Leonard Cohen w Polsce, 1985 r. Fot. PAP/CAF/Krzysztof Sitek
Był największym spośród piosenkopisarzy, tak określił go Nick Cave. Leonard Cohen — kanadyjski poeta i pieśniarz, autor „Suzanne”, „Hallelujah”, „Dance Me To The End of Love” i „Famous Blue Raincoat” — zmarł 10 lat temu, 7 listopada 2016 r., w Los Angeles w wieku 82 lat.
Gdy 27 grudnia 1967 r. w sklepach pojawił się album „Songs of Leonard Cohen”, jego 33-letni debiutujący jako piosenkarz autor na scenie muzycznej był postacią anonimową. Leonard Cohen był nagradzanym poetą i pisarzem rozpoznawalnym w kanadyjskim świecie literackim, autorem powieści „Ulubiona gra” i „Piękni przegrani”, tomów „Let Us Compare Mythologies”, „The Spice-Box of Earth” i „Flowers for Hitler”. Późno rozpoczął karierę muzyczną, choć w nastoletnich czasach grał w zespole Buckskin Boys, a w połowie lat 60. został bywalcem poetycko-folkowych kawiarni Greenwich Village, nowojorskiej dzielnicy bohemy. To tam poznał poszukującą materiału na nową płytę Judy Collins, która nagrała jedną z jego piosenek, „Suzanne”. Piosenka przyciągnęła uwagę Johna Hammonda, wpływowego producenta i łowcę talentów, który zaoferował autorowi umowę na nową płytę — „Songs of Leonard Cohen”.
Poetyckie słowa swych ballad wyśpiewywał niskim głosem, akompaniując sobie na gitarze. Brzmiały posępnie i smutno. „W latach 70. moja muzyka była krytykowana jako przygnębiająca. Mówiono, że moje płyty powinny być sprzedawane z żyletkami, bo to dobra muzyka do podcinania sobie żył” - powiedział w wywiadzie w 1997 r. Zachwyt nad twórczością kanadyjskiego artysty wyrażali studenci, którzy obrali sobie folk za muzykę protestu. Poza pochwałami Cohen musiał wysłuchiwać także głosów krytyki - zarzucano mu pretensjonalność, wręcz grafomaństwo. Australijski wokalista Nick Cave wspominał jednak w filmie „Leonard Cohen: I'm Your Man” z 2005 r., że znajomość jego utworów dawała mu poczucie przynależności do sekretnego klubu dla wybranych. Po śmierci Cohena napisał, że Kanadyjczyk był „największym spośród piosenkopisarzy. Wyjątkowym i niepodrabialnym”.
„Songs of Leonard Cohen” nie okazała się tylko kaprysem ekscentrycznego literata. Stała się debiutem jednego z najbardziej wpływowych artystów muzyki popularnej, autora albumów „Songs From a Room” (1969), „Songs of Love and Hate” (1971), „I'm Your Man” (1988) i „The Future” (1992), kompozytora „Suzanne”, „So Long, Marianne”, „Famous Blue Raincoat”, „Bird on a Wire”, „Chelsea Hotel No. 2”, „Hallelujah” czy „Dance Me to the End of Love”. Jego pieśni wykonywali także tacy artyści jak Tori Amos, Nick Cave, John Cale, Jeff Buckley, Nina Simone, Johnny Cash, Tim Hardin czy Lana Del Rey. „Chciałbym, żeby moje piosenki przetrwały tyle czasu, ile przeciętne Volvo. Czyli około 30 lat” - wyznał w jednym z wywiadów.
„Chciałbym, żeby moje piosenki przetrwały tyle czasu, ile przeciętne Volvo. Czyli około 30 lat.”
W 1996 r. porzucił życie sławnego muzyka i wstąpił do buddyjskiego klasztoru pod Los Angeles, gdzie został wyświęcony na mnicha i przyjął imię Jikan - Cichy, Milczący. Do nagrywania wrócił w 1999 r. W 2001 r. ukazała się jego pierwsza od niemal dekady płyta „Ten New Songs”. Jego ostatni album - „You Want It Darker” - ukazał się w październiku 2016 r., dwa tygodnie przed śmiercią artysty. Kilka miesięcy wcześniej Cohen napisał list pożegnalny do umierającej na białaczkę Marianne Ihlen, swej dawnej muzy i miłości: „Cóż, Marianne, nadszedł czas, kiedy naprawdę jesteśmy już starzy, a nasze ciała się rozpadają. Myślę, że niedługo do ciebie dołączę. Jestem blisko za tobą, że jeśli wyciągniesz rękę, to dosięgniesz mojej”. O ich związku opowiada film dokumentalny „Marianne i Leonard: Słowa miłości” Nicka Broomfielda.
Twórczość Cohena spotkała się w Polsce z wyjątkowo dobrym przyjęciem, o czym mówił PAP w 2016 r., po śmierci artysty, dziennikarz i poeta Piotr Bratkowski. - Świetnie wpasował się w klimat, w jakim żyła w latach 70. młoda polska inteligencja. Moja przygoda z Cohenem była dziwna. Usłyszałem go po raz pierwszy w radiu w 1970 r. i całkowicie się zachwyciłem. Przez następne kilka lat nie mogłem jednak znaleźć nikogo, komu Cohen byłby równie bliski. Jak puszczałem go na imprezach, to mi ludzie mówili, żebym wyłączył tego nudziarza – wspominał.
W 2008 r. Cohen wystąpił w Warszawie i we Wrocławiu. Wrócił do koncertowania, gdy okazało się, że menedżerka sprzeniewierzyła niemal cały jego majątek. Jego wcześniejszy przyjazd do Polski, w 1985 r. (zagrał wówczas cztery koncerty), był sensacją, bilety rozeszły się błyskawicznie, na czarnym rynku osiągając zawrotne ceny, zdarzały się nawet przypadki fałszerstwa.
- Podobno w Polsce był bardziej popularny niż w Kanadzie. Odkąd go usłyszałem po raz pierwszy, wyczekiwałem przy odbiorniku radiowym na kolejny utwór. Wówczas nie znałem zbyt wiele osób, które by go słuchały. Gdy Maciej Zembaty zaczął go popularyzować, byłem zły, czułem, że odbiera mi się moją prywatną własność - mówił Bratkowski. - W końcu trafiłem do grupy ludzi, którym bliskie były hipisowskie klimaty. I poznałem pierwsze osoby, które też znały i wielbiły Cohena. Znajomość Cohena stanowiła wyróżnik, znak rozpoznawczy – dodał. - Pociągała nas poetycka aura, jaką wokół siebie roztaczał. Mówił inne rzeczy, niż pozostali piosenkarze. Cohen był starszy; inaczej mówił więc o miłości czy związkach międzyludzkich, czy zdradzie – tłumaczył Bratkowski.
Z okazji 10. rocznicy śmierci Cohena 15 lutego 2027 r. na warszawskim Torwarze z programem „Everybody Knows Leonard Cohen” wystąpi jego syn Adam Cohen. Jak napisano w zapowiedzi wydarzenia, muzyce towarzyszyć będą archiwalne fotografie i materiały filmowe przybliżające życie oraz twórczość słynnego pieśniarza. (PAP)
pj/ miś/