Źródło: Wikipedia
Bojarski miał dwa pragnienia – stać się fałszerzem, a jednocześnie pozostać przeciętnym obywatelem, ojcem i mężem. Podwójne życie bohatera wydało mi się ciekawym materiałem dla kina – powiedział PAP Jean-Paul Salomé. Jego „Fałszerz stulecia” jest dostępny na platformach VoD.
„Fałszerz stulecia” to fabuła inspirowana losami młodego, polskiego inżyniera, który po zakończeniu II wojny światowej przybywa do Paryża, by rozpocząć nowy etap życia. Jan Bojarski (w tej roli Reda Kateb) marzy o pracy odpowiadającej jego aspiracjom, jednak bez dostatecznej znajomości języka nie ma na to szans. Znajduje zatrudnienie w fabryce obuwia, z którego szybko rezygnuje. Postanawia utrzymywać się z wynalazków. Patentuje autorskie projekty przedmiotów, lecz jego firma bankrutuje. Szczęście dopisuje mu natomiast w sferze prywatnej – żeni się z pochodzącą z zamożnej francuskiej rodziny Suzanne (Sara Giraudeau) i wyprowadza za miasto do domu podarowanego przez teściów. Jan wyrzuca sobie, że nie jest w stanie sam utrzymać rodziny. Mając wiedzę techniczną i oko do detalu, zaczyna podrabiać banknoty. Pieniądze trafiają do obiegu, a mężczyzna bogaci się, zatajając przed bliskimi działalność przestępczą. W końcu na jego trop trafia policja, na czele z komisarzem Mattéim (Bastien Bouillon).
PAP: Pierwowzór bohatera tej historii, Czesław Bojarski, uważany jest za jednego z najwybitniejszych fałszerzy banknotów wszech czasów, ale jego historia nie była powszechnie znana we Francji. Jak na nią trafiłeś?
Jean-Paul Salomé: Miałem dostęp do obszernej dokumentacji obejmującej archiwalia – artykuły prasowe, patenty, zdjęcia, ilustracje, protokoły z procesu i przesłuchań. Analizując materiały, dowiedziałem się, kim był Bojarski. Od razu zafascynowała mnie historia imigranta odrzuconego przez Francję, jego dążenie, by – mimo wejścia na drogę przestępczą – sprawiać wrażenie zwykłego, rodzinnego, zamożnego człowieka. Zazwyczaj to nie idzie w parze. Wtedy dowiedziałem się, że Bojarski ukrywał swoją działalność przed najbliższymi. Miał dwa pragnienia – z jednej strony stać się fałszerzem, z drugiej zaś - pozostać przeciętnym obywatelem, ojcem i mężem. Utrzymywał się na obu płaszczyznach. Właśnie to podwójne życie wydało mi się ciekawym materiałem na film.
PAP: Określano go mianem „Cézanne'a fałszerzy”. Jego podróbki są kolekcjonerskim rarytasem – osiągają na aukcjach ceny rzędu tysięcy euro. Ty również dostrzegłeś w nim artystę?
J.-P.S.: Bojarski sukcesywnie odkrywał swoją życiową drogę. Miał wykształcenie inżynierskie, choć można by określić go raczej mianem wynalazcy. Kiedy zaczął fałszować banknoty, mocno się w to zaangażował i na tym polu odkrył w sobie artystę. Nie jestem pewien, czy od początku przejawiał taki talent. Natomiast niewątpliwie akt fałszowania pieniędzy wymagał wizji, a w miarę upływu czasu stał się przejawem ekspresji twórczej. Na tym polegała ewolucja tej postaci. Dla mnie Bojarski był przede wszystkim inżynierem-wynalazcą, którego pasjonowało odkrywanie nowych rzeczy. Później – z konieczności – został przestępcą. Rozwijając tę działalność, uświadomił sobie, że posiada artystyczny dar. W końcu pojawiła się potrzeba uznania – pragnął, by jego talent został doceniony przez innych.
PAP: O niektórych rozdziałach życia inżyniera wiadomo niewiele. Brakuje potwierdzonych informacji o jego losach wojennych i relacjach rodzinnych. Jakie podejście przyjąłeś wobec tych niewiadomych?
J.-P.S.: Dość wcześnie postanowiliśmy odejść od konwencji filmu biograficznego. Nie chciałem przedstawiać całego życia Bojarskiego. Nie mogłem opowiadać o jego życiu w Polsce, a później o wojnie, obozach i ucieczce. Nie miałem na to środków. Film musiał zamknąć się w dwóch, a nie trzech godzinach. Najbardziej interesował mnie okres, który oglądamy na ekranie. Właśnie wtedy skrystalizowały się dramatyczne problemy Bojarskiego – kraj, do którego przybył, odrzucił go, stał się obcokrajowcem wyjętym spod prawa, założył rodzinę, przez 12-13 lat ścigała go policja. Cieszę się, że udało nam się uniknąć dłużyzn typowych dla kina biograficznego i utrzymać rytm kryminału.
PAP: Jednocześnie „Fałszerz stulecia” pozostał portretem człowieka utalentowanego, wykształconego, który przybył do Paryża w poszukiwaniu lepszego bytu. Na miejscu okazało się, że bez dobrej znajomości francuskiego nie ma szans na satysfakcjonującą pracę ani społeczne uznanie. Dzisiejsi imigranci mają podobne problemy?
J.-P.S.: Czasy się zmieniły, ale wciąż napotykają oni na różne trudności. Po II wojnie światowej do Francji przybywali przede wszystkim Włosi, Hiszpanie i Polacy. Dziś wśród ludności napływowej dominują inne narodowości. Nie zmienił się natomiast główny powód migracji – ludzie chcą uciec ze swojego kraju, znaleźć pracę we Francji. Sądzę więc, że istnieją powiązania między tymi dwoma epokami. Współczesna publiczność – także młoda – zna temat i może utożsamić się z losami powojennych imigrantów.
PAP: Często podkreślasz, że kluczowym etapem twojej pracy jest praca nad tekstem. Opowiesz o swoim procesie twórczym?
J.-P.S.: Tworzenie scenariusza jest bardzo trudne, dlatego chętnie dzielę się tym zadaniem – tym razem z Bastienem Daretem. Praca w parze przypomina grę w ping-ponga. Dzielimy się sekwencjami, ja zajmuję się scenami, w których występuje kilkoro bohaterów, on – scenami akcji albo na odwrót. Później wymieniamy się uwagami, poprawiamy tekst. Nie jestem jednym z tych filmowców, którzy rzucają pomysły, a resztę powierzają innym. Pisanie sprawia mi przyjemność. Jednak potrzebuję partnera, kogoś, z kim mogę konfrontować idee. Kiedy pracuję nad scenariuszem, zdarza mi się myśleć o konkretnych aktorach. Tak było w wypadku dwóch poprzednich filmów „Sygnalistka” i „Mama Weed” z udziałem Isabelle Huppert. Wspaniale wspominam tamte doświadczenia i chciałem przeżyć to jeszcze raz. Redę Kateba spotkałem zupełnie przypadkowo. Uznałem, że idealnie pasowałby do tej roli. Opowiedziałem mu pokrótce o projekcie, a on zgodził się w nim wystąpić.
PAP: „Fałszerz stulecia” oscyluje między dramatem, thrillerem, kinem noir i filmem gangsterskim. Żonglerka konwencjami sprawia ci frajdę?
J.-P.S.: Lubię zaskakiwać samego siebie. Za każdym razem staram się sięgać po rzeczy, których jeszcze nie robiłem – po coś, co mnie ekscytuje i ma w sobie aspekt nieznanego. Jednocześnie zastanawiam się, czy to samo zainteresuje widza. Analizując konwencje różnych obrazów – filmów noir, komedii – uświadomiłem sobie, że nie jestem reżyserem naturalistycznym. Cenię filmowców tworzących w tym nurcie, podziwiam talent Maurice’a Pialata i braci Dardenne. Natomiast nie potrafiłbym robić tego, co oni, to nie mój styl. Szukam innych dróg dających zastrzyk emocji.
PAP: W warstwie wizualnej twój film przywodzi skojarzenia z obrazami mistrzów kryminału Jacquesa Beckera i Jeana-Pierre’a Melville’a. Myślałeś o nim jako hołdzie złożonym dziedzictwu francuskiego kina?
J.-P.S.: Tak, chciałem pokazać, że kino ma wymiar ponadczasowy. Oczywiście, nie chodziło o kopiowanie pomysłów. Chciałem pokazać, że filmy, które dobrze sprawdziły się w swoich czasach, mogą nadal być aktualne. Tym, co się zmieniło, jest podejście do postaci kobiecych - ich obecność lub nieobecność w fabule. Dlatego wykreowanie żony Bojarskiego stanowiło wyzwanie. Bohaterka ta jest jedynym nowoczesnym aspektem filmu – pozostałe są wierne epoce, o której opowiadamy. Musieliśmy znaleźć sposób, by wkomponować ją w fabułę.
PAP: Bojarskiego skazano na 20 lat pozbawienia wolności. Zwolniono go po 13 latach za dobre sprawowanie. Dożył 90 lat, zmarł w 2003 r. Miałeś okazję poznać kogoś z jego rodziny?
J.-P.S.: Pod koniec zdjęć spotkałem się z córką inżyniera Anne Bojarski. Obejrzała zarejestrowany materiał, od tamtej pory utrzymujemy kontakt. Pomogła mi promować film, była wdzięczna, że zwróciliśmy uwagę na jej ojca. To piękne z jej strony. Anne bardzo wzruszyło, że w pewnym sensie zrehabilitowaliśmy tego człowieka i jego talent. Film podziałał na nią terapeutyczne. Także z tego względu zdecydowała się wziąć udział w promocji. Przychodziła na pokazy, udzielała się w mediach. To był jeden z najbardziej satysfakcjonujących aspektów całego przedsięwzięcia.
Rozmawiała Daria Porycka
Jean-Paul Salomé (ur. 1960 r.) jest francuskim reżyserem i scenarzystą. Zaczynał jako asystent Claude’a Leloucha na planie „Jednych i drugich”. W latach 80. zrealizował dokumenty „L'Heure d'aimer” i „La Petite Commission”. W kinie fabularnym zadebiutował w 1998 r. filmem „Nabici w butelkę”. Wcześniej wyreżyserował komedię telewizyjną „Crimes et Jardins”. W latach 2007-2009 oraz 2011-2012 sprawował funkcję prezesa francuskiej Gildii Reżyserów, Scenarzystów i Producentów Filmowych. Z kolei od 2013 do 2017 r. był prezesem Unifrance – organizacji promującej francuskie filmy i programy telewizyjne na świecie. W 2021 r. otrzymał nominację do Cezara za scenariusz „Mama Weed”, a w 2022 r. – nagrodę specjalną na festiwalu w Wenecji za film o tematyce dotyczącej środowiska pracy - „Sygnalistkę”.
„Fałszerz stulecia” jest dostępny na platformach VoD Player, Pilot WP, Play Now i Rakuten TV. Dystrybutorem obrazu jest Monolith Films. (PAP)
dap/ wj/ aszw/