Markus Schleinzer. Fot. Fabian Sommer (PAP/EPA)
„Róża” to film queerowy, ponieważ każdy z nas jest queer. Powinniśmy na nowo zdefiniować to pojęcie, uwzględnić szerszy kontekst i żyć w pokoju – powiedział PAP reżyser Markus Schleinzer. Obraz, który zapewnił Sandrze Hüller Srebrnego Niedźwiedzia za najlepszą rolę pierwszoplanową, od piątku w kinach.
W trakcie wojny trzydziestoletniej młoda kobieta Rose (w tej roli Sandra Hüller) w męskim mundurze służyła w wojsku. Teraz jej twarz przecina blizna trwale zniekształcająca rysy — ślad traumatycznych przeżyć na froncie. Po zakończeniu konfliktu bohaterka przyjeżdża do odległej niemieckiej wsi. Przedstawia się jako żołnierz i oznajmia, że jest spadkobiercą opuszczonego gospodarstwa. Ma ze sobą dokument potwierdzający prawo do gruntu. Z czasem Rose zyskuje zaufanie lokalnej społeczności. Ludzie doceniają jej barwne anegdoty, pracowitość i bogobojność. Zamożny rolnik (Godehard Giese) zgadza się sprzedać jej ziemię, pod warunkiem że ożeni się z jego córką Suzanną (Caro Braun). Kobieta zgadza się na taki układ. Problem w tym, że aby mieszkańcy wioski nie zaczęli snuć podejrzeń i sekret tożsamości Rose nie wyszedł na jaw, Suzanna musi zajść w ciążę.
PAP: David Lynch w swojej słynnej książce o procesie twórczym pisał, że idee są jak ryby. Jeżeli chcesz złowić małą, możesz zostać na płytkiej wodzie. Jeśli natomiast zależy ci na wielkiej, musisz zejść głębiej. Tego drugiego musiała wymagać od ciebie „Róża” – obraz XVII-wiecznych protestanckich Niemiec, gdzie sztywne ramy społeczne skutecznie tłumiły potrzebę indywidualizmu. Jak złowiłeś taki pomysł?
Markus Schleinzer: To długa historia. Nie jestem typem filmowca, który podąża za tym, co w danej chwili wydaje się modne. Nie chodzę po księgarniach, by sprawdzić, jakie powieści są na topie. Nie pytam, co najchętniej kupują artyści. Oczywiście, adaptacje popularnych utworów mogą zapewnić sukces, ale ja wolę poczekać, aż pojawi się coś, co naprawdę mnie zainteresuje. Tworzenie filmów jest złożonym procesem, więc temat, który wybierzemy, będzie nam towarzyszył przez minimum kilka lat.
Pomysł na tę fabułę pojawił się, gdy kompletnie się tego nie spodziewałem – w dniu moich urodzin. Przyjaciółka, z wykształcenia historyczka, zadzwoniła do mnie z życzeniami. Wspomniała, że właśnie czytała akta sądowe kobiety straconej dokładnie 250 lat temu za udawanie mężczyzny, co uznano za akt sodomy. Poprosiłem ją, by mi je przesłała. W ten sposób zacząłem zagłębiać temat.
Oglądałem filmy o osobach transpłciowych, których tożsamość była kryminalizowana. A później znalazłem informacje o blisko 300 kobietach z różnych stuleci, które postanowiły nosić spodnie, by osiągnąć to, co chciały.
PAP: Jakie konkretnie powody stały za tą decyzją?
M.S.: Ich motywacje okazały się jasne, choć niezwykle zróżnicowane. Wiele kobiet chciało uniknąć aranżowanego małżeństwa. Część straciła mężów i musiała sięgnąć po przebranie, by zarabiać na życie. Zresztą wciąż w różnych krajach Afryki można znaleźć rodziny, w których z powodu braku męskiego spadkobiercy kobieta przejmuje rolę mężczyzny. Były również w tej grupie osoby, które dzisiaj określilibyśmy mianem nieheteronormatywnych — oczywiście bez jakiejkolwiek wzmianki czy sugestii w dokumentach. Homoseksualizm w ogóle nie był tematem dyskusji. Uważano, że kobiety, które mieszkają razem, muszą być kuzynkami, bo przecież w seksie chodzi wyłącznie o penetrację.
Istniał też wspólny mianownik wszystkich opowieści – pragnienie wolności, samostanowienia o sobie. Kim chcę być? Kto decyduje o moim życiu? Ten dość współczesny aspekt bardzo mnie zainteresował. Udajemy, że w feminizmie zaszliśmy już bardzo daleko, ale moim zdaniem to nieprawda. Przez 17 lat byłem reżyserem castingu, a casting w branży filmowej jest uznawany za tzw. kobiece zajęcie, podobnie jak charakteryzacja czy kostiumy. Zarabiałem marnie, ponieważ płacono mi tyle samo co moim koleżankom po fachu. Dlaczego nadal tak jest? Nie rozumiem tego nawet z ekonomicznego punktu widzenia. Przecież gdyby kobiety otrzymywały takie same wynagrodzenia co mężczyźni, byłoby jeszcze więcej pieniędzy do wydania.
PAP: Jak rozumiem, przypadki, które znalazłeś, dotyczyły wyłącznie kobiet przyłapanych „na gorącym uczynku”. Całkowita liczba osób, które wybrały tę drogę, musiała być znacznie wyższa?
M.S.: Poruszające, prawda? Zauważyłem — nigdy dotąd nie dzieliłem się tym w wywiadach — że w Europie istniała pewna granica.
W krajach katolickich takich kobiet było niewiele, a w protestanckich – bardzo dużo. Zastanawiałem się, skąd te dysproporcje.
Dla mojej przyjaciółki to było oczywiste – katolicy wcześnie wydawali swoje córki za mąż. Zdarzało się, że dziewczyny brały ślub w wieku 12, 13 albo 14 lat. Protestantki zaś – nie wiem dlaczego – wychodziły za mąż w wieku 18-20 lat. Dzięki temu miały więcej czasu, by zastanowić się, kim chcą zostać, i zdecydować, czy naprawdę chcą podążać ścieżką, jaką wytyczyli im mężczyźni – ojcowie, bracia, ktokolwiek inny.
PAP: „Róża” to twoja trzecia fabuła, po „Michaelu” i „Angelo”. A zarazem kolejna historia o genderowym i społecznym niedopasowaniu. Bliskie jest ci stwierdzenie, że reżyser przez całe życie snuje tę samą opowieść, zmieniając jedynie perspektywę, scenerię, obsadę?
M.S.: Michael prowadzi podwójne życie. Jest outsiderem, który ze względu na popełnione przestępstwa ukrywa swój status przed społeczeństwem. Angelo na zawsze pozostanie wycofany, bo w jego czasach kolor skóry determinował miejsce w społeczeństwie. Z kolei Rose sądzi, że znalazła sposób na przezwyciężenie swojego outsiderstwa. Tak, moje filmy krążą wokół idei „innych”. Uważam jednak, że w społeczeństwie wszyscy jesteśmy „innymi”. Często pytano mnie, czy zrobiłem film queerowy. Oczywiście, ponieważ każdy z nas jest queer. Ty jesteś sobą, ja jestem sobą. Może powinniśmy na nowo zdefiniować pojęcie queerowości, uwzględnić szerszy kontekst i żyć w pokoju.
Pracując nad fabułą, myślałem o tym, co i dlaczego ogranicza mnie i innych ludzi. Czasami ogarnia mnie strach, że nasze społeczeństwo potrafi funkcjonować tylko wtedy, gdy kogoś ogranicza, gdy czuje, że stoi ponad nim.
Dlaczego ktoś może wynająć całą Wenecję, kupić suknię ślubną za 300 tys. euro, wysłać gwiazdy pop w kosmos? Nie podoba mi się to. Powinniśmy uważać, jak myślimy o innych ludziach, jak traktujemy siebie nawzajem i jakich słów używamy. A często są to zwroty wyższościowe, w stylu: „chcę być lepszy od ciebie”.
PAP: Wrażliwość na kwestie społeczne i polityczne to coś, co wyniosłeś z domu?
M.S.: Jestem bardzo zaangażowany w politykę. Zawsze powtarzam, że sposób, w jaki traktujemy outsiderów, mówi wiele o naszym społeczeństwie i naszych czasach. Obecnie wyraźna jest tendencja do tworzenia opozycji „my” kontra „oni”, wskazywania na kogoś palcem. „My” jesteśmy w centrum wydarzeń, jesteśmy „tymi dobrymi”. „Oni” to „ci źli”. Potrzebujemy „ich”, by poczuć się lepiej, manipulować masami i osiągać idiotyczne cele polityczne. To niebezpieczne. Gdybyśmy zerwali te zewnętrzne kręgi, zbliżyli się do siebie, moglibyśmy dostrzec, że tak naprawdę to my jesteśmy źli. W filmie pojawia się ładna ironia – kiedy bohaterka przybywa do wsi, widzi mieszkańców w niecodziennych przebraniach i maskach.
PAP: Za zdjęcia do „Róży” odpowiadał Gerald Kerkletz, z którym współpracowałeś przy poprzednich filmach. Tym razem postawiliście na czarno-białe zdjęcia. Monochromatyczne kadry podkreślają surowość świata przedstawionego?
M.S.: Długo dyskutowaliśmy o tej koncepcji. Wydaje mi się, że czerń i biel pokazują, jak absurdalni bywamy, jak łatwo dajemy się zwodzić. Nie mam na myśli aspektu moralnego. Te dwie barwy sprawiają, że wszystko staje się równe. A zatem musimy znaleźć zaufane osoby, które przeprowadzą nas przez filmowy świat. Jeśli chcielibyśmy ukazać rannych ludzi, czerwona krew niewątpliwie wzmacniałaby dramatyzm sceny. W czarno-białym obrazie krew jest szara, przypomina rum albo kawę. Dlatego potrzebuję aktorów, którzy pokażą publiczności, że ich postacie są ranne, albo określą, czym w istocie są te rany. Jeśli mamy w kadrze dwóch żołnierzy, nie możemy powiedzieć, że jeden ma niebieski mundur, a drugi zielony. Widz sam musi zdecydować, gdzie jest dobro, a gdzie zło. Nie może dać się zwieść symbolom.
PAP: Sandra Hüller, dla której napisałeś scenariusz, podkreśla, że stworzyłeś coś wyjątkowego – poetycki tekst, którego delikatność kontrastuje z brutalnością tamtego świata. Na planie miałeś poczucie, że rozumiecie się bez słów?
M.S.: To ogromna przyjemność pracować z kimś o takiej skali talentu jak Sandra. Na początku spotykaliśmy się i czytaliśmy kilkakrotnie tekst, omawialiśmy poszczególne sceny. Rozmawialiśmy o tym, czym te ujęcia są, a nie – jak należy je zagrać. Stworzenie scenariusza zajmuje sporo czasu. Po dwóch latach często perspektywa się zmienia — np. nadal chcesz umieścić daną scenę w filmie, ale myślisz o niej już zupełnie inaczej. Dlatego rozmowy z aktorami przed rozpoczęciem zdjęć są ważne. Na planie należy zejść im z drogi — zwłaszcza jeśli mówimy o Sandrze. Inaczej jest, kiedy pracuje się z naturszczykami lub dziećmi, wówczas trzeba rozmawiać.
Z reguły staram się stawiać aktorów na pierwszym miejscu. Daję im przestrzeń, towarzyszę w podróży.
PAP: Wspomniałeś, że zanim zacząłeś kręcić filmy, byłeś reżyserem castingu. Współpracowałeś ze wspaniałymi twórcami, m.in. Michaelem Hanekem, Jessicą Hausner, Ulrichem Seidlem. Co dla siebie wziąłeś z tych spotkań?
M.S.: Bardzo wcześnie miałem przyjemność poznać Michaela Hanekego. Byłem 20-latkiem zajmującym się cateringiem na planach, dopiero później zostałem reżyserem castingu i otworzyłem firmę.
Z Hanekem pracowałem przy siedmiu lub ośmiu filmach. Wszystkiego, co wiem o tej pracy, nauczyłem się od niego. To on uzmysłowił mi, że na planie nie trzeba poddawać się wytycznym producentów, można działać inaczej, dać sobie czas.
Oczywiście, jest to kosztowne, ale możliwe. Dlatego u mnie dni zdjęciowe są krótkie. Kręcimy maksymalnie jedną lub dwie sceny dziennie, aby mieć mnóstwo czasu na rozwiązanie ewentualnych problemów. W każdym filmie zdarzają się momenty, gdy dochodzimy do ściany, mówimy: okej, dość, nie będziemy tego kontynuować. Grunt to się nie poddawać.
Rozmawiała Daria Porycka
Markus Schleinzer (ur. 1971 r.) jest austriackim filmowcem, scenarzystą, aktorem i reżyserem castingu. W 2011 r. jego pełnometrażowy debiut fabularny „Michael” zakwalifikował się do konkursu głównego canneńskiego festiwalu. Kolejny obraz „Angelo” prezentowano na festiwalach w Toronto i San Sebastian. „Różę”, która w lutym tego roku zapewniła Sandrze Hüller nagrodę w Berlinie za najlepszą rolę pierwszoplanową, można było oglądać latem podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Tauron Nowe Horyzonty we Wrocławiu.
W piątek film trafi do polskich kin. Jego dystrybutorem jest Gutek Film. (PAP)
dap/ miś/