Warszawa, maj 1991 r. Gustaw Herling-Grudziński, pisarz, krytyk literacki, dziennikarz, żołnierz, więzień łagrów. Fot. PAP/Grzegorz Rogiński
Dziennik birmański Gustawa Herlinga-Grudzińskiego dowodzi, że autor „miał oko do obserwacji”. Kilkukrotnie sformułował tezy proroczo prawdziwe. Pierwszy nazwał endemiczną wojnę domową w Birmie stanem „ani wojny, ani pokoju” - ocenił w rozmowie z PAP politolog prof. Michał Lubina.
Wydana w maju przez Uniwersytet Jagielloński książka „Słoń a sprawa birmańska. O »Podróży do Burmy« Gustawa Herlinga-Grudzińskiego” to efekt wieloletniej pracy prof. Michała Lubiny, który podążył tropami polskiego pisarza odwiedzającego w 1952 r. Azję Południową i Południowo-Wschodnią. Herling-Grudziński przyjechał do Birmy (obecnie Mjanmy) wraz z czechosłowackim dysydentem Vilemem Bernardem jako przedstawiciel Kongresu Wolności i Kultury w Paryżu z cyklem wykładów poświęconych Związkowi Radzieckiemu i ideom antykomunistycznym.
- Jeden z najważniejszych pisarzy XX wieku w Polsce przyjechał do mało znanego kraju azjatyckiego, o czym prawie nikt nie wie. Dziennik birmański jest niemal całkowicie zapomniany, świadoma jego istnienia jest jedynie garstka literaturoznawców, ale oni z kolei nic nie wiedzą o Birmie. To luka, która wymagała uzupełnienia – stwierdził politolog z Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, zapytany o powód napisania książki. Relacja Herlinga-Grudzińskiego z podróży trwającej trzy tygodnie została wydana w formie książkowej dwukrotnie: w 1983 r. przez emigracyjną oficynę PULS w Londynie i w 1999 r. nakładem Wydawnictwa Literackiego, rok przed śmiercią autora.
Lubina stwierdził, że „dziennik zawiera mnóstwo unikatowego materiału, a jednocześnie pojawią się w nim sformułowania trudne do obrony z dzisiejszej perspektywy”. – Herling-Grudziński nic nie wiedział o Birmie, kiedy tam przyjechał, a jego perspektywa została spaczona przez jego przewodników. Jednak miał oko do obserwacji, a nawet kilkukrotnie sformułował tezy proroczo prawdziwe. To on jako pierwszy nazwał endemiczną wojnę domową w Birmie stanem „ani wojny, ani pokoju”. Zdanie to 50 lat później pojawiło się w komentarzach politologów, którzy nie wiedzieli, że Herling-Grudziński powiedział je jako pierwszy – oznajmił rozmówca PAP.

Zwrócił także uwagę, że „Herling-Grudziński jako pierwszy opisał przyczyny porażki rebelii Komunistycznej Partii Birmy i stworzył przenikliwy portret premiera U Nu”. W opinii Lubiny fragmenty poświęcone buddyzmowi są „równie znakomite co starsze o kilka lat badania Melforda Spiro, jednego z najsłynniejszych amerykańskich antropologów kultury”.
Jak zauważył ekspert, w „Podróży do Burmy” znajdują się także pisane piękną polszczyzną turystyczne opisy kraju, na przykład miasta Mulmejn w południowej części kraju oraz Sagaing w środkowej części, znanego z licznych klasztorów buddyjskich. – Te fragmenty są bardzo ładne. Wielka szkoda, że nie zostały przetłumaczone na język angielski, bo gdyby tak się stało, to dzisiaj w Birmie dziennik Herlinga-Grudzińskiego byłby tak popularny jak powieść „Birmańskie dni” George’a Orwella – przewiduje politolog.
- Najciekawsze w relacji Herlinga-Grudzińskiego są też wątki społeczne, kiedy na przykład kreśli kolektywny obraz elit birmańskich, i to w nurcie postkolonialnym. Robi to w naprawdę znakomitym stylu, literacko nawiązując do „Kandyda” Voltaire’a i Orwella.
Fragment o klubach brytyjskich jest naprawdę poruszający. Ale jednocześnie Herling-Grudziński był też człowiekiem swoich czasów i są w tym dzienniku fragmenty trudne do obrony z dzisiejszej perspektywy. Takim przykładem jest wyzywanie birmańskiej biedoty od robactwa ludzkiego czy szczurów rzecznych – zauważył Lubina.
Podczas badań autor dotarł do artykułów w prasie birmańskiej, która relacjonowała wizytę polskiego intelektualisty. – Zrobiłem kwerendę w archiwach birmańskich i okazało się, że Herling-Grudziński pojawiał się na pierwszych stronach gazet. A jednocześnie artykuły o nim były dość powierzchowne, pisane w duchu lenistwa dziennikarskiego, czyli wielokrotnie powielano te same treści. Zazwyczaj pisano, że Polak mówił o „komunistycznym piekle”, jakiego doświadczył podczas pobytu w radzieckim Gułagu. „Bama Khit”, miejscowy tabloid, podał, że podczas wykładu w Mandalaj doszło do incydentu, podczas którego krzyczano prokomunistyczne hasła i szykowano się nawet do bitwy, ostatecznie jednak mnisi spacyfikowali protestujących, co zrobiło na pisarzu duże wrażenie – powiedział Lubina.
Na pytanie, czego współczesny czytelnik może się dowiedzieć z lektury „Podróży do Burmy”, ekspert odpowiedział, że „można odnieść wrażenie, które jest wciąż aktualne, jak bardzo odmienne są te dwa światy: Polski i dalekowschodniej Azji”. – Operujemy zupełnie odmiennymi kodami kulturowymi czy mentalnymi i dlatego te dwa światy mają kłopot, aby się spotkać. Oto polski antykomunista pojechał do socjalizującej, antykolonialnej Birmy, i nie pokochał się z tym krajem. W dzisiejszych czasach wyraźnie widać, jak my nie rozumiemy postawy Globalnego Południa wobec rosyjskiej inwazji na Ukrainę, jak oni nie rozumieją nas. Myślę, że lektura Herlinga-Grudzińskiego pomogłaby nam zrozumieć, dlaczego Azjaci nie rozumieją naszej perspektywy – dodał.
Marta Zabłocka