka z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk.
Ekspert odniósł się do decyzji ukraińskiego prezydenta, który w ubiegłym tygodniu nadał jednej z jednostek sił zbrojnych swego kraju imię „Bohaterów UPA”. Zełenski uzasadniał, że uczynił to „w celu przywrócenia historycznych tradycji narodowego wojska oraz uwzględniając wzorowe wykonywanie powierzonych zadań podczas obrony integralności terytorialnej i niepodległości Ukrainy”.
Decyzja Zełenskiego wywołała falę krytyki w Polsce. Premier Donald Tusk ocenił ją jako niepokojącą, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz jako nie do przyjęcia. Oburzenie wyraził resort dyplomacji; minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wskazywał, że na polsko-ukraińskiej kłótni o przeszłość zyska tylko Władimir Putin. Prezydent Karol Nawrocki stwierdził, że Zełenskiemu powinien zostać odebrany Order Orła Białego i zaproponował, by 8. czerwca było to jednym z punktów posiedzenia Kapituły Orderu.
Decyzja Zełenskiego i reakcja Nawrockiego wzmacniają, jak wskazują komentatorzy, pozycję obu liderów na wewnętrznej scenie politycznej, ale osłabiają dotychczasowe wysiłki na rzecz wyciszenia napięć i pogłębienia dialogu między Kijowem i Warszawą.
Zdaniem historyka z Instytutu Studiów Politycznych PAN tracą na tym wszyscy ci, którzy pracują nad rozwiązywaniem problemów po obu stronach. Profesor przyznał, że decyzja Zełenskiego uruchomiła falę nowych sporów. – To rzeczywiście poruszyło do głębi nasze społeczeństwo – podkreślił badacz zajmujący się stosunkami polsko-ukraińskimi.
Jednocześnie ocenił, że zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie spory historyczne coraz częściej stają się elementem bieżącej walki politycznej, co sprzyja wzmacnianiu radykalnych narracji i utrudnia budowanie trwałego porozumienia.
– Jak na razie widać, że zarówno prezydentowi Ukrainy, jak i prezydentowi Polski może opłacać się w polityce wewnętrznej podgrzewanie nastrojów konfrontacyjnych – zaznaczył Motyka.
Profesor ostrzegł, że decyzje podejmowane przez przywódców politycznych po obu stronach mogą mieć istotne konsekwencje dla klimatu relacji dwustronnych. Według historyka dalsza eskalacja sporu przyniosłaby korzyści wyłącznie „putinowskiej Rosji”, a podsycanie napięć nie leży w interesie obu społeczeństw.
W jego ocenie decyzja Kijowa szczególnie mocno wybrzmiała w Polsce, gdzie po niedawnym kongresie historyków i wznowieniu ekshumacji wydawało się, że spór historyczny został już nieco wyciszony. – Dlatego jest to często odbierane jako lekceważąca ostentacja – powiedział historyk, specjalizujący się w historii najnowszej Europy Środkowo-Wschodniej, w szczególności stosunków polsko-ukraińskich w XX wieku.
Jak podkreślił, w takiej sytuacji najbardziej tracą środowiska, które od lat angażują się w proces pojednania i deradykalizacji nastrojów po obu stronach granicy. – Ci wszyscy, którzy ciężko pracowali na to, żeby wyciszyć te nastroje związane z historią, znajdują się w bardzo trudnej sytuacji – powiedział Motyka w Studio PAP. Jak dodał, dalszy rozwój sytuacji zależy od woli głównych jego aktorów oraz ewentualnych gestów łagodzących napięcia ze strony Kijowa.
Odnosząc się do postawy prezydenta Ukrainy, Motyka ocenił, że dotychczas Wołodymyr Zełenski nie wykonał żadnego gestu, który można byłoby uznać za symboliczny ukłon wobec wrażliwości historycznej polskiego społeczeństwa.
Ekspert ocenił, że możliwe są różne motywy decyzji Zełenskiego. Mogły to być - w jego opinii - m.in. wyraz szacunku wobec ukraińskich żołnierzy, dla których Stepan Bandera i Roman Szuchewycz pozostają symbolami walki o niepodległość, lub próba uzyskania poparcia obozu nacjonalistycznego. Postanowienie głowy państwa mogło też, jego zdaniem, być związane ze stosunkowo niskim priorytetem relacji polsko-ukraińskich dla Kijowa. Motyka zaznaczył, że nie wyklucza także kontekstu reakcji na zarzuty korupcyjne wobec osób z otoczenia ukraińskiego przywódcy.
– W gruncie rzeczy, Zełenski nie uznał za stosowne, aby w żaden sposób wytłumaczyć się z tej decyzji, więc nawet nie znamy jego punktu widzenia – wskazał rozmówca PAP.
Profesor ocenił, że w ukraińskiej narracji historycznej Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) postrzegana jest przede wszystkim przez pryzmat walki z władzą komunistyczną na zachodniej Ukrainie w latach 1944–54. Zwrócił uwagę, że w wyniku działań sowieckich zginęło lub zostało deportowanych około pół miliona Ukraińców, co sprawia, że okres ten jest dla wielu mieszkańców zachodniej części kraju kluczowym elementem pamięci historycznej.
– Jednak problem polega na tym, że tej polityce oddawania czci partyzantom walczącym z Sowietami towarzyszy założenie, iż należy przemilczać lub relatywizować masowe zbrodnie na Polakach. Neguje się też to, co z polskiego punktu widzenia jest oczywistością, czyli że w latach 1943–45, zwłaszcza między 9 lutego 1943 r. a 18 maja 1945 r., doszło do zorganizowanej antypolskiej ludobójczej czystki etnicznej – podkreślił historyk.
Badacz powiedział, że w czasie II wojny światowej konflikt o granice był nieunikniony, ale niekoniecznie musiał przybrać tak krwawy charakter. Zaznaczył, że masowe mordy ludności cywilnej były skutkiem decyzji najwyższego dowództwa OUN i UPA, które wydało konkretne rozkazy dotyczące przebiegu operacji.
Odnosząc się do słów rzecznika ukraińskiego MSZ Heorhija Tychego, że nadanie jednostce imienia bohaterów UPA nie było wymierzone w Polaków, historyk wyraził nadzieję, że w Kijowie pojawią się nie tylko deklaracje, ale też większe zrozumienie dla polskiej wrażliwości i potrzeby łagodzenia napięć w relacjach dwustronnych.
Według niego brak kroków pojednawczych oraz rosnące napięcia wokół pamięci historycznej sprawiają, że proces budowania porozumienia między Warszawą a Kijowem pozostaje podatny na kolejne kryzysy.
– Do tanga trzeba dwojga. W związku z tym nie może być tak, że strona ukraińska uznaje, iż gesty pojednawcze powinny płynąć wyłącznie z Warszawy. Ten konflikt wywołała decyzja prezydenta Zełenskiego i to na stronie ukraińskiej ciąży dziś większa odpowiedzialność za jego złagodzenie – podsumował Grzegorz Motyka.
Ukraińska Powstańcza Armia pozostaje jednym z najbardziej spornych tematów w relacjach polsko-ukraińskich. Według polskich historyków, w lipcu 1943 r. oddziały UPA przeprowadziły skoordynowane ataki na około 150 miejscowości zamieszkanych przez Polaków na Wołyniu, co stało się kulminacją zbrodni określanej w Polsce jako ludobójstwo wołyńskie. Za sprawców uznawani są członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów frakcji Stepana Bandery oraz podporządkowanej jej UPA.
Warszawa i Kijów od lat różnią się w ocenie tych wydarzeń. Polska uznaje zbrodnie popełnione na ludności polskiej za ludobójstwo, natomiast wielu ukraińskich historyków i polityków interpretuje je jako element szerszego konfliktu polsko-ukraińskiego, za który odpowiedzialność ponosiły obie strony. Jednocześnie w ukraińskiej pamięci historycznej OUN i UPA są często postrzegane jako symbole walki o niepodległość oraz powojennego oporu przeciwko Związkowi Sowieckiemu.
Rozmawiał Ihor Usatenko (PAP)