Festiwal Muzyki Krzysztofa Pendereckiego, Kraków-Lusławice-Poznań. Na zdjęciu koncert orkiestry kameralnej pod dyrekcją Agnieszki Duczmal w Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 1988. Fot. gr PAP/Jan Morek
Koncertem „80. Urodziny Maestry Agnieszki Duczmal” uznana w świecie poznańska dyrygentka uczci 18 stycznia w Auli UAM w Poznaniu swój jubileusz. Pokieruje założoną przez siebie w 1968 r. Orkiestrą Kameralną Polskiego Radia Amadeus. W rozmowie z PAP artystka przyznała, że jest człowiekiem spełnionym.
PAP: Przypadający 7 stycznia dzień swoich 80. urodzin spędziła pani w pracy – w siedzibie Orkiestry Amadeus.
Agnieszka Duczmal: Rzeczywiście, tak się złożyło, że właśnie tego dnia rozpoczynaliśmy próby przed koncertem jubileuszowym. Ale to był bardzo miły dzień pracy: gdy weszłam na salę prób, były kwiaty, życzenia, muzycy odegrali mi „Sto lat”. Trochę jeszcze z niedowierzaniem patrzę na tę liczbę z ósemką z przodu, ze spokojem przyjmuję jednak to, co przynosi czas.
PAP: Od przeszło roku nie jest już pani dyrektorem założonej przez siebie orkiestry. Po 56 latach oddała pani swoje dzieło do poprowadzenia córce, Annie Duczmal-Mróz. Odpoczywa pani od obowiązków?
Agnieszka Duczmal: Te ostatnie miesiące to był czas, w którym mogłam się wreszcie zająć swoim zdrowiem. Wcześniej po prostu nie było czasu na skupienie się na różnych drobnych, przynależnych wiekowi dolegliwościach. Pożegnałam się z dyrektorowaniem, ale nie z orkiestrą. Mieliśmy kilka wspólnych koncertów, kolejny już za chwilę. Tak jak zapowiadałam, wciąż tu jestem i wciąż wspieram radą nową dyrektor. Nie można więc powiedzieć, że mam dla siebie dużo więcej czasu. Ale jest zasadnicza różnica: spadł ze mnie ciężar odpowiedzialności, który jako szefowa Amadeusa dźwigałam przez przeszło pół wieku. A odpowiedzialność za ludzi, z którymi się współpracuje, których byt zależy od tego, jak potrafię się nimi zająć, to ciężar bardzo duży. Pod tym względem rezygnacja z kierowania orkiestrą była przełomem w moim życiu.
"Pierwsze spotkanie z zespołem muzycznym jest dla młodego dyrygenta wstrząsem. Trafia on w może najmniej wygodne do odbioru muzyki miejsce: gdy staje pomiędzy różnymi instrumentami, zaczyna słyszeć orkiestrę zupełnie inaczej niż meloman na sali koncertowej."
PAP: Jako ośmioletnia dziewczynka, po pierwszym koncercie symfonicznym, na którym była pani z ojcem, miała pani powiedzieć, że orkiestra to najpiękniejszy instrument na świecie. Jak życie zweryfikowało tę dziecięcą ocenę?
Agnieszka Duczmal: W dalszym ciągu tak uważam! Niektórzy przyznają w tej kwestii prymat głosowi, ale głos jest przecież instrumentem naturalnym. Na brzmienie orkiestry składa się nie tylko zbiór przyrządów wydających dźwięki, ale i wszystko to, czym dysponują i jakimi osobowościami są muzycy wchodzący w skład zespołu. Ulubioną odmianą tego najpiękniejszego instrumentu jest dla mnie oczywiście orkiestra kameralna. To z nią mogę dopracowywać najdelikatniejsze szczegóły interpretacji muzyki.
PAP: Pamięta pani emocje, które pojawiły się, gdy po raz pierwszy stanęła pani jako dyrygent przed orkiestrą?
Agnieszka Duczmal: Pierwsze spotkanie z zespołem muzycznym jest dla młodego dyrygenta wstrząsem. Trafia on w może najmniej wygodne do odbioru muzyki miejsce: gdy staje pomiędzy różnymi instrumentami, zaczyna słyszeć orkiestrę zupełnie inaczej niż meloman na sali koncertowej. Najistotniejsze jest jego wsłuchiwanie się w orkiestrę – muzycy przekazują nam, dyrygentom, swoje wyobrażenia o utworze. Każdy z nich ma swoje umiejętności, własny sposób wydobywania dźwięku. To tak, jakby każdy z okalających dyrygenta instrumentów chciał mu osobno coś przekazać. A jego zadaniem jest, by te głosy scalić w jedno brzmienie.
PAP: Co przede wszystkim zdecydowało o sukcesie osiągniętym przez panią i przez Amadeusa?
Agnieszka Duczmal: Moim zdaniem sekret powodzenia tkwi w wypracowanym przez nas sposobie interpretacji, w charakterystycznej barwie brzmienia orkiestry i w naszej sprawności technicznej. No i w energii, którą emanuje cały zespół, łącznie z dyrygentem. To wszystko składa się na unikalny sposób przekazywania muzyki. Mnie wyróżnia specyficzny sposób dyrygowania. Jakieś znaczenie miało też to, że zaczęłam pracę jako jedna z pierwszych dyrygentek.
PAP: Jak po kilkudziesięciu latach pani pracy artystycznej wypada osobisty bilans zysków i kosztów?
Agnieszka Duczmal: Przez całe życie miałam dwie rodziny: orkiestrę i tę prywatną. Trochę się to przeplatało, ponieważ mój mąż przez prawie całe życie zawodowe grał w Amadeusie. Gdziekolwiek jeździliśmy z orkiestrą, jeździliśmy razem. Doczekaliśmy się trójki dzieci. Niejednokrotnie musiały zostać pod opieką kogoś z najbliższych – bo my byliśmy w drodze. Muzyka nie przesłoniła mi całego świata: chciałam mieć możliwość czytania książek, obcowania z przyrodą, bo to mnie wzbogacało i uzupełniało moją osobowość. Kluczem było zawsze ustalanie priorytetów. Nie mieliśmy z mężem jakiegoś wielkiego życia towarzyskiego – albo była praca zawodowa, albo zajmowaliśmy się domem i dziećmi. Dziś jestem szczęśliwa, bo dzieci mówią, że jestem wspaniałą mamą. Skoro tak mówią – trudno tu mówić o kosztach.
PAP: Pierwsze dekady Amadeusa przypadły na czas kulturalnego rozkwitu Poznania — miasta „Poznańskich Słowików” Stefana Stuligrosza, Młodzieżowego Ruchu Miłośników Muzyki „Pro Sinfonika”, także sukcesów Estrady Poznańskiej. Czy takie środowisko miało wpływ na rozwój pani orkiestry?
Agnieszka Duczmal: Oczywiście! Zawsze lepiej wzrasta się na urodzajnej, żyznej ziemi. Wiele zależy też od ludzi, którzy zarządzają miastem lub w których rękach jest możliwość wsparcia. Mieliśmy szczęście współpracować z osobami wrażliwymi na kulturę. Melomanem był prezydent Poznania Andrzej Wituski, dobrze rozumiał nasze potrzeby szef regionalnego ośrodka telewizji Zbigniew Napierała. To dzięki nim miałam siły, by walczyć o orkiestrę i ją rozwijać; wspólnie pokonywaliśmy trudności. Dziś mamy wsparcie w urzędzie marszałkowskim oraz w osobie marszałka Marka Woźniaka.
PAP: Jako uznana dyrygentka mogła pani przenieść się w dowolne miejsce na świecie – została pani w Poznaniu. Dlaczego?
Agnieszka Duczmal: Bo to jest moje miejsce. Po prostu.
PAP: W 2009 roku zaprosiła pani media do sali prób, w której między muzykami stały wiadra, bo z sufitu w czasie deszczu lała się woda. Mówiła pani: „Jesteśmy otoczeni kocami azbestowymi. Mury się sypią. Zimą muzycy grają w płaszczach – ogrzewanie i instalacja elektryczna są niewydolne. W toaletach czujemy się jak na dworcu kolejowym w latach 50.”. Wydaje się, że łatwiej było państwu podbić świat, niż wywalczyć godne warunki pracy.
Agnieszka Duczmal: Rzeczywiście, nie są to problemy, o których myśli się, zakładając orkiestrę. A wtedy naprawdę kapało nam na głowę. Szczęśliwie udało nam się doprowadzić do końca remont naszej siedziby. Teraz orkiestra pracuje już w innych warunkach. Liderzy instytucji takich jak nasza zajmują się rzeczami czasem bardzo odległymi od spraw kultury i sztuki. Dużo się zmieniło po przemianach ustrojowych. Kiedyś o naszą promocję i o nawiązywanie kontaktów zagranicznych dbały wyspecjalizowane instytucje, dziś te zadania spoczywają na szefie orkiestry.
PAP: Kończąc kierowanie Amadeusem powiedziała pani: „Myślę, że wykorzystałam te pięć minut, które człowiek czasami dostaje”. To chyba niezwykłe szczęście móc o sobie tak powiedzieć.
Agnieszka Duczmal: Rzeczywiście, jestem człowiekiem spełnionym. Miałam możliwość założenia studenckiej orkiestry. Potem pojawiła się szansa przekształcenia jej w profesjonalny zespół Polskiego Radia i Telewizji, a następnie w Orkiestrę Kameralną Polskiego Radia Amadeus. Od 11 lat jest ona instytucją kultury wielkopolskiego samorządu, a w 2018 roku do współprowadzenia dołączyło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To wszystko składa się na te moje pięć minut.
"(...) sekret powodzenia tkwi w wypracowanym przez nas sposobie interpretacji, w charakterystycznej barwie brzmienia orkiestry i w naszej sprawności technicznej. No i w energii, którą emanuje cały zespół, łącznie z dyrygentem."
PAP: Jak dzisiaj układają się relacje pomiędzy panią a członkami orkiestry kierowanej już przez Annę Duczmal-Mróz?
Agnieszka Duczmal: One są niezmienne. Tak samo się kochamy, tak samo współpracujemy i w dalszym ciągu mam tę satysfakcję, że muzycy reagują na mój najdrobniejszy gest. Odpowiadają taką muzyką, jaką sobie wymarzę. Jestem dumna z tego, że jesteśmy zespołem, który — jak podkreślam — potrafi grać rubato. Że możemy wspólnie opowiadać różne historie za pomocą muzyki, a nie tylko wytaktowywać i wystukiwać dźwięki.
PAP: Dekadę temu powiedziała pani o córce: „Kto wie, czy nie ma większego talentu ode mnie”. Ma?
Agnieszka Duczmal: Trudno kłaść na szali nasze talenty. Na pewno jest trochę inna, ma inny charakter, ale i wielki potencjał, charyzmę. Zespół pod jej ręką będzie znakomity. Anna wychowała się pod skrzydłami Amadeusa; marzyłam sobie w cichości ducha, że byłoby świetnie, gdyby to ona kontynuowała to, co osiągnęłam. Szczęśliwie, choć miała propozycje objęcia orkiestr za granicą, zdecydowała się zostać z nami.
PAP: Był czas, gdy niechętnie udzielała pani wywiadów, by nie odpowiadać nieustająco na pytania o to, jak to jest być dyrygentką.
Agnieszka Duczmal: Zawsze chciałam, by traktowano mnie po prostu jako muzyka; żebym podlegała tym samym kryteriom oceny. Nie chciałam stanowić osobnego zbioru — kobiet, które są dyrygentami. Bywało jednak z tym różnie, co mobilizowało mnie do postawy: „ja wam wszystkim pokażę”.
PAP: Jest pani pierwszą dyrygentką, która wystąpiła w mediolańskiej La Scali — o to też często była pani pytana. Czy nie wolała pani czasem być jednak jedną z kolejnych dyrygentek w tym miejscu?
Agnieszka Duczmal: Ależ ja z występu w La Scali jestem naprawdę dumna! Czułam się jak co najmniej odkrywca Ameryki. Było to duże przeżycie nie tylko dla mnie, ale także dla organizatorów występu i dyrektora mediolańskiej opery. Zresztą nie tylko w tej sali byłam pierwszą dyrygentką, więc podobnych radości było więcej.
PAP: Nie ma pani wrażenia, że muzyka klasyczna przestaje interesować świat i że jest jej w naszym otoczeniu coraz mniej?
Agnieszka Duczmal: Za sprawą mediów na pierwszy plan zdecydowanie wysunęła się współczesna muzyka rozrywkowa. Wystarczy włączyć radio czy telewizję, by usłyszeć jazgot, łomot – nawet piosenki przestały być melodyjne. Współcześni ludzie nie znają muzyki klasycznej i mają do niej podejście jak do szpinaku: nie lubią, chociaż nie wiedzą nawet, jak on smakuje. Muzyki nie uczy szkoła. A przecież dzisiejsza muzyka klasyczna to nie tak dawna muzyka rozrywkowa. Wielokrotnie słyszałam zachwyty dojrzałych, dobrze wykształconych osób, którym po raz pierwszy dane było być na koncercie muzyki klasycznej. Pewien inżynier w Kuwejcie powiedział do mnie: „Nie wiedziałem, że to jest takie piękne”.
PAP: Czy walka z postępującą analfabetyzacją muzyczną jest już przegrana?
Agnieszka Duczmal: Wciąż jeszcze nie. Koncerty muzyki klasycznej dla dzieci są oblegane. Z dzieci przyprowadzanych na nie przez rodziców wyrosną melomani. Widzimy, że na naszych koncertach znów pojawia się więcej osób — choć często są to osoby starsze. Dla dwojga seniorów zakup biletów to już pewien wysiłek finansowy. Muzyka klasyczna wymaga promocji i docierania do nowych grup odbiorców. Pod tym względem dawny świat był prostszy: wystarczył kontakt orkiestry z pracownikiem kulturalno-oświatowym w fabryce. Przedsiębiorstwo kupowało pulę biletów i wręczało je pracownikom. Ci mogli przyjść, zobaczyć, posłuchać, poznać.
PAP: Czy ma pani jeszcze zawodowe marzenia, które nie zostały spełnione? Jakie wyzwania są dziś przed panią?
Agnieszka Duczmal: Najbliższym wyzwaniem jest jubileuszowy koncert. Wiąże się z nim radość, że wykonamy „Wariacje Goldbergowskie” Jana Sebastiana Bacha w opracowaniu wybitnego lwowskiego kompozytora Józefa Kofflera. Ćwierć wieku temu nagraliśmy ten utwór na płytę jako pierwsi na świecie. W minionym roku wróciłam do niego z myślą o wykonaniu właśnie podczas styczniowego występu.
PAP: Ostatnie lata przyniosły liczne doniesienia o przemocy w polskich instytucjach kultury, przypominając, że praca twórcza bywa obarczona silnymi emocjami. Pani często powtarzała, że w orkiestrze nie ma demokracji. Jak jednak zadbać o to, by lider — dyrygent, szef zespołu — nie stał się tyranem?
Agnieszka Duczmal: Myślę, że przede wszystkim trzeba lubić ludzi i lubić z nimi pracować. Nie wyobrażam sobie odmiennej sytuacji — niczego nie mogłabym tworzyć. Nie uważam, by proces twórczy musiał przebiegać wyłącznie w atmosferze napięcia. W Amadeusie po prostu się lubimy. Oczywiście zdarzają się emocje, nerwy, podniesione głosy. Ale zawsze trzeba szanować tych, z którymi się pracuje. To jest podstawa wszystkiego.
Rozmawiał: Rafał Pogrzebny (PAP)
rpo/ dki/