Richard Flanagan. Fot. PAP/EPA/Ellen Smith
Chciałem napisać książkę o wdzięczności i życzliwości. Uważam, że mimo całego zła wciąż jest to piękny świat. I wciąż istnieją w nim życzliwość oraz dobroć, a ja chciałem oddać im hołd — powiedział PAP australijski pisarz Richard Flanagan. Jego „Pytanie numer siedem” niedawno ukazało się w Polsce.
„Gdyby Rebecca West nie pocałowała H.G. Wellsa, H.G. Wells nie uciekłby do Szwajcarii, żeby napisać powieść, w której wszystko płonie, bez powieści Wellsa Leó Szilárd nie wpadłby na pomysł nuklearnej reakcji łańcuchowej, bez pomysłu nuklearnej reakcji łańcuchowej Szilárda nie przeraziłaby nowa niszcząca siła, gdyby nie przeraziłaby go nowa niszcząca siła, nie przekonałby Einsteina, aby zabiegać o pomoc u Roosevelta, gdyby Einstein nie zabiegał o pomoc u Roosevelta, nie powstałby Projekt Manhattan, bez Projektu Manhattan nie istnieje dźwignia, którą Thomas Ferebee ma zwolnić o ósmej piętnaście 6 sierpnia 1945 roku trzydzieści jeden tysięcy stóp nad Hiroszimą, na Hiroszimę ani na Nagasaki nie spada więc żadna bomba i sto tysięcy, sto sześćdziesiąt tysięcy albo dwieście tysięcy ludzi żyje, umiera jednak mój ojciec” — ten fragment książki Flanagana jest jej osią.
Polska Agencja Prasowa: Skąd wziął pomysł na „Pytanie numer siedem”?
Richard Flanagan: Uważam, że mimo całego zła wciąż jest to piękny świat i że wciąż istnieją w nim życzliwość oraz dobroć. Od dawna chciałem napisać o tym książkę, ale nie wiedziałem, od czego zacząć. Aż w końcu zdałem sobie sprawę, że świat, jaki znałem, odchodzi w niepamięć. Mieszkam na odległej wyspie (Tasmania — PAP), która ma wiele roślin i zwierząt niedostępnych nigdzie indziej, a sporą jej część zajmuje las deszczowy. Wszystko to znika z powodu zmian klimatycznych. Jesteśmy świadkami cichej rewolucji, której nikt nawet nie nazwał – bo ludzie nie potrafią pojąć, co się dzieje.
Oprócz świata materialnego znika również świat idei. Mam na myśli to, jak ludzie na tragedie historii odpowiadali miłością, którą mogli sobie nawzajem okazać. Dużo myślałem także o moich zmarłych rodzicach. Chciałem opisać tę rewolucję poprzez przedstawienie ich świata i miejsca, z którego pochodzili. To był chyba pierwszy powód.
PAP: A drugi?
R.F.: Od zawsze wiedziałem, że mogłem się urodzić dzięki zrzuceniu bomby atomowej, co jest okrutną ironią losu (ojciec pisarza w trakcie wojny trafił do japońskiej niewoli, gdzie jako jeniec został zmuszony do niewolniczej pracy przy budowie Kolei Śmierci. Gdyby wojna w Japonii potrwała dłużej, ojciec Flanagana mógłby jej nie przeżyć — PAP). Przez wiele lat o tym, co stało się w Hiroszimie, myślałem i czytałem. Zdałem sobie sprawę, że choć przedstawia się nam to jako opowieść o postępie naukowym i odkryciach, to było to również coś zrodzonego z opowieści, stworzonego w szczególności przez powieść H.G. Wellsa.
Cała historia bomby atomowej zaczyna się od pocałunku w londyńskim salonie w 1911 roku. To dzięki niemu powstała powieść, która doprowadziła do bomby atomowej — powody wyjaśniam w książce — i do tego, że jestem dzisiaj tutaj i rozmawiamy w Polsce, tak daleko od wyspy, na której mieszkam. To wszystko sprawiło, że zapragnęłam opowiedzieć o prawdziwym świecie.
PAP: Na tytuł książki – ale także jej punkt odniesienia – wybrał pan pytanie siódme z humoreski Antoniego Czechowa „Zadania szalonego matematyka”...
R.F.: Faktycznie tytuł odnosi się do wczesnego opowiadania Czechowa, będącego jednym z jego humorystycznych szkiców napisanych w czasach studenckich. Znajdują się tam absurdalne ujęcia problemów arytmetyki mentalnej, 12 pytań. W tym tytułowe siódme.
PAP: Brzmi ono tak mniej więcej tak: w środę 17 czerwca 1881 roku pociąg musiał opuścić stację A o trzeciej w nocy, by dotrzeć na stację B o jedenastej wieczorem. Kiedy skład miał już odjechać, przyszło polecenie, że musi jednak dotrzeć o siódmej wieczorem. Kto jest wytrwalszy w miłości: kobieta czy mężczyzna?
R.F.: W tych trzech zdaniach naprawdę można dostrzec geniusz Czechowa. Zresztą wszystkie te opowiadania zaczynają się od czegoś, co wydaje się znane z prawdziwego świata: przyjęcia z kolacją, rozmowy kilku osób. Ale nagle za sprawą zręcznego manewru schodzi się pod powierzchnię, do świata ludzkich miłości i lęków oraz tego, czym są prawdziwe pytania i prawdziwy świat. I do pytań, które nas prześladują: jak kochać, jak żyć, kogo kochać, co się z nami stanie, jeśli zapomnimy, jak żyć i jak kochać.
Książkę pisałem właśnie o tym: jak żyć? Znajdujemy się w momencie, w którym świat budzi w ludziach rozpacz. Ale — jeśli spojrzeć z dystansu na ludzi, których kochamy — odnajdziemy w nich źródła nadziei i powody do życia. Książka traktuje o takich właśnie rzeczach.
PAP: Zatem siódme pytanie jest szersze...
R.F.: Myślę, że nawiązuje do tych pytań, które budzą nas w środku nocy – do tego, co nas naprawdę porusza, a nie do powierzchownych harmonogramów i rozkładów jazdy w pracy. Chodzi o to, kogo kochamy, dlaczego kochamy, czy byliśmy kochani, czy potrafimy kochać. I korespondujące z tym pytania: czy żyłem, czy chcę żyć, jak żyć?
Te rzeczy mają dla nas gigantyczne znaczenie, choć udajemy, że tak nie jest. Większość z nas idzie przez życie jak we mgle, tylko czasami jesteśmy w stanie się z niej wydostać — i wtedy dostrzegamy, po co tu jesteśmy. W takich momentach czujemy, że naprawdę żyjemy. Większość z nas doświadcza tego podczas wielkich namiętności, miłości czy żałoby. Reszta to ucieczka w codzienną pracę, spotykanie się z ludźmi bez zrozumienia, dlaczego tu jesteśmy i jaki jest nasz cel. Do tego właśnie zmierza to pytanie.
PAP: Czy dotyczy ono także tego, co robimy sobie nawzajem jako ludzie?
R.F.: Oczywiście, że tak. Pytanie o to, jak żyć, jest pytaniem o egzystowanie w innych. Wielką iluzją współczesnego życia jest przekonanie, że wszelkie odpowiedzi znajdziemy w sobie – że jeśli wystarczająco głęboko przeszukamy własne umysły i dusze, odkryjemy jakieś nirwany bytu.
Prawda jest taka, że w nas samych, jako jednostkach, nie ma żadnego rozwiązania. Nadzieja tkwi w innych. A to trudne, bo inni są tak samo poturbowani, krusi i zagubieni jak my. Mimo to musimy szukać oparcia w relacjach z drugim człowiekiem, bo tylko tam odnajdziemy siłę, by trwać i żyć.
PAP: Wspomniał pan, że głównym punktem książki jest zrzucenie przez Amerykę bomby atomowej na Hiroszimę.
R.F.: Piszę o tym, że żyjemy w epoce wmawiającej nam, iż wszystko można zmierzyć liczbami. Jesteśmy zniewoleni przez liczby i algorytmy redukujące nasze psychiki, marzenia i koszmary do kodów binarnych oraz wzorów matematycznych. To nieprawda – żyjemy w dziwnej poezji historii.
Bomba atomowa, o której myślimy jak o ciągu naukowych odkryć przypominających pociąg zatrzymujący się na kolejnych stacjach, nie narodziła się z tego powodu. Narodziła się, bo młoda kobieta pocałowała powieściopisarza w średnim wieku i zaoferowała mu wizję miłości tak potężną, że ten przed nią uciekł. Napisał powieść – wcale nie tak znowu świetną – w której w dziwnej, gwałtownej reakcji stworzył broń masowej zagłady. Bomba Wellsa opierała się wówczas na najnowszych badaniach naukowych, ponieważ był on wykształconym naukowcem. Jego powieściowa wyobraźnia pozwoliła mu jednak dostrzec kierunek tych badań o wiele wyraźniej niż ówczesnym uczonym.
Ta szybko zapomniana powieść została odkryta na nowo na początku lat 30. przez młodego żydowskiego fizyka uchodźcę, co zainspirowało go do wymyślenia idei jądrowej reakcji łańcuchowej – fundamentu bomby atomowej. Rozumiał też polityczne i historyczne konsekwencje takiej bomby. Kiedy upewnił się, że Hitler może wejść w jej posiadanie, dając tym samym światu zniewolenie, poszedł do Einsteina i przekonał go, by wspólnie napisać petycję do Roosevelta i amerykańskiego rządu. Tak rozpoczął się Projekt Manhattan, który stworzył bombę zrzuconą na Hiroszimę – wielką zbrodnię przeciwko ludzkości, która pochłonęła ponad 100 tysięcy istnień, ale dzięki której mój ojciec przeżył. I dzięki której rozmawiam dzisiaj z tobą w Warszawie. To dziwna, nuklearna reakcja łańcuchowa.
PAP: Czechow uważał, że rolą literatury nie jest dostarczanie odpowiedzi, ale stawianie pytań. Jak zatem widzi pan swoją rolę jako pisarza?
R.F.: Czechow miał rację. Ludzie, którzy głoszą odpowiedzi, doprowadzają tylko do zła w świecie. Rolą powieści jest stawianie pytań i pozostawienie czytelnikom decyzji, co z tych pytań wyniosą i jakie będą ich odpowiedzi. Zadaniem pisarza nie jest mówienie czytelnikowi, co ma myśleć i jakie są odpowiedzi. To czytelnik ocenia bohaterów i historie.
Pisarz ma opisywać. I im bardziej nie próbuje kontrolować historii, lecz pozwala jej mówić samej za siebie, tym bardziej historia będzie udana. Pisarz powinien być jak wyrocznia w Delfach – powinien nie mówić nic, a jedynie wskazywać palcem.
Wspaniałe są te słowa na początku „Stu lat samotności” Gabriela Garcíi Márqueza: „Świat był tak świeży, że wiele rzeczy nie miało jeszcze nazw i aby je wymienić, trzeba było wskazywać je palcem”. To jest rola pisarza: wskazywać na rzeczy, o których myślimy, że je znamy, ale których nigdy tak naprawdę nie widzieliśmy.
PAP: Da się sklasyfikować „Pytanie numer siedem”? A może to literacki eksperyment?
R.F.: Przede wszystkim mam nadzieję, że jest zabawna i interesująca. Poza tym – nie wiem. Etykietki są, jak to mówią, do słoików z dżemem. Ludzie opisują tę książkę na przeróżne sposoby. Wydawcy na całym świecie chcieli wiedzieć, czym ona jest, ale podobało mi się to, że we Francji trafiła na krótką listę nagród głównych jako powieść, a w Wielkiej Brytanii zdobyła główne nagrody jako dzieło non-fiction. Myślę więc, że jest tym, czym czytelnicy chcą, żeby była.
PAP: Lubi pan badać granice w literaturze?
R.F.: Uważam, że powieść powinna być nowatorska (to gra słów, bo po angielsku „novel” to powieść, ale jako przymiotnik oznacza m.in. „nowatorski” - PAP). Jak brzmi polskie słowo?
PAP: Powieść.
R.F.: A oznacza?
PAP: Powieść to opowieść. Dłuższa forma, bo krótsza to opowiadanie. I zazwyczaj dotyczą one literackiej fikcji.
R.F.: Ale czy to, jak duża jest książka, ma jakieś znaczenie?
PAP: Chyba nie. O pana „Pytaniu numer siedem” i tak bym powiedziała, że nie jest to fikcja, ale biografia.
R.F.: Cóż, to byłoby dość bliskie prawdy.
PAP: Ale też esej.
R.F.: To również byłoby bliskie prawdy.
PAP: Także reportaż.
R.F.: Powiedziałbym tak: piszę dziennikarstwo i pisałem historyczne teksty, ale kiedy je piszę, są one podróżą na zewnątrz – tak jak twoja praca dzisiaj tutaj. Opisujesz najlepiej, jak potrafisz, to, co widzisz.
Ta książka zrodziła się z mojej powieściowej duszy. Stawiam pytania, nie próbuję opisywać tego, co udało mi się odnaleźć. To więc podróż do wewnątrz, co – jak sądzę – jest istotą fikcji.
PAP: Trudno więc jednoznacznie powiedzieć, czym jest.
R.F.: Chciałem połączyć różne historie. Zmaganiem było znalezienie formy, ale chciałem, aby dotyczyła ona idei tego, czym jest życie. Moim zmaganiem było znalezienie formy, która zdołałaby objąć tak wielki temat. Żeby to osiągnąć, książka musiała być krótka, bo inaczej zawaliłaby się pod własnym ciężarem. I bardziej niż w przypadku jakiejkolwiek innej napisanej przeze mnie książki zaufałem czytelnikowi. Czytanie jest zawsze bardziej twórczą i inteligentną aktywnością niż pisanie.
PAP: Naprawdę?
R.F.: Uważam, że tak. Ponieważ kiedy lubisz książkę, obdarzasz ją autorytetem całego swojego życia i swojej duszy, co ożywia nawet niezbyt udane zdania czy trudne rozdziały. To komunia, która tchnie życie w książkę. A w tej książce chciałem, aby z każdej kolejnej historii wyjmować coraz więcej, ufając, że czytelnicy sami znajdą powiązania i nie będę musiał się tym martwić.
„Pytanie numer siedem” musiałem napisać szybko, ponieważ zdiagnozowano u mnie chorobę i myślałem, że to będzie moja ostatnia książka. Miałem więc na napisanie mniej niż 12 miesięcy. Gdy skończyłem pisać, okazało się, że diagnoza była błędna.
PAP: Co jest najważniejsze w pisaniu? Bohater, pierwsze zdanie, motyw przewodni?
R.F.: Myślę, że wyzwaniem jest zawsze głos. Kiedy już masz ten głos, słyszysz go. Ja go słyszę i widzę, a wtedy suche koryto rzeki nagle wypełnia się płynącą wodą i wszystko staje się proste. Czasami jednak musisz napisać trzy lub cztery książki w formie rękopisu i wyrzucić je wszystkie, aby odnaleźć ten właściwy głos. Ja potrzebuję tego głosu. Reszta to rzemiosło i praca. Choć czasem dopiero po napisaniu ostatniego zdania w pierwszym szkicu dostrzegasz, czym ten głos właściwie był.
PAP: Pana pisanie to praca samotnicza?
R.F.: Cóż, miałem całkiem parszywe prace, kiedy byłem młody. Myślę, że dla większości ludzi zarabianie na życie to trudna rzecz. Ja zawsze chciałem tylko usiąść przy stole i wymyślać rzeczy.
Wiele lat temu występowałem w Ameryce, w Los Angeles, z bardzo sławną amerykańską pisarką. Było tam około 2 tys. ludzi, którzy przyszli zobaczyć nie mnie, ale tę sławną autorkę. Zapytali ją, jak pisze i dokumentuje swoje książki. Była niesamowita – gromadziła bazy danych, miała wolontariuszy rozsyłających kwestionariusze, prowadziła skomplikowane badania. Opowiadała o tym przez dziesięć minut, słuchanie tego było wręcz wyczerpujące. Ludzie byli głęboko pod wrażeniem tej ogromnej machiny przemysłowej i oklaskiwali ją.
Potem przyszła kolej na mnie. Zapytali: „A co ty robisz, Richard?”. Powiedziałem: „Jestem Australijczykiem. My nie pracujemy zbyt ciężko. Po prostu siadam rano przy stole i zmyślam”. I nikt się nie zaśmiał. Bo to Amerykanie – chcą wierzyć, że pisanie, jak wszystko inne, jest przemysłem i pracą. Tymczasem pisanie to zabawa, radość, zachwyt i codzienne wymyślanie świata na nowo.
Czy to samotne zadanie? Nie czuję się samotny. Myślę, że pisarze żyją w dwóch światach: w tej wspaniałej samotności książki, ale też w świecie prawdziwym, aby móc go w tej samotności przefiltrować.
PAP: Życie na Tasmanii definiuje pana styl pisania? Sprawia, że pisze pan inaczej niż autorzy z Europy czy Ameryki?
R.F.: Oczywiście. Ponieważ wszędzie jest inaczej – pisanie tutaj, w Warszawie, czyni cię produktem specyficznej historii i niezwykłej kultury, co siłą rzeczy jest obecne w twojej pracy. Czasami ludzie uważają mnie za europejskiego pisarza, sądzą, że wywodzę się z kultury europejskiej. Tymczasem mój świat jest specyficzny, tak jak polski świat jest osobną rzeczywistością. Cokolwiek by mówić, nie jest on europejski – ma własną historię i ducha. Książka próbuje to oddać, by ludzie mogli zobaczyć, co ożywia moje powieści i skąd się wywodzą.
PAP: Nie wiem, czy zna pan Macieja Świerkockiego, tłumacza pana książek na język polski. Stworzył też fantastyczny, nowy przekład „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. Czuje pan dziedzictwo anglojęzycznej literatury? Uważa się pan za część szerszej literatury anglojęzycznej?
R.F.: Cóż, to pytania raczej dla innych ludzi. Nigdy nie byłem szczególnie zafascynowany literaturą angielską. Swoich nauczycieli odnalazłem w literaturze europejskiej i latynoamerykańskiej – przemawiały do mojego świata o wiele mocniej niż literatura angielska. Anglia była potęgą imperialną, a my byliśmy kolonią.
Angielskie książki to piękna tradycja literacka, ale dla mnie brzmiały jak głos siły okupacyjnej i nie pomagały mi w próbach opisania mojego świata. Odkrycie powieści europejskich i latynoamerykańskich pomogło mi ogromnie, bo pisali je ludzie z miejsc zupełnie innych niż Anglia. Co nie znaczy, że umniejszam znaczenie literatury angielskiej.
Ale Joyce przecież nie był pisarzem angielskim, był Irlandczykiem. Ktoś powiedział mu po przeczytaniu „Ulissesa”: „Panie Joyce, morduje pan język angielski”, na co on odparł: „Tak, a kiedy skończę, możecie go sobie z powrotem wziąć”. Z taką tradycją potrafię się utożsamić.
PAP: No tak, zresztą ma pan irlandzkie korzenie...
R.F.: Moi przodkowie zostali wysłani podczas Wielkiego Głodu jako skazańcy – jedni za przestępstwa polityczne, inni za kradzież jedzenia.
W kulturze irlandzkiej pisarstwo zajmuje niemal święte miejsce i to było silne w mojej rodzinie. Rodzice moich rodziców, czyli moi dziadkowie, byli analfabetami, a mój ojciec wyniósł od nich poczucie magicznej mocy słowa pisanego – tego, że 26 abstrakcyjnych symboli alfabetu ma moc tworzenia wszechświatów.
Kiedy rodziny obcują z piśmiennictwem od pokoleń, przyjmują to za oczywistość i nie rozumieją tej całkowicie abstrakcyjnej magii słowa pisanego ani tego, jak bardzo wyzwalające jest ono dla ludzi, którzy go nie mieli. Mój ojciec silnie odczuwał zarówno opresyjność świata skazującego na brak piśmiennictwa, jak i wyzwalającą moc słowa pisanego. Stąd we mnie to poczucie magicznej mocy słów. Te dwa aspekty były dla mnie kluczowe.
PAP: Czy słowo może być lekarstwem?
R.F.: Słowo pisane może być również trucizną.
Kocham to, że w świecie, w którym nieustannie się nas straszy i próbuje skłócić, rozbijać i atomizować – czytasz wielką powieść i ona przypomina ci, że nie jesteś sam. Że zarówno w moich najgorszych myślach, jak i najwspanialszych uczuciach inni ludzie przeżywali dokładnie to samo. Jeśli literatura nie miałaby innego uzasadnienia, to właśnie ten dar – poczucie, że inni żyli przed nami i czuli to samo – jest czymś absolutnie niezwykłym.
PAP: Pracuje pan obecnie nad nową książką?
R.F.: Niedawno wydałem w Australii zbiór esejów opartych na tamtejszych motywach, a w przyszłym roku ma się ukazać moja nowa powieść. Wciąż siedzę więc przy stole i zmyślam.
PAP: Czy będzie to kolejna mieszanka form, czy tradycyjna powieść?
R.F.: Nie, zawsze staram się robić coś nowego. To bardzo prosta opowieść o życiu kobiety, pozbawiona jakichkolwiek psychologicznych pretensji czy introspekcji.
PAP: Z „Pytania numer siedem” wynika, że miłość kobiety może być problematyczna i nieść niemożliwe czasami do przewidzenia konsekwencje...
R.F.: Cóż, całe nasze życie jest problematyczne na wiele sposobów!
Rozmawiała Anna Kruszyńska
Richard Miller Flanagan urodził się w 1961 r. w Longford na Tasmanii w rodzinie potomków irlandzkich zesłańców z czasów Wielkiego Głodu. Ukończył Uniwersytet Tasmanii oraz Worcester College w Oksfordzie. Zanim dał się poznać jako prozaik, napisał cztery książki non-fiction, również jako ghostwriter.
Powieściowo zadebiutował w 1994 r. „Śmiercią przewodnika rzecznego”. Opublikował niemal 20 książek, w tym wydane po polsku „Ścieżki Północy”, „Klaśnięcie jednej dłoni”, „Księgę ryb Williama Goulda”, „Pragnienie”, „Nieznaną terrorystkę”, „Pierwszą osobę” i „Żywe morze snów na jawie”. Jest laureatem licznych nagród literackich, m.in. Nagrody Bookera za „Ścieżki Północy”.
Poza pisarstwem zajmuje się również dziennikarstwem, reżyserią i scenopisarstwem. Publikował na łamach „Le Monde”, „The Daily Telegraph”, „Süddeutsche Zeitung”, „The Monthly”, „New York Timesa” i „New Yorkera”. Jego życiorys był tematem nagrodzonego nagrodą BAFTA filmu dokumentalnego „Life After Death”. „The Washington Post” określił go mianem jednego z najważniejszych współczesnych prozaików. (PAP)
W wydawnictwie Czarne ukazały się jego „Ścieżki Północy” i „Pytanie numer siedem” (obie książki w tłumaczeniu Macieja Świerkockiego). (PAP)
akr/ miś/