Białoruski działacz na rzecz praw człowieka, laureat Pokojowej Nagrody Nobla Aleś Bialacki. PAP/Artur Reszko
Przyszłość Białorusi zależy od tego, jak skończy się wojna Ukrainy z Rosją - mówi PAP laureat Pokojowej Nagrody Nobla w 2022 r. Aleś Bialacki. Zdaniem białoruskiego obrońcy praw człowieka państwa regionu powinny zwiększyć pomoc dla Kijowa, bo Ukraińcy bronią też Polaków, Łotyszy, Estończyków czy Litwinów.
PAP: Powiada pan, że demokratyczna przyszłość Białorusi zależy od wyniku wojny w Ukrainie. Dlaczego?
Aleś Bialacki: Z powodów geopolitycznych. Żaden kraj nie jest samotną wyspą i nie może sam sobie zapewnić lepszej przyszłości. Los Ukrainy zależy w dużej mierze od pomocy Unii Europejskiej i innych demokratycznych krajów świata. Gdyby tej pomocy nie było, Ukraina mogłaby już stracić suwerenność. Z kolei przyszłość Białorusi zależy od tego, jak skończy się wojna Ukrainy z Rosją.
Jeśli Ukraina wytrwa, będzie demokratycznych krajem członkiem Unii Europejskiej, stanie się wzorem dla Białorusi. Społeczeństwo białoruskie bardzo się zmieniło, jest gotowe do demokratycznej transformacji. Reżim utrzymuje władzę tylko dzięki tępej sile i represjom. Na Białorusi wciąż przybywa więźniów politycznych; w tej chwili w więzieniach siedzi ich ok. 900.
PAP: Pomimo tego, że na mocy porozumień z USA Łukaszenka wypuszcza kolejne grupy więźniów?
A.B.: Zatrzymywani i skazywani są wciąż nowi ludzie, wywodzący się z różnych warstw społecznych i w różnym wieku – młodzi, osoby w kwiecie wieku, emeryci itd. Ponad miesiąc temu do więzienia trafił prawnik, który bronił mnie, kiedy latem 2011 roku zostałem aresztowany pierwszy raz. Skazano go na trzy lata kolonii karnej.
To, co robi Łukaszenka, to „handel ludźmi” - wypuszcza więźniów sumienia w zamian za zniesienie części sankcji albo inne koncesje ze strony USA, ale po rundzie rozmów zamyka kolejnych.
Reżim trzyma się na strachu. Urzędnicy państwowi boją się aresztowania. Łukaszenka nie ma już żadnej legitymacji społecznej. Sytuacja przypomina trochę to, co w Polsce działo się w latach 80., kiedy komuniści dzierżyli władzę siłą, ale ludzie ich nienawidzili.
PAP: Polska odzyskała suwerenność, bo ZSRR było słabe; na początku lat 90. rozpadło się. Niewiele wskazuje na to, że Rosja Putina się rozpadnie, a bez tego trudno sobie wyobrazić przemiany na Białorusi.
A.B.: Zgadzam się z prof. Normanem Daviesem, który na niedawnej konferencji Horyzonty Pokoju w Gdyni mówił, że pozycja Rosji może się diametralnie zmienić. Wystarczy, że Putin umrze, a przecież nikt nie jest wieczny. Albo dojdzie do jakiegoś puczu w Moskwie. Sytuacja w Rosji nie jest stabilna, kraj jest bardzo rozhuśtany wojną w Ukrainie.
Wszyscy wiemy, czym dla ZSRR skończyła się wojna w Afganistanie. Teraz może być podobnie. Totalitarna władza Putina jest w niebezpieczeństwie, a on zdaje sobie z tego sprawę.
PAP: Rozumiem, że Białorusini czekają na moment, kiedy Rosja zajmie się ratowaniem samej siebie?
A.B.: Tak było na przełomie lat 80. i 90. Myślę, że podobnie będzie teraz i w niedalekiej przyszłości Białorusini dostaną swoją szansę. Rosja nie wygra tej wojny. Co więcej, uważam tak od kilku lat, odkąd Ukraińcom udało się powstrzymać inwazję Rosjan i wyrzucić ich z Kijowszczyzny.
To dlatego Putin z taką wściekłością atakuje z powietrza ukraińskie miasta. Zrozumiał, że sprawy nie idą zupełnie po jego myśli. Celem tej wojny jest totalne zniszczenie Ukrainy. Podobnie było w Afganistanie, gdzie Sowieci palili wieś za wsią; szacuje się, że podczas sowieckiej interwencji w tym kraju w latach 1979–1989 wojska ZSRR i wspierające je komunistyczne siły rządowe zabiły od 1-2 mln Afgańczyków.
PAP: Czy Łukaszenka choćby nieoficjalnie wyznaczył swego następcę?
A.B.: Formalnie nie namaścił jeszcze nikogo. Myślę, że będzie rządził niepodzielnie do samej śmierci, nie odejdzie dobrowolnie z obawy o własne bezpieczeństwo. Jest zbrodniarzem, ma na sumieniu śmierć wielu ludzi. Takich rzeczy nie da się zamieść pod dywan. Władza to dla niego bezkarność, gwarancja bezpiecznego życia. Myślę, że to w tej chwili jego główna motywacja.
PAP: W połowie października Łukaszenka stwierdził, że to nie Trump będzie dyktował, kto powinien rządzić Ukrainą, ale naród ukraiński. Polskie media odebrały to jako woltę dyktatora. Słusznie?
A.B.: W żadnym wypadku nie należy tego tak interpretować. Łukaszenka często szybciej mówi niż myśli. I tym razem powiedział coś, co nie ma żadnego znaczenie. Zresztą skoro opowiada, że o tym, kto będzie rządził w Kijowie, mają zdecydować Ukraińcy w wyborach, to dlaczego przez 32 lata nie dopuścił do prawdziwie wolnych i demokratycznych wyborów na Białorusi?
Łukaszenka to hipokryta i kłamca. Kłamie codziennie i nawet powieka mu nie drgnie. Nie przywiązywałbym większej wagi go do jego wypowiedzi.
PAP: Czy polski scenariusz przekazania opozycji władzy przez reżim byłby możliwy na Białorusi? Taki białoruski „okrągły stół”?
A.B.: To nie jest możliwe, przynajmniej dopóki żyje Łukaszenka. On nigdy nie zgodził się na żadne negocjacje z opozycją. Łukaszenka może negocjować z Amerykanami, bo USA są potęgą, albo z Putinem, z tego samego powodu, a także dlatego, że Rosja wspiera jego reżim.
PAP: Setki tysięcy Białorusinów wyemigrowały z kraju, w samej Polsce żyje ich ponad 300 tysięcy. Czy białoruska diaspora wróci do ojczyzny, jeśli doszłoby tam do demokratycznych przemian?
A.B.: Białoruska diaspora jest niemal w 100 proc. proeuropejska - to ludzie zaradni, wykształceni, doświadczeni, prowadzący własne firmy. Część z nich na pewno wróci do kraju. Kiedy po rozpadzie ZSRR niepodległość uzyskały państwa bałtyckie, na Łotwę do Rygi czy do Estonii przyjechało wielu emigrantów, część z nich objęła najwyższe stanowiska w państwie. Vaira Vike-Freiberga przyleciała z Kanady i została prezydentem Łotwy. Z kolei prezydentem Estonii był emigrant z USA Toomas Hendrik Ilves.
Myślę, że podobnie będzie u nas. Europa jest mała, jeśli będzie taka potrzeba, Białorusini wsiądą w samolot i w godzinę, dwie będą w Mińsku. Ci, którzy zostaną za granicą, będą pomagali ojczyźnie, służąc jej doświadczeniem, kontaktami czy wpływami w innych stolicach, tak, jak robiło to w latach 80. wielu polskich emigrantów.
Mamy Zjednoczony Gabinet Przejściowy, na którego czele stoi Swiatłana Cichanouska. Ten „rząd na uchodźstwie” przygotowuje struktury do transformacji ustrojowej. To oczywiste, że kiedy na Białorusi odbędą się wolne wybory, przyjdzie czas na kogoś innego. Cichanouska odgrywa bardzo ważną rolę, gdyż jest głosem wolnej Białorusi za granicą. Słuchają jej miliony Białorusinów, także ci, którzy nie wyjechali z kraju.
Nie do przecenienia jest to, co robią białoruskie organizacje praw człowieka i niezależne, białoruskie media działające w Polsce czy na Litwie. Nie dzieliłbym Białorusinów na tych, co zostali w kraju i emigrantów, gdyż to wciąż jeden naród. Aby zapuścić korzenie za granicą, trzeba być na emigracji 20-30 lat. Większość białoruskiej diaspory wyjechała z kraju w przeciągu ostatnich 10 lat. Oni mają wciąż silne więzy z krajem.
PAP: Załóżmy, że Rosja nie wygrywa wojny w Ukrainie i pogrąża się w wewnętrznym chaosie, upada reżim Łukaszenki, a Białoruś zyskuje historyczną szansę na odzyskanie suwerenności. Jak długo potrwałoby budowanie nowego, demokratycznego państwa?
A.B.: Trudno powiedzieć, bo to zależy od wielu rzeczy. Myślę, że nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie.
PAP: Tym bardziej że Łukaszenka cofnął kraj w czasy sowieckie...
A.B.: To prawda i zapewne zrobi jeszcze wiele złego, ale jak tylko zaczną się zmiany, nikt ich nie powstrzyma.
PAP: Jaką rolę w transformacji Białorusi mogłaby odegrać Polska? Mam wrażenie, że koncentrując się na pomocy Ukrainie, zapominamy o Białorusinach
A.B.: Zachód za mało pomaga Ukrainie. Ukraińcom trzeba oddać dosłownie wszystko, by wytrwali. Alternatywą jest stawienie czoła Rosji samemu. Kraje wschodniej flanki muszą zrozumieć, że wojna Ukrainy z Rosją jest ich wojną. Na froncie walczą owszem Ukraińcy, ale bronią także Polaków, Łotyszy, Rumunów, Estończyków, Litwinów itd. Nie chcielibyście przecież, żeby rosyjskie czołgi stały w Medyce czy pod Brześciem.
To, że w takiej sytuacji sprawa białoruska pozostaje na dalszym miejscu, jest rzeczą absolutnie zrozumiałą. Dlatego założyłem Fundację Alesia Bialackiego. Fundacja działa ponad granicami na rzecz ochrony praw człowieka, umacniania praworządności oraz wsparcia osób, którym represje odebrały wszystko.
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)
jap/ ugw/