Pogrzeb królowej Elżbiety II. Fot. PAP/Radek Pietruszka
Muzyka religijna dawnych epok ze strefy sacrum dzisiaj przeniosła się w przestrzeń przeżycia estetycznego. Obserwuję zanik rytuałów — a zatem i muzyki — towarzyszącej odchodzeniu — powiedział PAP muzykolog, krytyk muzyczny, rzecznik Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina dr Aleksander Laskowski.
W rozmowie z PAP dr Aleksander Laskowski przypomniał, że niegdyś umieranie stanowiło część codzienności. – Z odchodzeniem wiązały się liczne rytuały, towarzyszyła im muzyka. Ich forma oczywiście zależała od pozycji społecznej osoby i regionu. Odchodzenie władców było ceremonią z bogatą oprawą. We wsiach i miasteczkach płaczki wykonywały rytualny lament. Zawsze jednak chodziło o towarzyszenie w odchodzeniu, a także niesienie ukojenia najbliższym odchodzącej osoby w trudnych chwilach – przypomniał.
Obecnie żyjemy w świecie, w którym w większości przypadków odchodzenie zostało przeniesione z przestrzeni prywatnej, domowej do szpitala. – To sterylna przestrzeń, gdzie panuje cisza, bądź słychać tylko aparaturę medyczną. W związku z tym mamy coraz mniejszy bezpośredni kontakt z końcem ludzkiego życia. Stąd też zanik rytuałów — a zatem i muzyki — towarzyszącej odchodzeniu — zaznaczył.
Nie oznacza to jednak, że muzyki, która w poprzednich wiekach towarzyszyła umieraniu, nie można nigdzie już usłyszeć. – Możemy się z nią spotkać, ale poza kontekstem odchodzenia. Muzyka religijna dawnych epok, która kiedyś pełniła wyłącznie funkcje sakralne, dzisiaj, w coraz bardziej desakralizującym się świecie, z przestrzeni religii i doświadczenia końca przeniosła się w przestrzeń przeżycia estetycznego – powiedział.
"Odchodzenie władców było ceremonią z bogatą oprawą. We wsiach i miasteczkach płaczki wykonywały rytualny lament. Zawsze jednak chodziło o towarzyszenie w odchodzeniu, a także niesienie ukojenia najbliższym odchodzącej osoby w trudnych chwilach."
– Aby to uzmysłowić, można odwołać się do porównania, które na pierwszy rzut oka może wydawać się przesadzone, ale jednak oddaje skalę tego zjawiska. Proszę sobie zatem wyobrazić kibiców piłkarskich robiących meksykańską falę nie na stadionie w czasie meczu, ale na teatralnej scenie. Widzowie kupowaliby bilety, aby móc to obejrzeć, ale właśnie jako zjawisko czysto estetyczne, oderwane od swojego naturalnego kontekstu – powiedział.
Najbardziej znanym przykładem takiej muzyki jest „Requiem d-moll KV 626” Wolfganga Amadeusza Mozarta. „Requiem” to w ogóle msza za zmarłych (z łac. Missa pro defunctis), która śpiewana jest w Dzień Zaduszny oraz podczas uroczystości żałobnych. Jej nazwa wywodzi się od pierwszych słów introitu, czyli śpiewu liturgicznego: „Requiem aeternam”, czyli „Wieczny odpoczynek”. „Requiem” Mozarta powstało w ostatnim okresie życia kompozytora – pracę nad nim przerwała jego przedwczesna śmierć w 1791 r. w wieku 35 lat. Dzieło ukończyło czterech kompozytorów z bliskiego otoczenia Mozarta, z których największy wkład wniósł jego uczeń Franz Xaver Süssmayr.
– Jedynie w bardzo wyjątkowych przypadkach słucha się „Requiem” Mozarta w ramach prawdziwej ceremonii pogrzebowej. Nasz świat bardzo się zmienił, a muzyka ma coraz bardziej symboliczne znaczenie – powiedział.
W polskiej kulturze szczególną pozycję zajmuje „Marsz żałobny” z Sonaty b-moll Fryderyka Chopina, który jest często wykonywany na uroczystościach pogrzebowych. – Ten utwór budzi ogromne emocje. Wiele lat temu byłem na koncercie, podczas którego tę sonatę grał Jewgienij Kissin. Obok mnie siedziała pani, będąca ewidentnie w żałobie, ubrana na czarno. Kiedy pianista zaczął grać tę część utworu, jej zaczęły cieknąć łzy – powiedział. Wskazał także, że kiedy w 2010 roku świętowano dwustulecie urodzin Fryderyka Chopina, nikt się nie spodziewał, że „Marsz żałobny” Chopina – w związku z katastrofą smoleńską – będzie najczęściej wykonywanym utworem tamtego roku. – To dzieło jest zatem blisko związane nie tyle z odchodzeniem, ile po prostu z pogrzebem – dodał.
Patrząc w świat muzyki poważnej, można odnaleźć wiele dzieł, które do kwestii śmierci, odchodzenia czy pogrzebu nawiązują często bezpośrednio. Jako przykłady dr Laskowski wskazał na fragment III Symfonia d-moll Gustava Mahlera, arię „Lament Dydony” z barokowej opery „Dydona i Eneasz” Henry’ego Purcella oraz kantaty Jana Sebastiana Bacha, które zostały napisane na potrzeby kościelnych ceremonii pogrzebowych.
Muzyka o charakterze żałobnym bardzo silnie przemawia do nas także poprzez film. – To jest po części odpowiedź na to, skąd tak duża popularność utworów Mozarta, a wśród nich „Requiem”. To zasługa filmu „Amadeusz” z 1984 roku w reżyserii Miloša Formana. Dużo miejsca zostało w nim poświęcone powstawaniu właśnie tego arcydzieła, jednocześnie dochodzi do tego tajemnica związana przedwczesną śmiercią samego kompozytora – powiedział.
Muzykolog zaznaczył, że często to, jaka muzyka kojarzy się nam ze smutkiem, żalem, żałobą, jest związana z prywatnym doświadczeniem danej osoby. – Kiedyś mówił o tym znakomity pianista i dyrygent Daniel Barenboim – bywa tak, że ktoś mógł w chwili odchodzenia bliskiej osoby nawet przypadkowo posłuchać radosnej części symfonii „Pastoralna” Beethovena i ta część zawsze będzie dla niego już naznaczona smutkiem – zaznaczył.
Swoje emocje związane ze smutkiem, umieraniem czy żałobą oddają także współcześni muzycy. Śmierć synów Nicka Cave’a – najpierw Arthura w 2015, a później Jethro w 2022 roku – wpłynęły na twórczość artysty. Płyty „Skeleton Tree” (2016) i „Ghosteen” (2019) dotyczą śmierci Arthura, natomiast „Wild God” (2024) – Jethro. Jako artystyczny testament i świadome pożegnanie z fanami traktowany jest także album „Blackstar” Davida Bowiego. Płyta ukazała się 8 stycznia 2016 roku, dwa dni przed śmiercią artysty.
– W przypadku współczesnej twórczości wokalnej i instrumentalnej często jest to połączenie bardzo poetyckich słów z muzyką. Piosenki są próbą zmierzenia się z ostatecznością czy osobistymi doświadczeniami żałoby i przeżywania bólu po stracie. Dla mnie bardzo dobrym przykładem jest piosenka Erica Claptona „Tears in Heaven” poświęcona zmarłemu synowi. Za każdym razem, kiedy jej słucham, bardzo się wzruszam – powiedział. Zwrócił także uwagę, że popularność danych artystów także wpływa na nasze wyobrażenia o piosence. – Wszyscy pamiętamy odchodzenie Freddiego Mercurego, który w „Bohemian Raposody” śpiewał „I don't wanna die” (tłum. „Nie chcę umierać” – PAP) – przypomniał muzykolog.
"Lęk przed śmiercią jest coraz większy, im dalej jesteśmy od religii. Dzisiaj nie zaśpiewalibyśmy tak chętnie słów z kantat Bacha »Komm, du süße Todesstunde« (tłum. »Przyjdź, ty słodka godzino śmierci« – PAP)."
W jego ocenie jest głęboko zakorzeniony w naszej kulturze lęk przed śmiercią. – Jest on coraz większy, im dalej jesteśmy od religii. Dzisiaj nie zaśpiewalibyśmy tak chętnie słów z kantat Bacha „Komm, du süße Todesstunde” (tłum. „Przyjdź, ty słodka godzino śmierci” – PAP). Raczej bliższe jest nam zawołanie „I don't wanna die” – zaznaczył. W jego ocenie jest to „obraz naszej psychiki, naszych lęków i naszego postrzegania świata tego, co teraz i tego, który będzie później”.
W Polsce najpopularniejszą religijną pieśnią pogrzebową jest „Przybądźcie z nieba (Anielski orszak)”, śpiewaną zazwyczaj podczas wyprowadzenia ciała lub wyruszenia konduktu. W repertuarze znajdują się także ponadczasowe piosenki, m.in. „What a Wonderful World”, „The Sound of Silence”, „My Way”, „Time To Say Goodbye” czy „Hallelujah”.
Dr Laskowski zaznaczył, że współcześnie ludziom żałoba bardzo często kojarzy się z brzmieniami, jakie znają z filmów. – Dla wielu ludzi na świecie wybitnym wyrazem przeżywania odchodzenia będzie muzyka z „Władcy Pierścieni”, kiedy umierał Boromir czy piosenka „My Heart Will Go On” jako temat z „Titanica”. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że to nasze romantyczne skojarzenia związane ze śmiercią – wskazał.
Wskazał, że repertuar popularny jest decyzją rodziny oraz osoby, której pogrzeb się odbywa. – W mojej pamięci zapisało się wydarzenie, które można odczytać jako szalenie poetycki gest sprzeciwu wobec pompy. W czasie pogrzebu Wisławy Szymborskiej, który odbywał się na krakowskim Cmentarzu Rakowickim, zabrzmiały piosenki jej ulubionej Elli Fitzgerald, m.in. „I Cried For You” i „Black Coffee”. Nie byłem na tym pogrzebie, ale opowiadał mi Paweł Potoroczyn, że miał poczucie poetyckiej abstrakcji, bo z jednej strony był to państwowy pogrzeb i hołd złożony noblistce, i to jeszcze w Krakowie, ale z drugiej – takiej muzyki spodziewalibyśmy się bardziej w kawiarni niż na cmentarzu podczas pogrzebu – powiedział Laskowski.
Jego zdaniem świadczy to o tym, że coraz dalej jesteśmy od głęboko religijnej funkcji muzyki, a wybór utworów granych, chociażby w czasie pogrzebu, coraz bardziej nawiązuje do gustów i zainteresowań osoby zmarłej.
Anna Kruszyńska (PAP)
akr/ dki/