Warszawa 10.02.1958. Scenarzysta filmowy i pisarz Jerzy Stawiński. Fot. PAP/Zbigniew Matuszewski
„To nowe państwo było nasze i nie wolno było go oszukiwać” - wspominał swoje przedwojenne wychowanie Jerzy Stefan Stawiński. Pisarz, scenarzysta „Kanału”, „Eroiki”, „Zezowatego szczęścia”; twórca, który uważał się za „antyromantyka” urodził się 1 lipca 1921 r. w Zakręcie (Mazowieckie).
„Był bardzo ważny dla powojennego kina polskiego, dla powojennej kultury” - powiedział Iwonie L. Koniecznej z PAP (2020) prof. Tadeusz Lubelski, historyk filmu i krytyk. „Zaznaczył się jako najważniejszy scenarzysta nurtu zwanego polską szkołą filmową. Jego biografia okazała się modelową biografią pokolenia” - podkreślił, że Stawiński nie był „pisarzem wyobraźni”. „Pisał na dokumentach – na historii własnej lub cudzej, był technikiem scenariusza, przetworzył etapy własnej historii w ciąg fabuł: »Kanał«, »Eroica« i »Zezowate szczęście«. Trzeba jeszcze dodać »Zamach« i serię scenariuszy z późniejszych lat: »Godzina W«, »Urodziny młodego Warszawiaka«, »Obywatel Piszczyk« i, najbardziej autobiograficzne, »Jutro idziemy do kina«” - dodał.
Sam Stawiński twierdził jednak, że nie było żadnej polskiej szkoły filmowej. „Wrzuca się do wspólnego worka filmy różne, o różnej wadze i tematyce. Tylko dlatego, że powstały w tym okresie” - ocenił. „Nie było żadnej polskiej szkoły, były moje opowiadania” - dodał.
Sprzeciwiał się również nazywaniu jego pokolenia „Kolumbami”, ponieważ ono „nic nie odkryło” – uważał się natomiast za „przedstawiciela pierwszego pokolenia wolnej Polski”.
„Był pragmatykiem, dla którego gorycz historii stanowiła podstawowe doświadczenie. To był człowiek, który chciał się podzielić swoimi unikatowymi przeżyciami” – powiedział PAP filmoznawca prof. Marek Hendrykowski (2020).
Barbarze Gizie, autorce wywiadu-rzeki „Do filmu trafiłem przypadkiem” (2007) Stawiński powiedział, że jest „antyromantykiem”. „To był polski romantyzm, żeby nagle, w potwornej rzeczywistości dwóch olbrzymich armii, milionowych, nagle wyskoczyć z powstaniem 40 tysięcy młodych ludzi i starać się coś dla siebie wygrać. To było niemożliwe” - ocenił.
„Był pragmatykiem, dla którego gorycz historii stanowiła podstawowe doświadczenie. To był człowiek, który chciał się podzielić swoimi unikatowymi przeżyciami.”
Był wnukiem prof. Henryka Biegeleisena, wybitnego lwowskiego etnografa. „Do końca lat 40-tych nosiłem jego nazwisko i nazywałem się Biegeleisen-Stawiński” - wspominał. Jego ojciec, Leon Władysław Biegeleisen, był ekonomistą, wykładowcą Wolnej Wszechnicy Polskiej oraz Wyższej Szkoły Dziennikarskiej. Matka, Stefania z Kołakowskich, która ukończyła konserwatorium w Paryżu, prowadziła dom.
Odebrał przedwojenne wychowanie inteligenckie, co znaczyło „przede wszystkim przyzwoite zachowanie i poziom moralny. Wykluczone było okazać się aferzystą, dorobkiewiczem, oszustem. To nowe państwo było nasze i nie wolno było go oszukiwać”. Istotnym elementem wychowania były podróże - m.in. w 1937 r. do Paryża na Wielką Wystawę Powszechną.
Żywił kult munduru. „Bardzo chciałem iść do wojska, żeby służyć ojczyźnie” - wspominał. Po wielekroć usiłował zdefiniować tę mentalność, w której wzrósł. „Nosiłem w sobie mit walki o niepodległość (wychowali mnie na legendzie powstania styczniowego) – który w kanale upadł”- ocenił.
Maturę zdał we wrześniu 1938 roku. Zapisał się na prawo i od razu dostał odroczenie, gdyż ubrano go również w wymarzony mundur - Szkoły Podchorążych Łączności w Zegrzu. Na studia wrócił dopiero w 1947 roku.
Po 1 września 1939 r. przekazywał rozkazy dla artylerii. „Były one bardzo żałosne, bo jedna bateria miała wystrzelić pięć pocisków na Marki, a cztery na Ząbki. (…) Było wiadomo, że to tylko gest, bo nie miało to znaczenia militarnego, ale nie wypadało, żeby takie państwo padło po dwóch tygodniach. Był to honorowy akt” - gorzko oceniał Wrzesień, za który - osiemnastolatek - dostał Krzyż Walecznych.
Do konspiracji trafił w marcu 1940 r. Szkolił rówieśników; utworzył oddział łączności. W 1942 r. ojciec zginął w Oświęcimiu „Matka zmarła niedługo po nim. Ona go tak kochała, że nie mogła bez niego żyć” - ocenił. Młodzieńcowi została tylko babcia.
Stawiński czekał na wybuch powstania. „Nie miałem też świadomości pomyłki. Działaliśmy do końca. Dopiero jak nas przyparli czołgami do paru uliczek, zaprzestaliśmy. Nie wiem, czy to morale, honor, czy wychowanie” - opowiadał.
26 września, ostatniego dnia ewakuacji Mokotowa, Stawiński wprowadził do kanału ok. 130 osób, z czego 70 swych podkomendnych, by dostać się do Śródmieścia. „Przygotowałem przecież to powstanie i ciągle tych ludzi ratowałem. Z trzema znalazłem się cudem w Śródmieściu, straciwszy wszystko, za co byłem odpowiedzialny” - wspominał.
Poczucie winy ścigało go przez lata. „Jak się ma 23 lata i prowadzi się swoich ludzi kanałami, to ten ktoś, kto wchodził na Mokotowie i ten, kto wychodził w Śródmieściu - nie był tym samym człowiekiem” - zauważył prof. Hendrykowski.
W kanałach był tłum. Niemcy rzucali granaty, zamykali przejścia. W okolicach kolektora wybuchła samobójcza panika, której poddała się część jego podwładnych. „Początkowo pełzaliśmy na czworaka, gęsiego, w pojedynkę, bo nie mogły minąć się dwie osoby. (…) Były tam też postaci siedzące, jakichś starszych ludzi, którzy tylko jęczeli. Jęki były spotęgowane przez echo, co stwarzało straszne wrażenie” - wspominał Stawiński.
„Jak się ma 23 lata i prowadzi się swoich ludzi kanałami, to ten ktoś, kto wchodził na Mokotowie i ten, kto wychodził w Śródmieściu - nie był tym samym człowiekiem”
Za kolektorem były nieczystości po kolana, ciemność i gaz błotny. Stawiński uległ zatruciu, nie mógł znaleźć wyjścia na Wilczą. Na szczęście, któryś z jego podwładnych, który wcześniej wyszedł na powierzchnię, wrócił po niego. Ale wąski kanał wyjściowy blokował ciałem ktoś, kto zwariował. „Awanturował się, miotał, musieliśmy przejść na siłę. On chyba został na dole. Wielu ludzi tam się załamało. (…) Przestraszyli się chyba wycia tych, którzy nie mogli już iść, a które odbijane przez ściany, dawało wrażenie zupełnie infernalnego” - opisywał.
Stawiński wrócił do kanału. „Poszedłem do barykad, ale trwała tam cisza śmierci, nie było nikogo żywego. Ciągle wpadałem na jakieś ciała, pływające w brei. Niektóre podnosiłem za włosy, bo szukałem moich ludzi, jednego zresztą w ten sposób zidentyfikowałem”. Po tym przeżyciu Stawiński „był prawie ślepy i przez tydzień nic nie jadł”.
„W dzień kapitulacji wyszedłem na ulicę Marszałkowską, która była kupą gruzów. Tylko kilka fasad zostało. Chodząc po gruzach i po potwornym smrodzie spalenizny, doszedłem do wniosku, że zbankrutowała cała moja formacja i całe moje życie się w tej chwili zmieniło w nie wiadomo co. Doszedłem do wniosku, że tutaj życia nie ma, że przyjdą bolszewicy, że trzeba wobec tego dać się wziąć do niewoli, żeby się znaleźć na Zachodzie. Chcę uciec stąd, bo już nie mogę, uciec jak najdalej, uciec od tych gruzów” - powiedział Stawiński Iwonie Brandt z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego (2005) .
Z obozu w Murnau wyzwolili go Amerykanie. Pojechał za Andersem do Włoch, rok później do Anglii. „Gdybym nie pojechał do Anglii, na pewno uwikłałbym się w WIN” - ocenił Stawiński. Miał „świadomość uniknięcia pogromu”. Mając 24 lata, uznał dotychczasowe życie za przegrane. „I był jedyny sposób, żeby się z tego wydobyć: wrócić do Polski.(…) Nie przyszło mi do głowy, co oni tu urządzą. Stalin pozwolił na swobodne bytowanie, a po roku od mojego powrotu wszystko zaczęło się zamykać i izolować”. W innym miejscu powiedział: „Dałem się nabrać i w 1947 r. wróciłem, ale czułem się strasznie oszukany”.
Wrócił na studia, założył z kolegą biuro pisania podań - najwięcej dotyczyło wydania więźniów ze Związku Sowieckiego. „Zaraz przyszło UB. Namówili mojego kolegę do współpracy, więc ja dość szybko się z tej spółki wycofałem” - wspominał.
W 1950 r. znalazł się w Państwowym Instytucie Wydawniczym. Redagował książki, utwory współczesne, „okropne teksty socrealu”. Kiedyś dostał do redakcji dzieło, którego podsumowanie brzmiało „Giną ludzie, giną świnie, walka klasowa trwa”.
Debiutował powieściami „Herkulesy” (1953) i „Katarzyna” (1955). „Ten ustrój nas upadlał, nie można było przeżyć bez upodlenia. Te dwie książeczki to też było upodlenie” - ocenił po latach. „W pewnym momencie poczułem się jak w pułapce. (…) W czasie wojny – paradoksalnie – wszystko było jasne, określony wróg i szansa na zwycięstwo. W tej nowej rzeczywistości (…) ludzie tak się bali, że niektórzy donosili z własnej woli. Ubecja miała taki aparat i archiwa, że trudno mi dzisiaj potępiać jej współpracowników. Stalinizm nas wszystkich upodlił. Trzeba było się na coś godzić, żeby normalnie żyć” - wyjaśnił. Jednak sam nie wstąpił do PZPR.
Pierwsze opowiadanie – o przedwojennym maszyniście, zaszczutym przez pomocnika-komunistę, który rujnował parowóz w wyścigu pracy - postanowił sfilmować Andrzej Munk, również z rocznika 1921.
Wcześniej jednak w listopadzie 1956 r. Munk poprosił go o scenariusz filmu pełnego muzyki „i powiewnej kobiecości” - zabrał do szkoły baletowej, by przyjrzał się, tańczącym dziewczętom. Stawiński prowadził wtedy rozrachunki z wojną, tkwił w świecie drutów, baraków i jenieckich prycz; nie miał siły pisać o baletnicach. Zaproponował Munkowi ekranizację opowiadań z tomiku „Godzina »W«. Węgrzy. Kanał”. Munk - który „Kanał” już czytał - odparł bez namysłu: „nie będę robił filmu grozy, który cały czas toczy się w ciemnościach, a do tego w gównie”.
Reżyserem został Andrzej Wajda, ale komisja scenariuszowa odrzuciła projekt - przegrany Stawiński wyszedł z gmachu Centralnego Urzędu Kinematografii. „Wystarczyło mi przejść kilka kroków, na placyk u zbiegu Puławskiej i Dąbrowskiego, by stanąć nad włazem kanałowym: do niego właśnie wślizgnąłem się przed 12 laty. Na szczęście właz istniał nadal” - napisał.
Kilka tygodni później w Moskwie odbył się XX Zjazd KPZR. „Szkoła polska powstała dzięki Chruszczowowi” - ocenił Stawiński. Przypomniał, że „Kanał” nakręcono w zamieszaniu po przemówieniu genseka, „gdy władza straciła na czujności, nie wiedziała, co wolno, a co nie”.
Premiera „Kanału” odbyła się kwartał po premierze „Człowieka na torze”. „Młode polskie kino potrzebowało dobrego scenarzysty. I zjawił się Stawiński, który miał wiele do opowiedzenia o zderzeniu jednostki z historią – i który odczuwał absurd tego, co w Polsce się działo i dzieje” - powiedział Iwonie L. Koniecznej prof. Hendrykowski.
Czasy się zmieniały. Gdy pod koniec 1955 r. Stawińskiego wezwano do UB, poprosił o pomoc prof. Stefana Żółkiewskiego, kierownika Wydziału Kultury PZPR. Gdy wrócił do domu „zadzwoniła towarzyszka Bristigierowa z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i wyjaśniła, że wezwanie było pomyłką”. Zatelefonował też pierwszy sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR, Stefan Staszewski, by powiedzieć, że Stawiński „jest odważny”. Na bankiecie jakiś podchmielony funkcjonariusz poklepał go po plecach: „A to pan jest ten nosiciel ideologii akowskiej w filmie”.
Starał się przypominiać AK z różnymi reżyserami – na ile to akurat było możliwe. „O ile »Zamach« był próbą ukazania anonimowej grupy ludzi, którzy zabijają anonimowego kata, »Akcja pod Arsenałem« była bardziej prawdziwa. Dopiero jednak w »Godzinie W« udało mi się pokazać legitymację AK” - wspominał.
Prof. Hendrykowski przypomniał sytuację realizatorów filmu „Kanał”. „Jest rok 1956, nie było żadnego filmu o powstaniu i jest tysiąc możliwości, jak to zrobić - od absolutnej gloryfikacji do absolutnego potępienia. A oni znaleźli się pośrodku” - wyjaśnił.
Gdy Stawiński pracował nad następną opowieścią obiecaną Munkowi – „lekką”, „o pechowcu” - znów zalała go gorycz. „Gdybym się na przykład urodził przed wojną synem francuskiego sklepikarza, przyuczyłbym się do handlu, pokolaborował w okupację nie więcej, niż było trzeba, odziedziczył po ojcu sklepik i sprzedawał w nim spokojnie do dziś mimo wojny i wszelakich światowych przeobrażeń. A u nas?” - pytał. „Chyba pechowcami należało nazwać mieszkańców tej środkowo-europejskiej równiny, na której prawie żadne pokolenie nie tylko nie mogło się wzbogacić, ale w ogóle przeżyć spokojnie życia bez śmierci, rzezi, wywózki czy stanu wyjątkowego” - ocenił.
Dotychczasowe życie podzieliło mu się na epizody w różnych wcieleniach: harcerza, podchorążego, studenta, konspiratora, handlarza, pokątnego doradcy z biura pisania podań i wreszcie biurokraty. Była to pogoń oportunisty za powodzeniem, która zawsze kończyła się fatalnie. „»Zezowate szczęście« jest dziś pojmowane jako apel na rzecz własnej podmiotowości, tożsamości” – przypomniał prof. Hendrykowski. „Trzeba pamiętać o jego sukcesie przy adaptacji scenariuszowej »Krzyżaków« Sienkiewicza. To do dziś najpopularniejszy i najbardziej kasowy polski film” - dodał.
W „Notatkach scenarzysty” (1983) Stawiński opisał konflikty finansowe towarzyszące realizacji „Krzyżaków” (1960) Aleksandra Forda. Film zarobił miliony, ale scenarzyście zapłacono sztywną stawkę – 35 tys. zł. Do dialogów Stawińskiego Ford dopisał siebie i Leona Kruczkowskiego - członka KC PZPR.
Pod koniec 1960 r. Stawiński opublikował w „Przeglądzie Kulturalnym” protest „Wyzysk w przemyśle filmowym”; stanął na czele tzw. buntu scenarzystów. przeciwko sytuacji, w której autor przerabianego na film dzieła literackiego, tracił doń prawo - autorem wszystkich myśli, które podsunął literat stawał się reżyser. „Rozmawiałem o tym ze Stawińskim i znam zagadnienie z pierwszej ręki. W buncie scenarzystów chodziło o nierównoważność statusu pozycji scenarzysty i reżysera w polskim filmie. Scenarzysta zarabiał mniej od reżysera, oraz ponosił ryzyko, że napracuje się za darmo” - wyjaśnił prof. Hendrykowski.
Protest skonfliktował Stawińskiego z reżyserami. „Dlatego sam zaczął reżyserować. Wbrew własnym predyspozycjom zaczął opowiadać losy następnego pokolenia, które znał z dystansu” – zauważył prof. Lubelski.
Według własnych scenariuszy Stawiński wyreżyserował m.in. „Rozwodów nie będzie” (1963), „Kto wierzy w bociany?” (1970) i „Godzinę szczytu” (1973).
W 1968 r,. odkleiła mu się siatkówka, operacja udała się częściowo. Po wprowadzeniu stanu wojennego przeszedł na emeryturę - miał 60 lat, szwankował mu wzrok, skorzystał z uprawnień kombatanckich. „Ale pisał do końca życia” – podkreślił prof. Lubelski.
„Konsekwentnie opowiadał o goryczy własnego doświadczenia historycznego i przekazywał to doświadczenie do rozpoznania i przemyślenia zbiorowej świadomości własnego społeczeństwa” - ocenił prof. Marek Hendrykowski. „Wielkość Stawińskiego można mierzyć na różne sposoby. Za jeden z lepszych uważam pamięć, że to właśnie on stworzył i wpisał w zbiorową świadomość Polaków postaci tak emblematyczne dla historii Polski XX w. jak maszynista Orzechowski z »Człowieka na torze«, Dzidziuś Górkiewicz, porucznik Zawistowski i porucznik Turek z »Eroiki«, oraz Jan Piszczyk z »Zezowatego szczęścia«” - dodał.
Jerzy Stefan Stawiński zmarł 12 czerwca 2010 roku - miał 88 lat. (PAP)
ilk/ top/ dki/