Porwanie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Anonimowa rycina. Fot. domena publiczna
W nocy z 3 na 4 listopada 1771 r. w Warszawie porwany został król Stanisław August Poniatowski. Akcja skończyła się fiaskiem i skompromitowała konfederatów barskich.
Pomysłodawcą porwania Stanisława Augusta Poniatowskiego był rotmistrz Stanisław Strawiński. Jego ród zamieszkiwał niegdyś ziemię czernihowską, którą Rzeczpospolita utraciła na rzecz Rosji w XVII wieku. Sam zaś rotmistrz sprzedawszy swoje dobra część uzyskanego przychodu przeznaczył na wsparcie konfederacji barskiej. Do Warszawy przybył z własnej inicjatywy, by zorientować się w planie ulic oraz sposobach, w jakich poruszał się po nich król. Następnie udał się do Częstochowy, by tam przedstawić swój plan jego porwania. Na miejscu podjął go tamtejszy naczelnik konfederatów Kazimierz Pułaski, którego Strawiński poinformował, że kiedy Stanisław August Poniatowski przemieszcza się po stolicy jego ochrona nie jest zbyt liczna.
Pułaski przystał na plan Strawińskiego, ale nie wydał żadnego rozkazu na piśmie. Strawiński z przydzielonym sobie małym oddziałem (w sumie 26 osób) miał porwanego monarchę przewieźć bez szwanku do zajętej przez konfederatów Jasnej Góry.
Spiskowcy nie mieli prawdopodobnie precyzyjnego planu. Najczęściej jako cel ich działania podawana jest chęć zmuszenia Stanisława Augusta do abdykacji. W niektórych źródłach wspomina się też o tym, że chcieli by król dołączył do Konfederacji, ale wydaje się to wątpliwe.
Strawiński, który miał dowodzić akcją początkowo ukrył się we wsi pod Warszawą, gdzie przebywał u miejscowego chłopa. Odbierał tam zarówno pieniądze przesyłane przez Pułaskiego, jak i przysięgi zachowania całej sprawy w tajemnicy od tych, którzy mieli brać udział w akcji. Wszyscy ubrani w wytartą odzież 2 listopada wyruszyli w końcu na 10 wozach wyładowanych sianem i słomą do Warszawy. Na miejscu już pod osłoną nocy wozy, na które załadowana została broń zostały ukryte w stajni dominikanów na Nowym Mieście.

Porwanie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Rycina ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie
Dokonano też podziału ludzi mających porwać króla na trzy zespoły dowodzone odpowiednio przez Stanisława Strawińskiego, szlachcica rotmistrza Walentego Łukawskiego oraz byłego masztalerza Jana Kuźmę. Jego postać była istotna dla dalszego rozwoju wydarzeń. Zwano go Kuźmiński, Kosiński czy nawet Zuchwalski. Pochodził z Wołynia, służył jako lejbhuzar w chorągwi Adama Kazimierza Czartoryskiego. Po przyłączeniu się w 1771 roku do konfederacji barskiej stał się jej aktywnym uczestnikiem, biorącym udział w licznych akcjach.
Głównodowodzący akcją Stanisław Strawiński udając handlarza zbadał teren, w tym także okolicę wałów, aby zidentyfikować potencjalną drogę ucieczki. Za wytłumaczenie wobec wartowników, którzy zainteresowali się jego poczynaniami posłużyło mu poszukiwanie rzekomo skradzionych koni. Zresztą już wcześniej starał się przyzwyczaić straż do swojego widoku pokazując się przy furach wiozących zboże oraz inne towary na sprzedaż.
Kolejnego wieczoru, 3 listopada, po odprawieniu części gwardzistów Stanisław August Poniatowski odwiedzał księcia a zarazem kanclerza wielkiego litewskiego Michała Czartoryskiego, aby wesprzeć go w chorobie, o czym konfederaci uzyskali wcześniej informację. Spiskowcy zaczęli zajmować pozycje na ulicach Miodowej i Koziej. W międzyczasie zaś około godziny 21.30 król opuścił posiadłość księcia. Miał następnie w planie udać się na kolację do księżnej Izabeli Czartoryskiej.
Składający się z konnych z pochodniami, gwardzistów, dworzan, lokajów i hajduków oraz karocy niewielki orszak króla zbliżał się do pozycji konfederatów dowodzonych przez Strawińskiego. W pewnym momencie zaczęła się strzelanina. Z bocznej uliczki podbiegli członkowie grupy Kuźmy – to oni bezpośrednio mieli odpowiadać za uprowadzenie władcy, zaś z tyłu na koniach nadjechali podkomendni Łukawskiego. Po krótkiej walce wobec przeważających sił napastników osłona króla rozpierzchła się po okolicy. Część w trakcie starcia została raniona kulami, inni szablami.
Sam monarcha próbował salwować się ucieczką do pałacu kanclerskiego, ale porywacze okazali się szybsi. Poniatowski w trakcie walki został uderzony szablą w głowę, odebrano mu również jego szpadę. Raz wystrzelono też do niego z pistoletu, ale kula chybiła dziurawiąc jedynie jego płaszcz.
Następnie Stanisław Strawiński, który pojawił się już na miejscu posadził króla na koniu z zapewnieniem, że jeżeli nie będzie próbował ucieczki nie stanie mu się krzywda. W tamtym momencie wydawało się, że akcja została zakończona sukcesem. W trzech grupach konfederaci konno mieli opuścić Warszawę. Pierwsza jechała grupa Łukawskiego, króla pilnować miał Kużma ze swoimi dziesięcioma podkomendnymi, natomiast tyły zabezpieczać miał Strawiński. Zgodnie z planem wszyscy mieli potem spotkać się w Lasku Bielańskim.
Już po wyjeździe z Warszawy koń, na którym jechał Stanisław August Poniatowski przeskakując dość szeroki rów przewrócił się łamiąc nogę. Sam zaś król postradał przy upadku płaszcz i trzewik. Podstawiono mu innego konia, otrzymał też but na dalszą drogę, który prawdopodobnie należał do samego Kuźmy. Grupa Kuźmy ruszyła dalej, ale w pewnym momencie się zorientowała, że zgubiła drogę. Jej członkowie wysyłani na zwiady nie wracali. Prawdopodobnie część nie odnalazła drogi, zaś inni po prostu uciekli. W tym też momencie sytuację spróbował psychologicznie wykorzystać monarcha podejmując próbę rozmowy z Kuźmą i zapewniając go, że pozwoli mu ujść cało, jeżeli ten ucieknie jak jego towarzysze, Zaoferował mu nawet nagrodę za uwolnienie.
Król oraz Kuźma przemieszczali się dalej i nawet znaleźli się w pobliżu Lasku Bielańskiego, skąd powóz miał zabrać władcę. Kuźma jednak zmienił zdanie i skręcił w stronę Burakowa i Marymontu, by później zacząć prosić Poniatowskiego o wybaczenie i łaskę. O tej ostatniej król wielokrotnie go zapewnił. W środku nocy obaj natrafili potem na młyn, gdzie chwilowo znaleźli schronienie. Kuźma przedstawił się właścicielowi jako sługa napadniętego przez zbójców szlachcica. Ów „szlachcic” został zaś opatrzony i dane mu było napisać list, w którym poinformował generała Karla Friedricha Ernsta Freiherra von Cocceji o miejscu swojego pobytu. List ten jeszcze tej samej nocy dostarczono.
Nad ranem generał razem z gwardzistami pojawił się we młynie, by potem przewieźć króla z powrotem do zamku, gdzie radośnie go powitano. Kuźma po późniejszym schwytaniu został wzięty na przesłuchanie, choć na prośbę króla mógł się cieszyć „wszelkimi wygodami”. Stopniowo wydał imiona innych spiskowców, dzięki czemu kilku z nich później schwytano. Sąd Sejmowy osądził go dopiero w 1773 roku – Kuźma został skazany na banicję. Król ujął się za nim, zresztą zamieszkawszy w Rimini Kuźma otrzymywał królewską pensję. Na początku XIX wieku dane mu jeszcze było powrócić na polskie ziemie.

Porwanie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Obraz przedstawia monarchę z obandażowaną głową, który opowiada przebieg wydarzenia. Fot. domena publiczna
Tymczasem w okolicach Lasku Bielańskiego Strawiński i Łukawski wraz z kilkoma konfederatami wybrali się na zwiad próbując zorientować się co się stało się z grupą Kuźmy. Natrafili na patrol kozacki, z którym wdali się w potyczkę. Łukawski został ciężko ranny, ale Strawińskiemu udało się zbiec. Łukawskiego później osądzono, ścięto i poćwiartowano, by następnie spalić jego ciało a prochy rozsypać na wietrze. Kazimierz Pułaski zdystansował się od całej sprawy, a później tak jemu, jak i Stanisławowi Strawińskiemu udało się uciec za granicę. Zaocznie jednak zostali skazani na takie same kary, jak Walenty Łukawski. Pozbawiono ich również szlachectwa, jak i skonfiskowano ich majątki.
Kontynuacją kuriozalności całej sprawy porwania stało się późniejsze zachowanie króla. Przede wszystkim rozesłał listy do europejskich monarchów z wieściami o swoim cudownym ocaleniu. Rzeczywiście wydawał się wierzyć w to, że do jego uratowania przyczyniła się Opatrzność.
Kolekcjonował też pieczołowicie wszelkie związane z tamtym dniem pamiątki. Przechowywał ubranie, jakie wtedy nosił oraz but, który dali mu porywacze po tym, jak upadając z konia zgubił własny. W jego kolekcji znalazły się nawet kule wydobyte z ciała jednego z hajduków, który zginął w trakcie strzelaniny na ulicach Warszawy. Z polecenia króla ufundowano też upamiętniającą go tablicę. Za ukoronowanie tamtych wydarzeń można by zaś uznać złożony przez pochodzącego z Torunia kupca projekt pomnika, którego głównym „bohaterem” miałby się stać rzekomo należący do Kuźmy but.
Herbert Gnaś (PAP)
hg/ kr/