Niemcy, Bonn, 1991-06-17. Podpisanie traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Nz. premier RP Jan Krzysztof Bielecki (L) i Kanclerz Niemiec Helmut Kohl wymieniają uścisk dłoni po podpisaniu dokumentu. Wśród polityków m.in. Bogusław Marczewski (1L), Piotr Ogonowski (2L częściowo zasłonięty), minister spraw zagranicznych Polski Krzysztof Skubiszewski (3L), szef polskiego protokołu dyplomatycznego Janusz Świtkowski (5L), polski dyplomata
Traktat polsko-niemiecki z 1991 roku był modelem pojednania dwóch narodów, między którymi była historyczna przepaść. Jego zawarcie bardzo umocniło pozycję Polski, a w dodatku zapewniło nam wsparcie Niemiec w staraniach o integrację ze strukturami Zachodu - powiedział PAP ówczesny ambasador w Niemczech Janusz Reiter.
W środę mija 35 lat od podpisania Traktatu polsko-niemieckiego o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Podpisany 17 czerwca 1991 roku dokument, jak wspomina w rozmowie z PAP ówczesny ambasador RP w Niemczech (potem także w USA) Janusz Reiter, był udaną próbą zapisania tego, co nas łączy w oczekiwaniu, że z tego będzie wynikać, iż jesteśmy już częścią tej samej wspólnoty, choć jeszcze nie w znaczeniu instytucjonalnym.
- Wiedzieliśmy, że wyznajemy te same wartości, ale trzeba było to zapisać. Żeby można było potem przejść do następnego etapu, czyli do instytucjonalizacji polskiej przynależności do Zachodu. Oczywiste było, że bez wsparcia Niemiec Polska się tam nie dostanie, a musieliśmy się upewnić, że tak samo rozumiemy wartości europejskie, takie jak demokracja, praworządność, prawa człowieka, prawa mniejszości — zaznaczył Reiter.
Dodał, że Polska potrzebowała energii i wpływów Niemiec po to, żeby osiągnąć swoje cele, czyli przynależność do Wspólnot Europejskich, a potem także NATO, a traktat to umożliwił. - Traktat nie mówił wprost, jak będzie wyglądała nasza akcesja do UE i do NATO, ale on w gruncie rzeczy to przesądzał jako nasz cel — podkreślił były ambasador.
Podpisanie tego traktatu było ważne także dlatego, że zdolność do ułożenia sobie stosunków z Niemcami była jego zdaniem dowodem dojrzałości Polski jako państwa. - Mogliśmy przecież zakopać się w starych pretensjach i urazach, ale tego nie zrobiliśmy. To umocniło wiarygodność i autorytet Polski. To był pewien model pojednania dwóch narodów, między którymi była historyczna przepaść. To naszą pozycję bardzo umocniło, a w dodatku zapewniło nam wsparcie Niemiec w naszych staraniach do integracji ze strukturami zachodu — wyjaśnił Reiter.
Niemcy miały bowiem interes w tym, żeby mieć za wschodnią granicą zachodnie państwo. - Oni chcieli uniknąć szarej strefy pomiędzy nimi a obszarem postsowieckim. W tej najważniejszej sprawie byliśmy zgodni, ale trzeba było tę zgodność przełożyć na fakty polityczne — dodał były ambasador.
Podpisanie traktatu było bezpośrednim efektem zjednoczenia Niemiec, do którego doszło w efekcie upadku w 1989 roku muru berlińskiego. Z punktu widzenia Polski najważniejszym aspektem zjednoczenia było uznanie przez nowe państwo niemieckie granicy na Odrze i Nysie. PRL uzyskała takie uznanie od obu państw niemieckich oddzielnie — od NRD w 1950 roku, a od RFN w 1970 roku. Jednak po zjednoczeniu, choć polegało ono na włączeniu NRD do RFN, potrzebna była nowa formalna podstawa uznania.
Premier Tadeusz Mazowiecki i kanclerz RFN Helmut Kohl 12 listopada 1989 roku podczas mszy św. w Krzyżowej przekazali sobie symboliczny znak pokoju. Jednak w sprawie granicy zachodniej Mazowiecki miał zdecydowane stanowisko. Jego rząd od wiosny 1990 roku domagał się, by sprawa granicy była załatwiona podczas dotyczącej zjednoczenia konferencji 2+4 (z udziałem dwóch państw niemieckich, a także USA, ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji). Choć latem 1990 roku Polska została zaproszona do części rozmów na temat granic, kanclerz Kohl odmówił uznania granicy podczas konferencji 2+4 i zagroził nawet dymisją. „Wiedzieliśmy, że granica zostanie uznana. Ale mieliśmy zobowiązania wobec wypędzonych” – wyjaśnił kilka lat potem w wywiadzie dla Deutschland Radio.
Z kolei premier Mazowiecki do czasu załatwienia kwestii granic wstrzymywał się z wnioskiem o wycofanie z Polski wojsk radzieckich. Polska grała też kwestią zgody na ewentualny tranzyt tych wojsk, wycofywanych z Niemiec.
- Uważaliśmy, że to uznanie granicy musi nastąpić jak najszybciej, bo to była kwestia wiarygodności tych sił politycznych, które doszły do władzy w 1989 roku. Kanclerz Kohl chciał podporządkować kwestie uznania granic polityce wewnętrznej, dlatego były te napięcia, ale w momencie, gdy traktat został podpisany w listopadzie 1990 roku, cała sprawa została zamknięta i nie miała wpływu na nasze stosunki — powiedział Janusz Reiter.
21 czerwca 1990 roku Bundestag i Izba Ludowa NRD uchwaliły jedynie jednobrzmiącą deklarację, że „granica Polski z Niemcami, w jej obecnym przebiegu, jest ostateczna”, co „zostanie po zjednoczeniu Niemiec potwierdzone na płaszczyźnie prawa międzynarodowego poprzez układ z Rzeczpospolitą Polską”.
Polska w końcu zgodziła się na uregulowanie sprawy granic już po zjednoczeniu Niemiec. Sankcjonujący zjednoczenie traktat Cztery Plus Dwa zawarto w Moskwie 12 września 1990 roku, do formalnego zjednoczenia doszło 3 października, zaś polsko-niemiecki traktat o potwierdzeniu istniejącej granicy podpisali 14 listopada szefowie MSZ Polski i Niemiec — Krzysztof Skubiszewski i Hans-Dietrich Genscher. W traktacie wyrażano m.in. rezygnację z roszczeń terytorialnych i zobowiązania do niewysuwania ich w przyszłości.
Obaj politycy przystąpili zarazem do prac nad przyszłym traktatem o sąsiedztwie i współpracy. Negocjacje trwały sześć miesięcy. Skubiszewski i Genscher parafowali traktat 6 czerwca 1991 r. w Warszawie, a 17 czerwca w Bonn podpisali go kanclerz Kohl oraz premier Jan Krzysztof Bielecki. Po ratyfikowaniu przez parlamenty obu państw traktat ten wraz z układem granicznym wszedł w życie 16 stycznia 1992 roku.
Jak zapisano w pierwszym artykule traktatu, Polska i Niemcy mają „dążyć do stworzenia Europy, w której przestrzegane są prawa człowieka i podstawowe wartości, a granice utracą dzielący charakter”. Strony stwierdziły, że będą rozstrzygały spory wyłącznie za pomocą środków pokojowych. Republika Federalna Niemiec zobowiązała się do wspierania wysiłków Polski zmierzających do przystąpienia do Wspólnoty Europejskiej.
Traktat nie rozwiązywał jednak wszystkich spornych spraw. Autorzy wprowadzili np. rozróżnienie pomiędzy „członkami mniejszości niemieckiej” w Polsce, a „osobami w RFN, posiadającymi niemieckie obywatelstwo, będącymi polskiego pochodzenia, albo przyznającymi się do języka, kultury lub tradycji polskiej”.
To rozróżnienie i brak terminu „mniejszość” w stosunku do Polaków w Niemczech stało się przedmiotem krytyki ze strony Polaków zamieszkałych w Niemczech, jako ograniczające ochronę prawną niemieckiej Polonii.
Uczestniczący w negocjacjach traktatowych polski dyplomata Jerzy Sułek wspominał przed laty, że Niemcy postawili wtedy stronie polskiej ultimatum: albo odpuścimy walkę o nadanie Polakom statusu mniejszości, albo do traktatu nie dojdzie. Strona niemiecka tłumaczyła tę asymetrię tym, że o ile mniejszość niemiecka w Polsce zamieszkuje ziemie, w których mieszkała zawsze, Polacy w Niemczech są ludnością napływową.
Zdaniem Reitera jednak ten spór jest w jakimś stopniu sztuczny, bo uprawnienia, które obie grupy mniejszości otrzymały, są identyczne, a nazwanie Polaków w Niemczech mniejszością nic by realnie w sytuacji tych ludzi nie zmieniło. - Dlatego nie uważam, że o nazwę mniejszość warto walczyć. - wyjaśnił były ambasador.
Również dobrze się stało, w jego opinii, że podczas negocjowania traktatu z 1991 roku nie poruszono tematu reparacji wojennych. - Gdybyśmy to zrobili, utknęlibyśmy na lata w sporze, w którym by nas nikt nie poparł — ocenił Reiter.
Jego zdaniem to Amerykanie podjęli decyzję, żeby nie ściągać z Niemiec reparacji, a Francja i Niemcy przyłączyły się do nich. Wówczas również Rosja z nich zrezygnowała. Amerykanie chcieli bowiem potraktować Niemcy inaczej niż po pierwszej wojnie światowej i chcieli je mieć po swojej stronie. Ważniejsze niż reparacje było dla nich to, żeby Niemcy były przyjaznym krajem Zachodu, na który można liczyć. - Dzięki temu Niemcy nie stały się państwem rewizjonistycznym, tylko państwem pokojowym, przyjaznym. Z czego i my mamy pożytek — podkreślił były ambasador. - Ta rezygnacja z reparacji stała się częścią powojennego ładu europejskiego. Myśmy chcieli po 1989 roku zapewnić sobie dobre, bezpieczne miejsce i to się udało. Gdybyśmy zaczęli ten ład podważać, trzeba by się liczyć z tym, że inni też to zrobią. Polska by na tym dobrze nie wyszła. Chcieliśmy jednak stać się częścią Zachodu razem z Niemcami, zamiast jak w przeszłości być krajem pomiędzy Niemcami a Rosją — dodał. (PAP)
pś/ mhr/