Subkulturowość ma dziś także napęd elektryczny. Hulajnoga może pełnić funkcję podobną do deskorolki u skejtów, czyli skupiać młodzież i zaznaczać ich przynależność. Dochodzą do tego zloty, własne nazewnictwo, humor. Fot. PAP/Radek Pietruszka
Młodzi mają wiele językowych światów. Lista finałowych słów Młodzieżowego Słowa Roku pozwala zobaczyć, gdzie te światy się spotykają, jak młodomowa potrafi budować bliskość — powiedziała PAP przewodnicząca jury plebiscytu oraz szefowa Obserwatorium Języka i Kultury Młodzieży UJK prof. Anna Wileczek.
PAP: Co najbardziej zaciekawiło panią w tegorocznym zestawie?
Prof. Anna Wileczek: Przynależność, uznanie i autentyczność to wątki, które mocno się tu splatają. Młodzi chcą wiedzieć, kto jest „swój”, co budzi podziw, a co jest tylko pozą. Na przykład „kukiriniarz” prowadzi od hulajnogi, zwanej także hulajką, do wspólnoty. „Aura” i „tuff” pozwalają docenić czyjś styl, a „larp” podważa wiarygodność wizerunku. Wspólnota ma własne znaki rozpoznawcze, ale także sposoby sprawdzania autentyczności.
PAP: Kukiriniarze to nowa subkultura?
A.W.: Subkulturowość ma dziś także napęd elektryczny. Hulajnoga może pełnić funkcję podobną do deskorolki u skejtów, czyli skupiać młodzież i zaznaczać ich przynależność. Dochodzą do tego zloty, własne nazewnictwo, humor. I znaki wizualne: masywne kaski, obszerne kurtki, za duże spodnie… Przejazd ma dalszy ciąg w filmiku, komentarzach i przeróbkach. Podwórko ma przedłużenie w TikToku. Mówię o subkulturowości, bo taki sposób bycia razem nie musi oznaczać trwałej grupy ze wspólnym światopoglądem. Czasem wystarczą pasja i rozpoznanie: „to jest nasze”, nawet gdy niesie to niebezpieczną brawurę.
PAP: Co wnosi do tego samo słowo „kukiriniarz”?
A.W.: To utworzona dość typowo nazwa użytkownika lub miłośnika hulajnóg elektrycznych, zwłaszcza koreańskiej marki. Nazwa handlowa staje się podstawą określenia człowieka, a sprzęt zaczyna reprezentować właściciela. Dla jednych to „swój”, dla innych – stereotyp szarżującego nastolatka. Jest też żartobliwa odpowiedź na krytykę. W utworze „KuKirin” Atsaba z udziałem Terrora słyszymy: „Hejtujesz Kukirina, mama ci nie pozwoliła”. Krytykujesz, bo zazdrościsz – tak można odczytać tę ripostę. A przy okazji — młody człowiek manifestuje niezależność, lecz w samym środku tej opowieści stoi… mama. Młodzieżowy bunt spotyka się z domową negocjacją.
PAP: A co o człowieku mówi „brokuł”?
A.W.: Zaskakująco dużo jak na samą fryzurę! Zaczyna się od podobieństwa: krótkie boki, bujna, kręcona lub falowana góra. Ktoś ma brokuła, a za chwilę sam staje się „brokułem”. Nazwa fryzury przechodzi na osobę, potem obrasta stereotypem. Z kształtu włosów wyczytuje się styl życia. To pokazuje, jak łatwo znak mody zmienić w etykietę człowieka. Wspólne uczesanie nie przesądza przecież o wspólnocie poglądów.
PAP: A „tuff” i „peak” przyznają punkty za styl?
A.W.: „Tuff”, wymawiane u nas także jako „tuf”, wyraża uznanie, gdy coś jest atrakcyjne, efektowne, robi wrażenie. To slangowy wariant angielskiego „tough”. Peak wskazuje na najwyższą jakość, szczytową formę lub największe nasilenie jakiejś cechy, stąd również może być „peak głupoty”. Zresztą pochwała może mieć w tej odmianie języka zawsze drugie dno. To samo „tuff”, wypowiedziane ironicznie, podważy czyjś gust. Trzeba znać nie tylko znaczenie, ale i kierować się wyczuciem pragmatycznym.
PAP: Czy uznanie można sobie „wyfarmić”?
A.W.: Można próbować, choć aurę ostatecznie przyznają nam inni. Aura to charyzma, styl, pozytywne wrażenie, żartobliwie przeliczane na punkty. „Aura farming” oznacza celowe budowanie tego efektu. Samo „farmienie”, czyli gromadzenie zasobów, przyszło z języka graczy. Jest w tym przewrotność, bo przecież trzeba zrobić wrażenie tak, jakby wcale nam na nim nie zależało. Gdy wysiłek staje się zbyt widoczny, podziw może ustąpić ironii. Ktoś próbuje zdobyć punkty do aury, a właśnie je traci. Wszystko przekreśli krótki komentarz „aura farming”!
PAP: A kiedy zaczyna się „larpowanie”?
A.W.: Gdy pojawia się zarzut, że za wizerunkiem brakuje treści. Ktoś gra znawcę, choć zna tylko kilka haseł albo gra oddanego fana, choć interesuje go głównie modny rekwizyt. „Larpować” to udawać kogoś, kim się nie jest. Nazwa pochodzi od LARP-u, gry polegającej na odgrywaniu postaci. W grze umowność jest uzgodniona, w slangowym użyciu staje się zarzutem. Słychać tu obronę autentyczności, ale czasem także próbę wykluczenia kogoś z grupy. Nazwanie człowieka „larperem” czy „larpem” samo w sobie nie dowodzi, że jest pozorantem.
PAP: „Slop” to podobny zarzut wobec treści?
A.W.: To dosadna ocena, bo przecież angielskie słowo „slop” oznacza „pomyje”, „breję”. Tak nazywa się treści uznawane za bezwartościowe lub wtórne, często produkowane za pomocą generatywnej AI. Szerzej — także schematyczne, naiwne filmiki, reklamy gry czy książki obliczone na masowego odbiorcę.
Słowem „slop” można powiedzieć: „mam dość tej papki”. Krytyka dotyczy jakości, a samo użycie AI o niej nie przesądza. Co ciekawe, zamiłowanie do absurdalnych memów — pamiętamy przecież ciągle o „brainrotach” - może iść w parze z niechęcią do „slopu”. Wspólny żart i nużąca produkcja to dla odbiorców różne doświadczenia. No i młodzi coraz częściej nie podzielają zachwytów sztuczną inteligencją ze strony choćby swoich rodziców.
PAP: „Bro”, „son”, „unc” brzmią trochę jak językowe spotkania rodzinne.
A.W.: Z tych nazw pokrewieństwa układa się relacje. „Bro”, od „brother”, czyli „brat”, może zbliżać jak „stary” czy „ziomek”. „Unc”, od „uncle”, czyli „wujek”, ustawia kogoś po stronie starszych lub niezorientowanych. I wcale nie trzeba mieć wielu lat, żeby zostać „uncem”!
„Son” - dosłownie „syn” lub adresatywnie: „synu” w memach często działa już jako samodzielna reakcja: „Serio?!”, „Nie mogę z tego!”, ale też jak zwykłe OK, czego dowodem fraza: „Jest płasko, syn”. Z kolei dołączone do znaku werbalnego emotki płaczu czy zwiędłej róży podpowiadają ton. Płacząca twarz może wyrażać rozbawienie, a nie smutek. Rodzinne znaczenia są więc dopiero początkiem tej historii.
PAP: Polskie „płakał” też wymaga objaśnienia?
A.W.: Jest też wzmocnione, podwójne „płakał płakał”. Oczywiście znamy słowo, ale możemy nie rozpoznawać znaczenia kontekstowego. Chodzi o fragment wypowiedzi Doroty Wellman z podcastu „Imponderabilia”, z opowieści o spotkaniu „na żywo” z internetowym hejterem. Wyodrębnione intonacyjnie „płakał” odłączyło się od tej historii i stało się wiralowym sygnałem humorystycznej oceny. Może komentować porażkę czy zawstydzenie, ale też po prostu sygnalizować: „znam ten żart”. Nawet zapisane przywołuje głos, pauzę, intonację. Zwyczajne słowo niesie fragment wspólnie oglądanej kultury.
PAP: A „spływka” kończy rozmowę?
A.W.: Tak, to krótki „stoper” kontaktu w stylu „spływaj”, „spadaj”. Kolejna odsłona dobrze znanego zwyczaju, do którego należą też dawne „pal wrotki” czy „turlaj dropsa”. Może bawić albo dotkliwie kogoś odprawiać. Młodomowa potrafi budować bliskość, ale wyznacza też granice. O tym, jak zadziała, wiele mówi reakcja adresata. Samo „przecież żartowałem” nie załatwia sprawy. „Spływka” pokazuje też, że mechanizm słowotwórczy — tu żartobliwy — z dołączeniem żeńskiego sufiksu -ka jest ciągle żywy, np. „pewka”, „narka”, „hejka”.
PAP: Czyli polszczyzna nadąża za tymi zmianami?
A.W.: Nadąża. Zresztą wystarczy posłuchać: „larpować”, „farmić aurę”, „być w peaku”. Angielski „peak” zdążył się już zapoznać z polską fleksją. Zapożyczenia dostają końcówki, wchodzą w nasze zdania, obrastają nowymi znaczeniami. Obok nich mamy „brokuła”, „spływkę” i „płakał”. Kreatywność polega także na tym, żeby ze znanego słowa zrobić nowy użytek. Młodzi biorą dostępny materiał i układają z niego własny sposób mówienia.
PAP: Czy lista finałowa pokazuje, jak mówi całe pokolenie?
A.W.: Pokazuje raczej wyrazisty fragment młodomowy. Jury analizuje częstość zgłoszeń i ich zgodność z regulaminem, eksponowane znaczenia, konsultuje się z młodzieżą. Zwycięzcę wybierają potem głosujący jednym zakreśleniem. Popularność w plebiscycie nie jest jednak miarą codziennego użycia. Można zagłosować na słowo, które świetnie bawi, choć rzadko się go używa. A młodzi mają wiele językowych światów. Lista pozwala zobaczyć, gdzie te światy się spotykają.
PAP: Jak dorosły może do tej rozmowy dołączyć?
A.W.: Z ciekawością i własnym głosem. Nie musi „larpować” nastolatka. Warto zapytać, co dane słowo robi w rozmowie: zbliża, wyraża podziw, a może kogoś odsuwa? O taką świadomość też trzeba zadbać. Zmieniają się hasła, ale zawsze za pomocą słów toczy się gra o przynależność uznanie i wiarygodność. Można komuś dodać „aury”, zarzucić „larpowanie” albo z samej fryzury wyprowadzić ocenę jego charakteru. Żart, niestety, staje się sądem o człowieku. I tu zaczyna się napięcie: chcemy sami określać, kim jesteśmy, a jedno cudze słowo potrafi zamknąć nas w gotowej etykiecie. Aby być na bieżąco z rozszyfrowywaniem tych i innych młodych słów zapraszamy na stronę Obserwatorium Języka i Kultury Młodzieży UJK.
Rozmawiała Anna Kruszyńska (PAP)
akr/ wj/