
Wystawę "System mody. Ubrania w strategiach przemocy i taktykach przetrwania w getcie łódzkim" od czwartku zaprezentuje Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. To pierwsza w kraju ekspozycja pokazująca, jak niewolnicza praca więźniów getta służyła produkcji luksusowej, markowej odzieży na rynek niemiecki.
Kuratorzy wystawy w łódzkim Muzeum Włókiennictwa - kulturoznawczyni Karolina Sulej i historyk Paweł Michna - pokazują nowy, dotychczas marginalizowany w przekazach o nazistowskiej okupacji wątek wykorzystywania niewolniczej pracy więźniów Litzmannstadt Ghetto do produkcji ubrań. Najwyższej jakości ubrania i luksusowe akcesoria często firmowane przez znane i działające do dziś marki modowe trafiały na rynek niemiecki.
"Wystawa nosi tytuł »System mody« i opowiada o tym, w jaki sposób ubranie i moda uczestniczyły w strategiach przemocy, ale też w taktykach przetrwania w łódzkim getcie. Nieprzypadkowe jest skojarzenie z pismami Rolanda Bartes'a, antropologa francuskiego, który starał się opowiedzieć strukturę mody: jak ona działa i jakie ma znaczenie. Ale nawiązujemy też do systemów społecznych - ucisku i wyzysku, jak i kontrsystemów, które starały się odpowiedzieć na ten ucisk i na opresję" - powiedziała PAP Karolina Sulej.
Kuratorka wyjaśniła, że istnienie w przedwojennej Łodzi rozwiniętego przemysłu włókienniczego, z najlepszymi specjalistami przemysłu mody - krawcami, włókiennikami, szewcami, projektantami - zostało wykorzystane zarówno przez szefa administracji niemieckiej Hansa Biebowa, który uznał, że umiejętności uwięzionych w getcie Żydów mogą służyć III Rzeszy, jak i przez przewodniczącego starszeństwa Żydów Chaima Mordechaja Rumkowskiego przekonanego, że tylko praca może uratować społeczność getta przed zagładą.
"W getcie utworzono tzw. resorty. Większość z nich zajmowała się produkcją tekstylną. I tam pracowały kobiety, mężczyźni, a nawet dzieci - bo chcieli żyć. Pracowali za miskę zupy i szansę na przetrwanie. Tworzyli prawdziwe cacuszka, ponieważ tylko 50 proc. produkcji getta trafiało do przemysłu zbrojeniowego dla wojska, natomiast drugie 50 proc. to były ubrania i akcesoria dla cywili - i to dosyć luksusowe. Cały przekrój, cały katalog mody" - dodała kuratorka.
Na wystawie w Muzeum Włókiennictwa można zobaczyć dziesiątki fotografii przedstawiających ofertę "gettowego domu mody". Jak mówi Sulej, używając współczesnej terminologii, moglibyśmy powiedzieć, że to zdjęcia lookbookowe z sesji modowych albo zdjęcia produktowe tego, co było w getcie wytwarzane. Widać na nich, jak jakościowe i świetnie skrojone ubrania powstawały w getcie.
"Były wystawy w sklepach, powstawały katalogi wysyłane do Niemiec, kupcy przyjeżdżali, oglądali, składali zamówienia. Niedolę żydowską, cierpienie, głód, wycieńczenie i strach przed śmiercią przykrywała taka modowa pozłotka. (...) Były różne sposoby na to, żeby tę żydowskość przy produkcji wyrugować, np. zaciemnianie główek na zdjęciach albo wycinanie tych żydowskich główek i dorysowywanie takich modowych twarzyczek z fryzurą a la Walkiria. Kamuflowano to, że to wszystko jest wykonywane rękoma żydowskimi" - zaznaczyła kuratorka.
Ekspozycja pokazuje też pracę biura graficznego, które miało za zadanie tworzyć katalogi reklamowe i cały "branding" getta. Powstawały liczne albumy z opisami procesu produkcji, które były przygotowywane na różne ceremonie i rocznice dla szefów resortów albo dla prezesa, czyli dla Rumkowskiego. Na wystawie można się zapoznać z jednym z zachowanych wystąpień prezesa, który uczestnicząc w uroczystym otwarciu ekspozycji szczególnie pięknych sukni i strojów dla kobiet, mówił o "królowej modzie, która wizytuje getto".
Dla drugiego z kuratorów, Pawła Michny, wystawa to możliwość zaprezentowania fragmentu własnej pracy naukowej, ponieważ materiały reklamowe z getta były przedmiotem jego pracy doktorskiej. "Starałem się wyciągnąć je trochę na światło dzienne, bo rzadko były pokazywane czy używane w upamiętnieniu Zagłady, jako materiał problematyczny, wywołujący niepokój czy dysonans" - powiedział PAP.
Dysonans poznawczy może się pojawić przy gablotach z katalogiem produkowanych w getcie dywanów. Pokazuje on bardzo różne, kolorowe wzory - motywy kolonialne, orientalne, ale też Myszkę Miki jako propozycję obrazka na dywan dla dzieci czy motywy kowbojskie i indiańskie. Jak wyjaśnił Michna, stylistyka tych produktów była dostosowana do gustu niemieckich klientów i wiązała się z popularnością książek Karola Maya o Winnetou.
Na wystawie nie zobaczymy zbyt wielu oryginalnych ubrań czy butów uszytych lub noszonych w łódzkim getcie, ale ze względu na jego bogate archiwum i mnogość zachowanych w nim materiałów reklamowych łatwo możemy się przekonać, że często były to wyroby z najwyższej półki.
"W badaniach naukowych przez długi czas powtarzano słowa Hansa Biebowa, że 90 proc. produkcji getta przeznaczone było na cele wojskowe. To nie była prawda, on mówił to, żeby przedłużyć istnienie getta, budując jego wizerunek miejsca ważnego dla wysiłku wojennego. Najnowsze badania pokazują, że 50 proc. produkcji szło na rynek cywilny. I to była produkcja artykułów luksusowych: kapeluszy, sukienek, bielizny - także dla firm, które do dziś istnieją i sprzedają w Polsce swoją bieliznę" - podkreślił kurator.
Z badań historyków wynika też, że już w ciągu pierwszych miesięcy od uruchomienia produkcji w getcie w Litzmannstadt pojawiło się dużo niemieckich firm zainteresowanych ofertą bazującą na pracy przymusowej, niezwykle taniej dla zlecających. Aby pokazać paralele ze współczesnym przemysłem mody, kuratorzy wystawy zaprosili do współpracy przy jej tworzeniu artystów sztuk wizualnych.
"Nie chcemy bezpośrednio porównywać sytuacji w getcie do produkcji ubiorów na globalnym południu, ale zaakcentować, że pewne mechanizmy przemocy związane z modą dalej funkcjonują. Odbiorcy nie są świadomi, w jakich warunkach są produkowane ich ubrania. Prace artystyczne pozwoliły dodać ekspozycji ten kontekst" - wyjaśnił Michna.
Współczesny kontekst do wystawy stworzyli artyści: Zuza Herzberg, Witek Orski, Krzysztof Gil, Paweł Żukowski, Błażej Worsztynowicz i Agnieszka Wach, Paulina Buźniak i Małgorzata Markiewicz.
Wernisaż wystawy w Muzeum Włókiennictwa w Łodzi "System mody. Ubrania w strategiach przemocy i taktykach przetrwania w getcie łódzkim" odbędzie się 3 kwietnia o godz. 18. Patronat honorowy nad wystawą objęła minister kultury i dziedzictwa narodowego Hanna Wróblewska. Ekspozycję dofinansowano ze środków Fundacji "Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość" (Stiftung "Erinnerung, Verantwortung und Zukunft").
Litzmannstadt Ghetto zostało utworzone przez Niemców w lutym 1940 r. Było pierwszym odizolowanym od miasta gettem na okupowanych ziemiach polskich; drugim co do wielkości – po warszawskim – i najdłużej istniejącym gettem. Zajmowało teren dawnego Starego Miasta i dużą część Bałut. Początkowo zamknięto w nim 160 tys. osób. Później trafiło do niego wielu przedstawicieli żydowskiej inteligencji z Czech, Niemiec, Austrii i Luksemburga oraz 5 tys. Romów i Sinti z Austrii, a także około 20 tys. Żydów z podłódzkich miejscowości. Łącznie przeszło przez getto ponad 200 tys. osób.
Przez pięć lat z głodu i wyczerpania zmarło tam blisko 45 tys. osób. W styczniu 1942 r. rozpoczęły się masowe deportacje mieszkańców getta do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, gdzie zamordowano 70 tys. osób. Kolejne transporty docierały do Auschwitz-Birkenau. Przyjmuje się, że ostatni z nich został odprawiony 29 sierpnia 1944 r. Potem getto zostało zlikwidowane. Według różnych źródeł ocalało z niego jedynie od 7 do 13 tys. osób.
Agnieszka Grzelak-Michałowska (PAP)
agm/ miś/ dki/