Marian Kociniak w 1996 r. w spektaklu Teatru Telewizji "Boso, ale w ostrogach". Fot. PAP/Afa Pix/Krzysztof Wellman
Obdarzał szorstkością i sercem - 11 stycznia 1936 roku urodził się Marian Kociniak; Franek Dolas z „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” i Marcin Kabat w „Igraszkach z diabłem”. Ról filmowych i telewizyjnych miał znacznie więcej ale to teatr był dlań „miejscem, które dało mu życie”.
Filmowa scena, w której doprowadza do pasji Emila Karewicza przedstawiając się jako Grzegorz Brzęczyszczykiewicz urodzony w Chrząszczyżewoszycach, powiat Łękołody jest dziś wiralem, konkurującym skutecznie z logopedycznym ćwiczeniem - „drabiną z powyłamywanymi szczeblami”.
- Znałem go oczywiście z filmu „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, który dzięki jego kreacji stał się w moim odczuciu dziełem porównywalnym z „Eroicą” Andrzeja Munka. Od tamtej chwili był moim idolem… W życiu jednak, w najśmielszych marzeniach, nie przypuszczałem, że będę z nim kiedyś pracował w jednym teatrze – mówi PAP Grzegorz Damięcki. - Kiedy to się stało, w 1991 roku, Ateneum było - pod dyrekcją Janusza Warmińskiego – prawdziwym gwiazdozbiorem. Wymienianie nazwisk powszechnie znanych i uznanych aktorów - dla których ludzie przychodzili na Jaracza 2 - zajęłoby dużo czasu; jako reprezentatywny przykład przywołam więc tylko postać mojego przyjaciela z dzielonej przez 15 lat garderoby Leonarda Pietraszaka. Jedną z tych gwiazd „magnesów” był właśnie Marian Kociniak, fenomenalny aktor intuicyjny, doskonały zarówno w komedii jak i dramacie. Znów mógłbym wymieniać długo tytuły spektakli, które nasycił swą sztuką, wspomnę zatem tylko „Bal manekinów” Brunona Jasieńskiego wyreżyserowany przez Warmińskiego, który widziałem będąc nastolatkiem. Sposób w jaki Marian wykreował główną postać, przechodził – mówiąc nieco kolokwialnie - „ludzkie pojęcie”. A moje już na pewno… - wspomina.
"Synku, skończ szkołę, zrób maturę, a jak ją zdasz, przyjmiemy cię bez egzaminu".
- Zaś poza sceną był sybarytą, miłośnikiem życia, koneserem dobrej anegdoty, mistrzem gry w kości, uczestnikiem wieczornych biesiad – zawsze jednak wiedzącym, kiedy trzeba wstać od stołu – dodaje Grzegorz Damięcki.
Porzekadłami, które Marian Kociniak wprowadził na stałe do potocznego języka polskiego, są pytanie „Momenty były?” i konstatacja „Lubiał wypić” - będące pierwotnie stałymi elementami emitowanych w radiowej audycji „60 minut na godzinę” jego rozmów z Andrzejem Zaorskim o filmach pt. „Para-męt pikczers, czyli kulisy srebrnego ekranu”. „Po tych audycjach cała Polska powtarzała nasze recenzje” – powiedział Kociniak w książkowym wywiadzie Remigiusza Grzeli pt. „Spełniony” (2010).
Ne chciał jednak tego dyskontować. „Kiedy zaczęli jeździć po Polsce z tym programem, odmówiłem. Powiedziałem, że nie można powtarzać w nieskończoność tego samego” – wyjaśnił.
Był synem stolarza Kazimierza Kociniaka i Anny z domu Karkoszka. aktor ocenił, że po ojcu ma „ciężki charakter”. „Ojciec nie odpuszczał nikomu i ja nie odpuszczam” – mówił. Dzieciństwo spędził w podwarszawskim wówczas Rembertowie. „Wciąż była bieda. Mój starszy brat pracował z ojcem w warsztacie, rodzice wymyślili, żebym poszedł do dwuletniej szkoły mechanicznej w Rembertowie, został ślusarzem i przynosił pieniądze do domu” – opowiadał Kociniak Grzeli. „A ja chciałem iść gdziekolwiek, byle się uczyć czegoś innego niż ślusarka. Wszyscy chłopacy marzyliśmy wtedy o zawodzie pilota. No i zdałem do technikum budowy silników samolotowych” - dodał. Akurat wówczas w tej szkole istniało kółko dramatyczne prowadzone przez aktorkę Teatru Powszechnego Janinę Pollakównę. W wystawionej przez nią „Zemście” Kociniak zagrał Papkina. „Już nie było odwrotu” – wspominał. Wybrał się do poradni dla kandydatów do PWST. Wysłuchawszy jego popisów, Kazimierz Rudzki powiedział: „Synku, skończ szkołę, zrób maturę, a jak ją zdasz, przyjmiemy cię bez egzaminu”. Tak też się stało, co nie zyskało aprobaty ojca, który nazwał go „obibokiem”. Tę opinię zrewidował dopiero w 1958 roku po obejrzeniu syna w spektaklach dyplomowych. „Rodzice byli zachwyceni” – opowiadał Kociniak Remigiuszowi Grzeli.
Pod pedagogiczną opieką Henryka Borowskiego, Aleksandra Bardiniego i Ludwika Sempolińskiego studiował razem z m.in. Władysławem Kowalskim, Elżbietą Kępińską, Tadeuszem Rossem i Barbarą Rylską. Na scenie zadebiutował - jeszcze w trakcie studiów - w warszawskim Studenckim Teatrze Satyryków (STS) u Jerzego Markuszewskiego w programie składanym „Esmeralda, czyli baśń…” (1958). Nie przeceniał swojego udziału w kultowym przedsięwzięciu teatralnym jakim jawi się dziś STS. „Ja rozmawiałem głównie o dziewczynach. Wiem, że aktorzy lubią być tacy intelektualni, pokazywać, jakie rozumy pozjadali. Opowiadać nadzwyczajne facecje. Niech pan w to nie wierzy” – przekonywał Grzelę Kociniak. Teatr był jednak w jego życiu miejscem „ukochanym, pierwszym”. „Miejscem, które dało mi życie” – powiedział. Od 1959 roku przez pół wieku był aktorem stołecznego Teatru Ateneum.
Na ekranie debiutował w 1960 roku epizodem w „Niewinnych czarodziejach” Andrzeja Wajdy. Dwa lata później zagrał pierwszoplanową rolę komandosa w filmie „Czerwone berety” Pawła Komorowskiego. W tym samym roku wystąpił u Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego w „Gangsterach i filantropach” oraz „O dwóch takich, co ukradli księżyc” Jana Batorego. Był tam zbójcą Nieborakiem - jego wspólny z braćmi Kaczyńskim fotos bez trudu można znaleźć w internecie. Być może dlatego, gdy przeszło pół wieku później Marian Opania odmówił Antoniemu Krauzemu zagrania Lecha Kaczyńskiego w filmie „Smoleńsk”, Kociniak miał powiedzieć „Super Expressowi” (2012): „Nie mówię nie, przyjrzę się temu” (Ostatecznie w postać tragicznie zmarłego prezydenta wcielił się Lech Łotocki). Zagrał też tytułową postać w filmie Henryka Kluby „Chudy i inni” (1966). Wystąpił również u Andrzeja Wajdy, w „Dantonie” (1982) oraz „Panu Tadeuszu” (1999), w którym wcielił się w postać Protazego.
Ogromną i zasłużoną popularność dała Kociniakowi komedia Tadeusza Chmielewskiego „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” (1970) zrealizowana na podstawie powieści Kazimierza Sławińskiego „Przygody kanoniera Dolasa” (1967). Wzmogła ją też rola groteskowego Murgrabiego w serialu „Janosik” (1974), wyreżyserowanym przez Jerzego Passendorfera według scenariusza Tadeusza Kwiatkowskiego.

Na zdjęciu Marian Kociniak oraz Wiktor Zborowski, Jacek Borkowski i Marian Opania w 1990 r. podczas koncertu w Filharmonii Narodowej Artyści dla Rzeczypospolitej. Fot. PAP/Ireneusz Sobieszczuk
14 stycznia 1980 roku Teatr Telewizji pokazał „Igraszki z diabłem” Jana Drdy w reżyserii Tadeusza Lisa. Spektakl porwał zarówno widzów jak i krytyków. „Kapitalnym posunięciem była obsada. Do głównej roli Lis zaangażował Mariana Kociniaka, pamiętnego żołnierza mimo woli - Franka Dolasa z komediowego serialu »Jak rozpętałem drugą wojnę światową«. Aktor stworzył fenomenalną kreację Franka Dolasa a rebours - odważnego, pewnego swoich racji i odpowiedzialnego wiarusa” – napisał Cezary Polak w recenzji pt. „Jak Kociniak diabła wykiwał” („Dziennik”, 2007), określając sztukę jako „bawiącą do łez”.
W serialu „Jan Serce” (1982) grany przez Kociniaka Piotr Krukowski był najbliższym przyjacielem tytułowego bohatera.
- To był dla mnie zaszczyt, że tacy wspaniali aktorzy, jak pan Michnikowski i pan Kociniak zgodzili się grać w tym serialu – mówi PAP Radosław Piwowarski. - To, co w Marianie było wspaniałe, to że on był tak serdeczny i że miał „błysk ironii” w stosunku do wszystkiego, co się wokół działo – podkreśla reżyser. - Mam same dobre wspomnienia z nim związane. Filmy wtedy robiło się długo, więc mogliśmy spędzić razem dużo czasu i o różnych sprawach pogadać. Był człowiekiem bardzo ciepłym, rodzinnym, towarzyskim. O kolegach zawsze mówił serdecznie - zresztą o nim też się tak mówiło - wspomina. - Kiedy trzeba było wypić, to się napiliśmy… Zapamiętałem go jako jasną stronę aktorstwa, człowieka radosnego – wspomina Radosław Piwowarski.
Brał udział w spektaklach kabaretowych: „Hemar” (1987) – wyreżyserowany przez Wojciecha Młynarskiego oraz „Tuwim – kabaret”(1991) w reżyserii Emiliana Kamińskiego. Występował również w Kabarecie Starszych Panów.
"(...) poza sceną był sybarytą, miłośnikiem życia, koneserem dobrej anegdoty, mistrzem gry w kości, uczestnikiem wieczornych biesiad – zawsze jednak wiedzącym, kiedy trzeba wstać od stołu."
Pechowo w artystycznym życiu aktora wypadały chyba tylko jubileusze. „Nie miał natomiast szczęścia Marian Kociniak, któremu czterdziestolecie pracy artystycznej przyszło obchodzić w Teatrze Ateneum główną rolą w »Herbatce u Stalina«. Harwood, autor granego na tej scenie »Garderobianego« znany z finezyjnych pomysłów i dramaturgicznej precyzji, w tym przypadku napisał dziełko z kategorii kuriozów” – napisał Janusz R. Kowalczyk w recenzji pt. „Pląsy dramaturga” („Rzeczpospolita”, 2000). „Zamiast postaci występują w niej zagadnienia. Shaw (Jerzy Kamas) gra zagadnienia politycznej ślepoty i braku wrażliwości na krzywdę, Stalin (Marian Kociniak) gra zagadnienia przemocy i propagandy, Pani Krynin (Marzena Trybała zastygła w jednej pozie) gra zagadnienia krzywdy i wyrzutu sumienia… Szkoda, że na aktorski jubileusz Mariana Kociniaka (który ma jedną dobrą scenę, przyznaję) wybrano dramat co najmniej wątpliwy podany w tak przestarzałej formie” – ocenił Tomasz Miłkowski w „Trybunie”. Przykre to tym bardziej, że – jak czytamy na stronie Polskiego Radia - Ronald Harwood (scenarzysta „Pianisty” Romana Polańskiego) tak zachwycił się kreacją Kociniaka w „Garderobianym” (1997), wyreżyserowanym przez Krzysztofa Zaleskiego, że specjalnie dla niego napisał „Herbatkę u Stalina”.
Również półwiecze Kociniaka na scenie - spędzone praktycznie w Ateneum - świętowano paradoksalnie na deskach innego teatru. „Gdy na dyrektora przyszła pani Cywińska, powiedziała, że nie rozumie, na czym polega mój status w tym teatrze! Odparłem, że to bardzo proste: z poprzednimi dyrektorami ustalaliśmy wspólnie, co gram, kiedy gram, ale nie za ile, bo w teatrze o pieniądze się nie pyta. To jest cały mój status!” – wspominał aktor („Fakt”, 2010). „Odpowiedziała mi, u niej tak nie będzie. Rozstajemy się więc, a moja noga już nie postanie. A na pewno nie za jej dyrekcji!” - dodał.
„Marian Kociniak, bardzo utalentowany aktor, próbował wyznaczać wszystkie terminy pod siebie. Nie zgodziłam się i odszedł. Oczywiście ze stratą dla teatru” – powiedziała Izabella Cywińska, ówczesna dyrektor Teatru Ateneum (wyborcza.pl, 2015). W rezultacie swój jubileusz artysta uczcił w Teatrze na Woli rolą Ciury w spektaklu „Bomba” Macieja Kowalewskiego. „Cechą granej przez niego roli jest mistrzostwo i swoisty dystans. Aktor trzyma na wodzy emocje. Jest wyciszony. To pozwala mu stworzyć postać pełną życiowej mądrości, a zarazem bohatera pełnego sarkazmu do tego, co wokół niego dzieje się” – napisała Marzena Rutkowska w recenzji – zatytułowanej nomen omen! - „A to Polska właśnie” („Tygodnik Ciechanowski”, 2007).
„To jedna z najlepszych sztuk o Polsce. Opowiada o tragediach w sposób często komediowy, ale też bardzo dramatyczny. Nie ma drugiej współczesnej sztuki tak dobrej, dotykającej wszystkich naszych spraw” - mówił o „Bombie” sam Kociniak.
W efekcie tego jubileuszu aktor, który nigdy nie udzielał wywiadów, namówiony przez Remigiusza Grzelę, ówczesnego kierownika literackiego Teatru na Woli, zdecydował się przerwać trwające pół wieku milczenie. Co zaowocowało książką. „Byłem szczęściarzem!” – powiedział Grzela w Polskim Radiu (2016). „Marian obdarzał szorstkością i sercem” – dodał, porównując jego aktorstwo z intelektualną grą Gustawa Holoubka.
„Marian Kociniak jest sam w sobie Teatrem” – ocenił Gustaw Holoubek, cytowany w książce Grzeli. „Jego religią, wyznaniem wiary jest granie określonych ról i tylko poprzez role daje świadectwo o sobie. Natomiast to wszystko, co towarzyszy promocji aktora, odrzuca kategorycznie” – dodał.
Marian Kociniak zmarł 17 marca 2016 roku – miał 80 lat. Spoczywa na cmentarzu ewangelicko-reformowanym w Warszawie.
Paweł Tomczyk (PAP)
top/ dki/